Rozdział VII Bardak

Moja mama, która ukończyła szkołę podstawową w Samarze, a uczęszczała tam również do gimnazjum, nauczyła mnie różnych odcieni rosyjskiego języka, nie mających odpowiednika w polskim. Takim słowem jest określenie „ujutnyj” ma swój odpowiednik w niemieckim „gemütlich”, lecz przetłumaczone na polski jako przytulny zatraca swój ciepły charakter. To samo dotyczy na przykład słowa „tałpa”. Nie jest to tłum po prostu, jak przekładają nam to słowniki, ale tłum ciemny, brudny, nieobliczalny, którego odpowiednikiem w języku polskim może być „tłuszcza”. Rzecz polega na emocjonalnym odczuciu, dlatego „tałpa” różni się w sposób oczywisty od „tłumu”. To samo odnosi się do słowa „bardak”. Mógłbym je przetłumaczyć i użyć różnych synonimów tego określenia, ale nie byłoby to tym samym.

Ludzie nieokrzesani, którzy nie widzą różnicy między książką czytaną w oryginale, lub w tłumaczeniu, a na dodatek w jej wersji filmowej, są ubodzy duchowo. Nie ma bowiem i być nie może przekładu, który oddawałby wiernie myśl autora, oraz tą atmosferę jaka ją otacza. Włosi maja takie celne powiedzenie „traduttore, traditore”, mówiące o tym, że tłumacz jest zdrajcą. Podam przykład pierwszy z brzegu.

Niedługo po wojnie ukazała się powieść Milne’a, w tłumaczeniu Ireny Tuwim „Kubuś Puchatek”, przeznaczona dla dzieci, ale chętnie czytana przez dorosłych. Była to książka bardzo potrzebna, pogodnie kontrastująca z naszymi przeżyciami wojennymi i i z szalejącym wokół nas bolszewickim terrorem. Stąd brała się niebywała popularność „Kubusia Puchatka” i „Chatki Puchatka”. Wiele lat później nabyłem obie te książki w języku oryginału . Przekonałem się, że to nie żaden Kubuś, ale Winni, czyli Wikcia, więc żaden Miś, lecz Misia Puch. A swoją drogą cała ta kwestia zmiany płci z wyboru tłumaczki,  znakomicie wpisuje się w ideologię gender, czego ona sama nie mogła przewidzieć. Porównanie oryginału z tłumaczeniem pokazuje jak wiele tłumaczka zatraciła dowcipów słownych i nie poradziła sobie z opisem śmiesznych sytuacji, zastępując je własnymi pomysłami, nie zawsze trafnymi. Aliści, oddam jej sprawiedliwość – opublikowała dwie książki, które Wówczas były nam bardzo potrzebne i dały nam wiele radości, a że zrobiła to na własną miarę …

Zatrzymam się przy tytułach książek. Victor Hugo napisał wspaniałą powieść „Rok 1793”. Ta data czytana po polsku nie budzi żadnego oddźwięku emocjonalnego, zaś dwie ostatnie cyfry czytane po francusku „quatre-vingt-treize”, brzmią złowieszczo. Z tym tłumacz nie mógł nic zrobić, zresztą nie miałoby to sensu, ale tytuł innej powieści Hugo „Les Misérables” został całkowicie błędnie przetłumaczony jako „Nędznicy”, a są to „nieszczęśnicy” w większości ludzie szlachetni.

Lew Tołstoj, niesłusznie powszechnie uznawany za największego rosyjskiego pisarza jest autorem wspaniałej powieści „Anna Karenina”. Cała jego pozostała twórczość jest drugorzędną, a nawet trzeciorzędną literaturą. Dotyczy to przede wszystkim powieści „Wojna i pokój”, uznawanej za największe jego dzieło. Jest w nim sporo wnikliwie opisanych sytuacji, i nakreślonych z talentem charakterystyk głównych postaci, lecz są tam również ewidentne kiksy, jak na przykład opis polskiego oddziału szwoleżerów rzucających się w nurt wezbranej rzeki, w której tonie cały oddział dla popisu przed Napoleonem, który odjechał z miejsca zdarzenia, nawet na to nie patrząc. Jest to obrzydliwa propaganda w duchu ówczesnych rosyjskich paszkwilantów, odreagowujących wybuch Powstania Styczniowego. Aliści, rzecz nie w owych kiksach, zresztą dość licznych, lecz sama koncepcja powieści jest kiczowata. Jej główny bohater, którego oczami autor ocenia wydarzenia, jest łagodnie mówiąc dziwakiem, Rosjanie nazywają takich ludzi „jurodiwyj”, choć bardziej pasowałoby określenie „samodur”. Dobór takiego świadka, znajdującego się w centrum powieści, rzutuje na poziom narracji. Wszelako, nie o tym chciałem pisać, ale o błędnie przetłumaczonym na wszystkie języki tytule. W zamyśle Tołstoja  jest to zestawienie wojny i świata, a nie prostackie przeciwstawienie wojny pokojowi. Według starej pisowni obowiązującej do Rewolucji Październikowej, ta różnica była widoczna, gdyż słowo pokój inaczej było pisane niż słowo świat.

Miałem to szczęście, że urodziłem się w warszawskiej rodzinie inteligenckiej z tradycją szlachecką. Dzięki temu przyszedłem na świat wśród książek polskich, francuskich, rosyjskich, niemieckich, które służyły moim rodzicom w dzieciństwie, młodości, a również w życiu dorosłym. Pierwsze wierszowane bajeczki czytała mi Mamusia – Mickiewicza, Fredry, La Fontaine’a, Kryłowa, Jachowicza, Brzechwy, Tuwima, Makuszyńskiego, wszystkie w języku oryginału. Później przyszła kolej na prozę, od ulubionej o krasnoludkach i sierotce Marysi poczynając. Mamusia czytając zawsze rozpoczynała lekturę od pierwszego zdania, a kiedy dochodziła do słów: „krasnoludki są na świecie”, oboje, moja siostra i ja, wołaliśmy: „są, są”. Mama przyjęła dla Hani guwernantkę Szwajcarkę, która zajęła się również moją edukacją. Czytaliśmy w trójkę francuskie opowiastki dla dzieci, a później dla dzieci starszych, rozmawialiśmy po francusku, a gdy nastała niemiecka okupacja, również, a nawet głównie, po niemiecku. Nie tyle wyjazd guwernantki, która stała się zbędna gdyż Hania chodziła do szkoły, a ja poszedłem parę lat później, zakończył tą epokę mojego życia, lecz wybuch Powstania. Wychodząc z Warszawy pozostawiliśmy w naszym mieszkaniu wszystko – meble, obrazy, pianino, zastawę stołową, aparat rentgenowski, całą naszą bibliotekę i wszelki majątek ruchomy. Dom został spalony doszczętnie, nie pozostało w nim nic. Ponieważ wiem, że Niemcy przed spaleniem systematycznie grabili mieszkania, więc mogę domniemywać, że nasz majątek ruchomy dostał się w ręce niemieckich rodzin, które trudno nazwać inaczej jak paserami. Być może do dziś jedzą na naszej porcelanie, posługując się srebrnymi sztućcami zagrabionymi w naszym mieszkaniu. Wraz z wyjazdem z Warszawy kończył się dla mnie okres dzieciństwa, zaś następny obciążony był już bagażem wojennych doświadczeń, sennych koszmarów i świadomego rozeznania w otaczającym świecie terroru. Dla  świata zaś rozpoczęła się wówczas epoka upadku

 

II

Interesują mnie trzy aspekty wydarzeń, których świadkami, a zarazem uczestnikami jesteśmy. Po pierwsze teologiczny, po drugie społeczny a po trzecie narodowy. Ten trzeci łączy się ściśle z pierwszym, a właściwie z niego wynika. Nie śmiem oceniać zamiarów Opatrzności Bożej wobec mojego narodu, gdyż wszelkie oceny byłyby bluźnierstwem, lecz chęć zrozumienia nie jest grzechem. Polacy zostali poddani okrutnej próbie walki i męczeństwa, a ich nadzieje na Niepodległość spełzły na niczym.

II Wojna światowa zakończyła się zwycięstwem militarnym nad III Rzeszą Niemiecką, ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Polski. Aliści, militarne zwycięstwo nie dało zdrowych owoców. Zwycięskie państwa, poza Polską, miały wiele do ukrycia w sferze moralnej. Jedynym państwem, które wyszło z tej wojny bez skazy, było Państwo Polskie, a tego pozostałe państwa zwycięskie nie mogły przyznać, więc wyeliminowały Polskę z grona zwycięzców, a dołączyły Francję, która w zwycięstwie nie miała udziału. Zdrada w Abbeville, w wyniku której ustalono nie dotrzymanie zobowiązań sojuszniczych, legła u podstaw powojennej polityki obu tych państw. Polskie siły zbrojne zostały rozwiązane w Wielkiej Brytanii, zaś Polacy wygnani z Wysp Brytyjskich. Francja miała na sumieniu pakt z Hitlerem, w ramach którego policja francuska aresztowała Żydów i wywiozła ich do obozów zagłady. Aby się oczyścić w świetle opinii, rzuciła się do prześladowań urzędników w rządzie Vichy i do piętnowania prostytutek, choć w rzeczywistości prostytuowały się francuskie elity. Amerykanie odegrali najbardziej destrukcyjną rolę. Przykład Roosevelta świadczy o tym, że rządy prostaka mającego potężną władzę mogą doprowadzić  do katastrofalnych skutków w wymiarze światowym. Roosevelt nie ukrywał, że jest wielbicielem Stalina. Powiedział, że życzy mu zwycięstwa. No i Stalin wygrał. Przegrali Brytyjczycy, Francuzi, Włosi i wiele innych narodów, a również Sowieci.

 

III

 

Przez wiele lat, dzięki indywidualnym zaproszeniom, jeździłem na wakacje do ZSRR. Poznałem to państwo od Wilna, Tallina, Leningradu, Moskwy, Baku, Kijowa i Lwowa. Biegłość w języku rosyjskim, zarówno mojej małżonki, jak moja, pozwalała nam wtopić się w miejscowe towarzystwo. Wszyscy uważali się za Sowietów, odrzucając wszelkie kryteria narodowe. A jeśli już, kogoś spytano o narodowość, to o to czy jest Żydem. Taka była ogólna reguła, chociaż rzecz jasna, liczne były wyjątki świadomości narodowej, nie tylko wśród Polaków, lecz na przykład Azerów, uważających się za Turków Kaukaskich.

W 1978 roku spędziłem wraz z żoną i córką Beatą, trzy tygodnie w Baku i okolicy, na zaproszenie Wołodii Cukanowa, syna tego jedynego szlachetnego enkawudzisty opisanego przez Sołżenicyna w „Archipelagu Gułag”. Oboje państwo Cukanow przyjęli nas z ogromną serdecznością. Była to wyprawa tak interesująca, a pouczająca zarazem, że mógłbym na ten temat napisać całą książkę. Baku jest przede wszystkim miastem nafciarzy. W krajobraz wpisują się wieże wiertnicze i czerpiące naftę żurawie. Nadmorskie plaże są przesycone naftą, występującą plamami spod piasku, a woda w zatoce ma posmak nafty. Nad miastem góruje ogromny posąg Kirowa stojący na wzgórzu, a w mieście jest pomnik upamiętniający dwudziestu sześciu rozstrzelanych czerwonych komisarzy, nie ma wśród nich Stalina, o czym miejscowi szepcą sobie na ucho wersję dla niego kompromitującą. Baku jest ponad półtoramilionowym miastem, które z tego tytułu ma własną linię metra. Nie to jest wszakże interesujące pod względem turystycznym. W centrum starego miasta znajduje się wielki meczet z minaretem i szereg innych zabytków z XI-XIV wieku. Opodal jest typowa muzułmańska dzielnica mieszkaniowa okolona murem z labiryntem wewnętrznych dziedzińców. Wśród Azerów było bardzo silne wspomnienie rzezi Ormian z przed ponad sześćdziesięciu lat. W gościnie u Wagifa, azerskiego człowieka interesu, podczas której raczył nas najlepszymi trunkami, gdyż ten odłam islamu nie zabrania spożywania alkoholu, a nawet zaleca picie wina, spytałem o niebieski koralik jaki widziałem na rączce półrocznej córeczki z jakimś napisem, czy jest to odpowiednik naszego medalika, usłyszałem w odpowiedzi: – to żeby jej nie zabili. Niemowlę nie krzyknie, że jest prawowiernym Turkiem. Usługiwała nam do stołu żona Wagifa, lecz nie siadała z nami, ani nie brała udziału w rozmowie. Miała na sobie niezmiernie drogą biżuterię, skrzącą się brylantami. Być może pan domu chciał się przed nami popisać bogactwem, a może wynikało to z prawa nakazującego żonie opuszczenie męża, gdy ten trzykrotnie powie jej żeby odeszła, a wówczas musi wyjść tak jak stoi, w tym tylko co ma na sobie.

Zupełnie inny charakter miała nasza wizyta u azerskiego księcia Tałyszyńskiego, wysokiego rangą oficera Floty Kaspijskiej , a zarazem prawnika, który wraz z synami gościł nas w swoim mieszkaniu, znajdującym się w secesyjnej kamienicy, umeblowanym w europejskim stylu. Rozmowa toczyła się swobodnie i bez dystansu, na poziomie rosyjskich inteligentów. A jeszcze inaczej przebiegała nasza wizyta u azerskiego małżeństwa Jusufowów. Oboje małżonkowie, mający dyplom inżyniera nafciarza, prezentowali dość szerokie poglądy w ocenie Azerbejdżanu i całego Związki Radzieckiego. Pan domu, specjalnie dla nas nabył poprzedniego dnia na lotnisku karton czeskiego piwa. Do tego piwa podano niewielkie kieliszki jakimi pije się wino i napełniono je do połowy, właściwie samą pianą. Stało się dla nas oczywiste, że państwo Jusufowie z trunkiem tego rodzaju zetknęli się pierwszy raz w życiu. Ponieważ atmosfera naszego spotkania była przyjazna, więc można im było wyjaśnić, że piwo pije się z innego szkła, bez ryzyka popełnienia nietaktu. Na stole pojawiły się szklanki. Świadomego nietaktu dopuściłem się nieco później. Pani domu miała na imię Maria, a w dodatku miała na sobie srebrny krzyżyk, ładnej jubilerskiej roboty. Spytałem ją o narodowość, zaś ona wykręciła się od odpowiedzi, zmieniając temat. Byłem zbyt zaintrygowany, aby na tym poprzestać, więc po chwili zadałem to samo pytanie. – Naprawdę nie wiem – powiedziała – jestem podrzutkiem. Zostawiono mnie na progu domu rodziny mojego przyszłego męża. W tej rodzinie się wychowałam. Może jestem Azerką, Ormianką, Żydówką, ale jedno wiem na pewno, nie jestem Rosjanką. Oto pointa, dla której zdecydowałem się przytoczyć tę opowieść, naruszając sferę intymną mojej interlokutorki. Bo ta opowieść jest piękna. Znając realia Związku Radzieckiego w latach  w których urodziła się moja rozmówczyni, możemy zrozumieć dlaczego jej matka porzuciła niemowlę w sposób zapewniający mu przeżycie. Ta opowieść mogłaby stanowić kanwę dramatu, przewyższającego wizje Szekspira, a także starożytnych Greków.

Kontakty z miejscowymi ludźmi, były najbardziej interesującym doznaniem naszej podróży do Baku. Aliści, opowiem już tylko o jednym. Zaplanowaliśmy, że trzy tygodnie spędzimy w Baku, zaś pozostały czas miesięcznej wizyty spędzimy w podróży. Jechaliśmy pociągiem dobę do Moskwy, a później dwie doby do Baku. W tej podróży spotkaliśmy wielu interesujących ludzi z którymi rozmawialiśmy godzinami. Między innymi Sybiraka, jadącego na urlop, który opowiadał  różne historie myśliwskie, a również powiedział nam, że kupił angielski sztucer, co wydawało się niewiarygodne. W Baku poznaliśmy przemytnika broni myśliwskiej z Iranu i tak wyjaśniła się ta zagadka. W tym mieście widzieliśmy wiele zadziwiających zjawisk. Nie wdając się w szczegółowe opisy, widzieliśmy fabrykę dywanów okoloną murem, do której wjazd był pilnie strzeżony przez uzbrojonych strażników. Wszelako, pokazano nam również, że w murze fabrycznym istnieje szeroka wyrwa, przez którą mogą wjechać ciężarówki z surowcem, a wyjechać z towarem, poza całkowitą kontrolą ze strony administracji państwowej. W ten sposób czarny rynek był obficie zaopatrywany w skali hurtowej tak zwane „deficyty”. Mam wrażenie, że handel opierał się tam głownie na nielegalnych transakcjach, że wszystko można było nabyć, jeśli tylko miało się kontakty i pieniądze. Opowiadano nam o kimś, kto skasował samochód, pozbył się wraku, a następnego dnia dysponował już nowym, mimo, że normalne procedury nabycia samochodu były skomplikowane i czasochłonne. Ale nie o tym chciałem pisać, lecz o naszym planie powrotu. Chcieliśmy pojechać do Gruzji i tam wsiąść na statek do Odessy, aby tą drogą wrócić do kraju. Na tę podróż trzeba było wykupić bilety w „Inturiście”, za okazaniem paszportu gdyż wszelkie środki transportu publicznego były pod kontrolą. W Związku Radzieckim wszystko wówczas załatwiało się „po błatu”. Żona Wołodii, Swieta miała znajomą w „Inturistie”, która po studiach w Moskwie wyjechała na roczny staż turystyki do Londynu. Do tej osoby mieliśmy się zgłosić, ale nie w biurze, lecz w jej domu rodzinnym. Kiedy tam przyszliśmy, od razu zostaliśmy skierowani do męskiej części, a towarzysząca nam Swieta poszła do żeńskiej. W salonie czekał na nas pan domu. Po przywitaniu, gdy tylko siedliśmy, weszła kobieta wnosząc na tacy dwa kieliszki napełnione koniakiem. Pierwszy podała głowie rodziny, drugi mnie. Moja żona spytała – a dla mnie? Wywołała konsternację, bo nie dość, że została dopuszczona do rozmowy, to jeszcze śmiała się odezwać nie pytana, w dodatku upominając się o koniak. Pan domu szybko się opanował i kazał przynieść trzeci kieliszek, a następnie wysłuchał naszej prośby, szeroko umotywowanej. Zawołał swoją córkę i kazał jej spełnić nasze życzenie, które raz jeszcze powtórzyliśmy. Wysłuchała tego stojąc, a następnie ukłoniła się i wyszła. Zamiast niej pojawiła się natomiast butelka koniaku, przy której potoczyła się dalsza rozmowa w miłej atmosferze. Spędziliśmy tam czas jakiś. Mimo to do rozmowy nie została zaproszona żadna z kobiet, a kiedy wychodziliśmy, przy drzwiach wejściowych dołączyła do nas Swieta. Niestety, nie uzyskaliśmy zezwolenia z milicji, na przejazd przez Gruzję i Morze Czarne, a kazano nam wracać tą samą drogą  którą przybyliśmy. Pani z Inturistu załatwiła nam powrót pociągiem przez Kijów i Lwów, tłumacząc się, że więcej dla nas zrobić nie może.

IV.

 

W roku 1945, w którym formalnie zakończyła się II Wojna, świat został podzielony na dwa potężne polityczno-militarne bloki, które we wzajemnej przyjaźni i współpracy miały zapewnić pokój na długie lata, a może na zawsze. Sto trzydzieści pięć lat wcześniej zostało zawarte w Wiedniu Święte Przymierze pomiędzy trzema monarchami – rosyjskim, austriackim i pruskim. Cel był ten sam, chociaż przesłanki odmienne. Przymierze, którego inicjatorem był car Aleksander miało utrwalić status quo ante bellum w Europie, która przeżyła wstrząsy rewolucyjne i wojny napoleońskie. Do traktatu III Rozbioru wpisano tajny artykuł dodatkowy, iż imię Polski, która przestała istnieć, nigdy nie zostanie przywołane. Napoleon zawierając w Tylży traktat pokojowy z Aleksandrem, uszanował ten zapis i dlatego powołał do życia Księstwo Warszawskie, a nie Królestwo, bądź Księstwo Polskie. Aleksander nie tylko przywrócił historyczną nazwę Królestwa Polskiego, lecz do tytułu cesarza, dołączył też tytuł króla polskiego. Ten tytuł doszczętnie sponiewierany przez jego poprzednika na polskim tronie Stanisława Augusta Poniatowskiego, odzyskiwał prestiże, zaś Polska uzyskała autonomie w ramach Cesarstwa Rosyjskiego. Paradoksalnie tytuł oświeconego władcy przypisano dwojgu despotom, uznanym w dodatku za  „wielkich”, Katarzynie II i Fryderykowi II, a to z racji ich przyjacielskich stosunków z francuskimi filozofami Oświecenia. Sam Aleksander nie miał dobrej opinii wśród polskich historyków po roku 1830. Nie mogą mu darować zdrady jaką popełnił wobec swojego przyjaciela z młodości, a dodajmy, że również mentora Adama Czartoryskiego, kształtującego jego młodzieńczą osobowość. Gdy w 1801 roku Aleksander został cesarzem, nosił w sobie wiele idei zaszczepionych mu przez księcia Adama. Rządy reformujące ustrój Rosji były wspólnym pomysłem, zaś szczególnie cennym jest jego stosunek do Polaków. Car Aleksander wsparł nasze szkolnictwo na Kresach Wschodnich, znajdujących się wówczas w zachodnich prowincjach Rosji. Odejście Aleksandra ze sceny politycznej owiane jest tajemnicą. Według oficjalnej wersji zaraził się cholerą podczas wizytacji Donieckiego Okręgu Wojskowego, zmarł i został pochowany w Taganrogu. Schedę po nim przejął Mikołaj, któremu tron odstąpił jego starszy brat Konstanty, zadawalając się stanowiskiem wielkiego księcia rezydującego w Warszawie. Wywołało to niezadowolenie przeciwników despotyzmu i spowodowało wybuch najgłupszego i najśmieszniejszego, choć zakończonego tragicznie, „Powstania Dekabrystów”.  Jego hasłem było: „Niech żyje Konstanty i jego żona Konstytucja”, co było propozycją zamiany jednego tyrana na drugiego. Zwolennicy rządów konstytucyjnych najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że wprawdzie w Królestwie Polskim pod rządami wielkiego księcia jest konstytucyjna struktura władzy, lecz że są to instytucje całkowicie zależne od kaprysów księcia Konstantego. Spiskowcy wyprowadzili wojsko i ustawili je w szyku i nie odważyli się na wydanie komendy „ognia”. Zostali aresztowani przed frontem swoich żołnierzy, osądzeni w trybie doraźnym i skazani – paru na śmierć przez powieszenie, a pozostali na katorgę. Mickiewicz, poruszony tymi wydarzeniami, napisał wiersz „Do Przyjaciół Moskali”, który wykorzystywano jako manifest przyjaźni polsko-rosyjskiej. Nie od razu zresztą, gdyż wcześniej jego miejsce zajmowała powszechnie znana pieśń: „Kto mi powie, że Moskale są to bracia nas Lechitów, temu pierwszy w łeb wypalę pod Kościołem Karmelitów”. Puszkin odpowiedział Mickiewiczowi wierszem „Kliewietnikam Rassieji” (Oszczercom Rosji) butnym i aroganckim, sławiącym siłę i wielkość Rosji, schlebiającym samodzierżawcy, carowi Mikołajowi. Ten wiersz nie jest znany powszechnie w Polsce, podobnie jak wiersz Mickiewicza w Rosji, a jedynie zestaw ich obu daje obraz różnicy kulturowej i cywilizacyjnej, między Polakami i Rosjanami.

Zagadka śmierci Aleksandra okazała się być bardziej złożona, niż pierwotnie przypuszczano. Od razu mówiło się o tym, że nie zmarł na cholerę, lecz został otruty, a pospieszny pogrzeb w Taganrogu, bez należnego zmarłemu cesarzowi rytuału, spowodowany był chęcią uniknięcia dokładnych oględzin zwłok. Aliści, gdy po kilkudziesięciu latach  otwarto  grób cara Aleksandra, przekonano się, że w trumnie są zwłoki kogoś innego. W dodatku w tym samym czasie ustalono, że na Syberii zmarł świątobliwy starzec, który nie tylko prowadził notatki po francusku, lecz ponadto jego charakter pisma był identyczny z pismem cara Aleksandra. Poważni historycy nie zajmują się takimi kwestiami nie mającymi wpływu na dalszy bieg dziejów, a noszącymi znamiona legendy i plotki, skoro owe dowody iż Aleksander przeżył własną śmierć, przez nikogo nie zostały rzetelnie zbadane. Wszelako, mnie interesują inne aspekty związane z całą tą sprawą, a mianowicie, czy Powstanie Listopadowe by wybuchło, gdyby rządy sprawował dłużej car Aleksander. Nie mam w tej kwestii pewności, bo pomijając sprawę Łukasińskiego i innych członków Towarzystwa Patriotycznego aresztowanych za rządów Aleksandra, to wszakże szaleństwa Nowosilcowa wobec studentów wileńskich i proces Filomatów, odbyły się przed rokiem 1825, rzekomej bądź rzeczywistej śmierci cara Aleksandra.

 

 

V.

 

Uczestnicy i świadkowie historycznych wydarzeń często nie zdają sobie sprawy, czy fakty w których uczestniczą są incydentalne, czy wywierają wpływ na bieg dziejów. Tak było z uczestnikami tajnej konferencji w Abbeville na której zdecydowano o powstrzymaniu się Francji i Anglii od działań wojennych w roku 1939. Zdaniem jej uczestników wpisywała się w logiczny ciąg wydarzeń, a która miała przełomowe znaczenie. Poprzedziła ją akcja dyplomatyczna zmierzająca do osłonienia państw zachodnich przed atakiem Hitlera, a skierowanie go w przeciwnym kierunku. Udało się to dzięki wciągnięciu Polski do wojny, aliści nasi zachodni sojusznicy grali fałszywymi kartami.

Przypomnę, o czym już pisałem w rozdziałach poprzednich. Kwestią zasadniczą jest odpowiedź na pytanie, jakie były perspektywiczne cele Anglii i Francji. Otóż chodziło o  przywrócenie ładu europejskiego w myśl ustaleń zapadłych na Kongresie Wiedeńskim. A zatem, w ich planach nie leżała klęska III Rzeszy, gdyż Hitler odejdzie, a Niemcy pozostaną. To samo odnosiło się do ZSRR, o czym mówiono już bez ogródek w końcowych latach wojny – wygrać ją miała Rosja.

Dzisiejsi domorośli stratedzy, mający wiedzę o wydarzeniach siedemdziesięciu lat po roku 1939, których umysłowość nie wykracza ponad kombinacje gier komputerowych, wyszydzają politykę Becka, pomawiając go o ślepotę i doradzają jakie powinien był podjąć decyzje. Beck kontynuował politykę Piłsudskiego, starając się zachować neutralność Polski „jak długo się da”. Dlatego nie przystąpił do paktu antykominternowskiego, podobnie jak wcześniej Piłsudski do interwencji ententy w Rosji, chociaż był skłonny poprzeć Francję w odzyskaniu Nadrenii od rozzbrojonych Niemiec. Beck przyjął ofertę Anglii i Francji, nie z ślepej wiary w szlachetność przyszłych sojuszników, ale z prostej kalkulacji sił i możliwości. Zabezpieczył Polskę na wszelkie ewentualności z wyjątkiem nikczemnej zdrady, którą nie sposób było przewidzieć. Zdrada wydawała się nieprawdopodobna ze względów moralnych, a również w aspekcie racjonalnym. Analiza militarnego potencjału jakim dysponowała Polska, Francja i Anglia wykazywała, że są w stanie pokonać Niemcy w ciągu paru miesięcy i zlikwidować całkowicie zagrożenie ze strony III Rzeszy. Dodajmy, że Polska stanowiła najmocniejsze ogniwo aliansu, doktryna wojenna Francji opierała się na linii Maginota, a Wielka Brytania nie miała jeszcze tak silnego lotnictwa i rozbudowanej obrony przeciwlotniczej, jakimi dysponowała rok później. Natomiast kwestia moralna jest bezsporna. Abbeville wyznacza cezurę cywilizacji, przed zdradą i po zdradzie.

Historycy nie prowadzą spekulacji, „co by było gdyby…” lecz jako historiozof mam obowiązek je przeprowadzić. Wiemy, że gdyby Beck nie przystąpił do aliansu z Zachodem, Niemcy pokonaliby z łatwością Francję, co okazało się dowodnie w roku 1940, a następnie Anglię, którą zniszczyłyby dywanowe naloty, przygotowujące inwazję. Polska w tej fazie wojny pozostałaby na uboczu, ale następnie znalazłaby się osamotniona wobec Niemiec, wzmocnionych przez potencjał państw pokonanych i ZSRR. Hitler i Stalin bali się zaatakować Polskę w pojedynkę. Kampania 1939 roku dowiodła, że Polska była w stanie przeciwstawić skuteczny opór armii Hitlera, zaś Stalin pamiętał o skutecznym laniu jakie sprawiło polskie wojsko armii sowieckiej w roku 1920, a wszakże znacznie wówczas słabsze, niż w przededniu II Wojny. Pakt Mołotow-Ribbentrop był nieunikniony – tyle, że zostałby zawarty rok później. Polska nie miałaby wówczas szansy uniknięcia militarnej klęski, a w konsekwencji na zachowanie bytu państwowego, zaś Polacy byliby masowo mordowani przez Niemców i Sowietów, jak miało to miejsce po roku 1939. Mordy w dalszej kolejności objęłyby Żydów, polskich obywateli.

Wśród krytykantów polityki Becka, wybijają się na czoło dwaj publicyści, Zychowicz i Ziemkiewicz. Ten pierwszy stawia słuszną diagnozę, że Polska w sojuszu z Niemcami zdolna byłaby zająć Moskwę i zatknąć polski sztandar na Kremlu, jak to już w historii bywało. Zychowicz na tym wyczerpuje swoje ambicje i nie wybiera się na podbój Syberii, lecz bredzi o „odwróceniu sojuszy”. A jaki miałby być ten sojusz zawarty z Niemcami? Czy Polska miałaby zaakceptować ustawodawstwo III Rzeszy, jak uczyniła to Francja w roku 1940? Czy Niemcy, które wjechałyby swoimi pancernymi kolumnami na terytorium Rzeczypospolitej dałyby się z niego rugować? Ten pomysł jest tak absurdalny i oderwany od rzeczywistości, że nie nadaje się do poważnej dyskusji. Obelgi miotane przez Ziemkiewicza pod adresem ministra Becka i władz Rzeczypospolitej Polskiej również się do tego nie nadają. Można się zastanawiać, czy obaj są idiotami na własny rachunek, czy świadomymi agentami wpływu, bo oto w ostatnim czasie wysypała się czereda domorosłych „badaczy”, kwestionujących dokonania wojska polskiego w II Wojnie Światowej.

To nic nowego, ani szczególnie odkrywczego. Wpisują się w nurt antypolskiej propagandy uprawianej od siedemdziesięciu lat. Ich rewelacje opierają się na wątpliwej wartości materiałach, mających podważyć oficjalną wersję historycznych wydarzeń. I tak na przykład kwestionują liczbę polskich zwycięstw w powietrzu w roku 1939 wykazanych w polskich raportach, porównując te dane z propagandowymi wyliczeniami niemieckimi, dając wiarę tym ostatnim. A skoro już o walkach lotniczych mowa domorośli badacze zakwestionowali ilość zestrzeleń dokonanych przez Dywizjon 303, do czego nie posunęli się nawet Anglicy, skrupulatnie sprawdzający te dane. Podobnych twierdzeń, wynikających ze złej woli i chęci zabłyśnięcia oryginalnym tekstem jest co niemiara, a podam jedynie kwestionowanie znaczenia Monte Cassino w systemie obronnym Niemców, ryglującym drogę na Rzym.

Moja siostra Hania Kupiła mi na imieniny książkę Normana Daviesa „ Rising’44. The Battle for Warsaw”. Nie było jej jeszcze w polskim przekładzie, a było już o niej głośno, więc przeczytałem ją z zainteresowaniem jednym tchem. Nie podobało mi się ujęcie przez autora tematu, a znalazłem też sporo błędów merytorycznych. Niedługo potem trafiłem w księgarni „Powstanie’44” i ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie jest to tłumaczenie wersji angielskiej, lecz przekład autoryzowany, wnoszący do tekstu nowe wątki, a inne pomijający. Wypunktowałem sobie różnice w obu wydaniach książki i jest ich wiele, a nie są to różnice przypadkowe. Autor chce zadowolić odmienne gusta czytelnika anglojęzycznego i polskojęzycznego, a nade wszystko zyskać uznanie żydostwa. Od ponad ćwierć wieku obserwuję jak coraz to bardziej staje się publicystą, co samo w sobie nie jest naganne, lecz nasuwa się wówczas pytanie o intencje narratora. Davies ma ambicję przedstawienia tematu na szerokim tle zarówno czasowym, jak i przestrzennym. Niestety, obnaża przy tej okazji znaczną niekompetencję, co zadziwia u autora od lat zajmującego się polską historią. Na przykład przy omawianiu relacji polsko-żydowskich, w których nie mogło zabraknąć kłamstwa jedwabieńskiego, stwierdza apodyktycznie, że w Polsce przed wojną Żydzi mieli zamknięty dostęp na studia wyższe, a w drugim stwierdza, że lekarzami byli wyłącznie Żydzi. Oba te stwierdzenia są wierutnym kłamstwem, a w dodatku wzajemnie sobie przeczą. W książce aż roi się od pomyłek dotyczących poszczególnych osób

jak na przykład wysłanie Stanisława Cata Mackiewicza z komisją PCK do Katynia, a był tam Józef Mackiewicz, zaś Stanisław od 1939 roku przebywał na emigracji,  o czym nawet powierzchowny znawca literatury polskiej powinien wiedzieć. Zatrzymam się na chwilę przy kwestii owych różnic, mających wszakże wpływ na odbiór całości, na przykład w polskim tekście znajduje się wyliczenie akcji dywersyjno-sabotażowych sporządzone przez Komendę Główną AK, co do rzetelności  którego nie mamy zastrzeżeń: „W sumie w okresie od stycznia 1941 do czerwca 1944 roku doliczono się co najmniej  25145 różnego typu akcji sabotażowych, wykolejenia 732 transportów kolejowych, podpalenia 443 transportów, wysadzenia 38 mostów kolejowych…” W tekście angielskim jest podana jedynie liczba ogólna, opatrzona wyjaśnieniem, że akty sabotażowe mogły dotyczyć również jakichś drobnych zakłóceń  produkcji, a zarazem  następuje mrugnięcie do czytelnika, „że Polacy skłonni są do koloryzowania”, mającym zasiać wątpliwość. Już sam tytuł angielskiego wydania jest wymowny, bo „Rising” to nie to samo co „Insurrection”.

Davies wpisuje się w nurt antypolonizmu, modny obecnie na krajowych salonach,  opierający się na przykazaniu Talmudu, aby nie mówić nic dobrego o gojach, zaś o Polakach w szczególności, a jeśli już, to należy to osłabić kłamliwym pomówieniem. Uznanie przez salony jest rzeczą ważną dla wielu publicystów, dlatego „rewelacje” różnych pismaków znajdują łamy na których mogą je publikować. Niektóre czasopisma, mające uchodzić za patriotyczne, nie chcą zerwać kontaktu z salonem. Dwaj wymienieni przeze mnie publicyści Zychowicz i Ziemkiewicz, są ukształtowani intelektualnie w atmosferze jaka wytworzyła się po „zdradzie Abeville”. Ten pierwszy bredzi o odwróceniu sojuszy, powołując się na Piłsudskiego. Piłsudski żadnych sojuszy nie odwracał. Po odmowie złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Austrii został aresztowany i osadzony w pruskim więzieniu, zaś jego wojsko internowane. Wówczas dopiero poszukał sojuszników w państwach Ententy. Przypomnę wszakże kwestię istotną, że żadnych sojuszy z Austrią i Prusami nie zawierał, a wykorzystał jedynie Austrię do zbudowania jednostek wojska polskiego. To Austria postawiła warunki nie do przyjęcia dla dążeń niepodległościowych. Gdyby tak proste było „odwrócenie sojuszy”, to wszakże o wiele prościej byłoby złożyć fałszywą przysięgę wierności, lecz wówczas Piłsudski nie znalazłby nowych sojuszników, jako człowiek pozbawiony honoru. O honorze Zychowicz nie ma pojęcia.

Tak samo Ziemkiewicz, który wypróżnia cały worek inwektyw wobec władz Rzeczypospolitej, a w szczególności ministra Becka, zarzucając im „Ślepe uwielbienie” zachodnich aliantów. To oczywista nieprawda, lecz interesująca może być kwestia dotycząca samego Ziemkiewicza, który uważa, że zdrada była oczywistą i łatwą do przewidzenia. Zdrada, w ówczesnym układzie cywilizacyjnym, była rzeczą zupełnie niewiarygodną.

 

VI.

Obecnie na starość doceniam ten fakt, że przyszedłem na świat w Polsce Odrodzonej, zaś moi rodzice, wszyscy dorośli krewni i przyjaciele naszego domu, urodzili się w epoce zaborów. Zostałem wychowany w tradycji sięgającej początków polskiej kultury, od Średniowiecza, przez demokrację szlachecką, Romantyzm, Pozytywizm i Młodą Polskę. Moja siostra Hania powiedziała mi, że mamy inne spojrzenie od urodzonych po wojnie, którzy jej nie przeżyli i nie mają pojęcia o latach okupacji niemieckiej i sowieckiej.

Jestem całkowicie wyobcowany ze świata w jakim żyję. Mentalnie i uczuciowo bliżej mi do świata XIX wieku, niż do XXI. Cywilizacja i kultura opierają się na ustalonych od wieków kryteriach. Upadek cywilizacji łacińskiej polega na tym, że te kryteria zostały odrzucone, zapomniane, bądź zmienione w sposób tak radykalny, iż stanowią własne przeciwieństwo. Określano je jako imponderabilia. Podstawą ich była virtus, wywodząca się z pojęcia męstwa, a rozumiana również jako cnota, honor, wierność, uczciwość, stałość charakteru, talent, siła skuteczność. Cnota, najbardziej wyszydzana w współczesnym nam świecie, strywializowana i sprowadzona do kwestii błony dziewiczej, a wszakże niegdyś za kobiety cnotliwe uważano przede wszystkim Matki Polki, a również babcie, Matrony rodów. Inne związane z cnotą pojęcia zanikły, bądź wyszydzane są z całą bezwzględnością głupców, którzy nie rozumieją jej znaczenia, uciekając się do szyderstw, niwecząc wszelką możliwość dyskusji. Kpina stała się sposobem bycia wielu publicystów chcących uchodzić za mędrców i stanowiących, niestety, autorytet dla wielu. Laicka lewica kpi z Pana Boga, dopuszczając się bluźnierstw, z religii, tradycji i moralności. Pseudopatriotyczna prawica panoszy się na tym samym polu kpiny i szyderstwa.

Jest taka telewizja „Republika”, która parę lat temu weszła na rynek mediów, oświadczając, że jest pierwszym i jedynym kanałem konserwatywnym. Aliści, od lat istnieje telewizja „Trwam”, więc nie dostrzeżenie jej jest świadomym kłamstwem i nadużyciem. Jej cechą główną jest samochwalstwo, nieumiarkowane a w dodatku nachalne. Jej profil polityczny budzi poważne zastrzeżenia, w dyskusjach biorą udział różne osoby, których nie chciałbym widzieć w moim domu. Wszelako, są też programy, w których biorą udział „sami swoi” i są to programy prześmiewcze. Wyśmiewanie przeciwnika, z pozycji własnej wyższości, odstręcza mnie po prostu, zaś towarzyszące im chichoty sprowadzają rozmówców do roli kabareciarzy, a omawiane są zagadnienia nad którymi należałoby pochylić się z największą troską.

Brak troski o współobywateli dyskwalifikuje tych członków elit opiniotwórczych, którzy miast zająć się poważnie problemami swoich rodaków, uganiają się za tematami na których mogą zyskać popularność i zarobić pieniądze w ramach honorarium.

A więc cnota, podobnie jak jeden z jej elementów, mianowicie honor, pozostaje nieznaną. Inne jej przymioty, jak uczciwość, prawdomówność, są wykpiwane. Żyjemy w państwie, w którym wpływowy polityk zadeklarował, iż „pierwszy milion trzeba ukraść”, a później zostać premierem rządu. Inny polityk powiedział, że „polskość to nienormalność”, a później również został premierem.

W czasach mojego dzieciństwa i młodości największą hańbą jaką mógł  okryć się każdy z nas, było kłamstwo. Mówiono nam, że nie wolno nikomu zarzucić kłamstwa, gdyż jest to obelga największa. Mogłem sformułować zarzut – „jesteś w błędzie”, a w najgorszej formie – „chyba mijasz się z prawdą”. Zarzuty kłamstwa dopuszczalne były w przedszkolu – „on kłamie, „nie to ona kłamie”, ale już w szkole podstawowej zwanej wówczas powszechną, nie do przyjęcia. Tymczasem, cóż ja widzę we własnym telewizorze?  Posłanka jakiejś partii mówi do swojego rozmówcy „pan kłamie”, panie pośle, zaś ten odpowiada – „to pani kłamie”, I co?! I nic. Oboje rozmówcy po programie idą razem na kawę, a może nawet na gorzałę, zaś w następnym programie słyszymy, że są po imieniu.

Uczciwość niegdyś była cnotą. Obecnie nieuczciwość jest dowodem sprytu i zaradności życiowej, zaś uczciwość domeną głupców i „nieudaczników”, niemiejących się przystosować do transformacji.

Wszystkie szlachetne imponderabilia, stanowiące kościec cywilizacji łacińskiej, zostały w kulturze masowej, vulgo kulturze motłochu, wywrócone na opak. Sponiewierano pojęcie niepodległości, kłamliwie określając nasze państwo, poddane tyranii międzynarodowych banków i znajdujące się pod kontrolą tajnych służb państwem niepodległym. Wolność osobista jest bardzo ograniczona, zaś wolność słowa nie istnieje, wobec nakazów poprawności politycznej, eliminującej z publicznej dyskusji wiele tematów. Miłość zastąpiono chemią i sprowadzono do kopulacji. Patriotyzm uosabiać ma moskiewski agent Jaruzelski, dobry smak antyklerykał i antynarodowiec o zakłamanym życiorysie Herbert, zaś przyzwoitość Bartoszewski.

Nie należy się zatem dziwić, iż Polska znajdująca się w stanie odwróconej moralności, stała się paradis furis, czyli kleptodemokracją. Prawo, z następującymi w nim zmianami, sformułowane jest tak, aby zapewnić swobodę działania złodziejom wszelkiej maści i kanaliom, zaś stosowanie tego prawa przez prokuraturę i sądy idzie w tym samym kierunku. Nie zajmują się ściganiem złodziei, będących warstwą uprzywilejowaną, ani korupcji ogarniającej wszystkie urzędy nie wyłączając organów ścigania, całą surowość prawa stosują wobec uczciwych przedsiębiorców, wobec których wysunięto fikcyjne zarzuty, aresztując ich nieraz na wiele miesięcy bez wyroku sądowego. Gdyby owe zarzuty były prawdziwe, podlegaliby ochronie prawnej, stosowanej wobec przestępców, a tak, pozostają bezbronni wobec złodziejskiego systemu. Szary obywatel, nie biorący żadnego udziału w działalności gospodarczej, jest narażony na próby oszustwa i grabieży ze strony banków, firm handlowych i usługowych proponujących rzekome korzyści, wyglądające jak piękny bukiet kwiatów, lecz wśród nich ukrywające szerszenia.

 

VII.

 

Aby zrozumieć, co się naprawdę dzieje w Polsce, trzeba rozpocząć od owych tez fundamentalnych, które postawiłem w poprzednich rozdziałach i wobec których przeprowadziłem dowód prawdziwości, a mianowicie, że nie tylko Niemcy i Rosja były wrogie wobec niepodległości Polski, lecz również Anglia i parę pomniejszych państw, jak Litwa, Czechy i Słowacja i międzynarodowe Żydostwo. Gdyby Polacy w latach 1914-20 nie wybili się niebywałym wysiłkiem i ofiarnością całego narodu na niepodległość, deklaracja prezydenta Wilsona nie miałaby dla dyplomatów i bankierów w Wersalu żadnego znaczenia. Polska rodziła się w niesłychanie trudnych warunkach. Zdewastowana wojną, jak żadne inne państwo Europy, z wysadzonymi mostami, liniami kolejowymi i dworcami, zrujnowanymi, a częściowo rozgrabionymi zakładami przemysłowymi, na niespotykaną dotychczas skalę przez Prusy i Rosję. Wywożono maszyny, surowce i towary, a także inwentarz  żywy i płody rolne. Ludność cierpiała głód, zapadała na choroby, szerzyła się epidemia tyfusu i czerwonki. Polska odradzała się w stanie kompletnego wyniszczenia i nędzy, a wkrótce nastąpić miał kryzys światowy.

Many przed oczami obraz ruin po II Wojnie Światowej, jeśli nie z własnych wspomnień, to utrwalonych na licznych zdjęciach i taśmach filmowych. Nie utrwaliła się na nich straszliwa nędza ludności, głód i epidemie chorób zakaźnych. Aliści, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że po I Wojnie Polska zdewastowana była w stopniu porównywalnym z tym po drugiej. Po I Wojnie niemal nienaruszona była infrastruktura zabudowy miast, gdyż technika niszczenia była o wiele mniej doskonała, ale straty w przemyśle oraz w kondycji zdrowotnej ludności, były takie same. Należy to mieć na względzie w ocenie ogromnego sukcesu, jaki odniosła w latach międzywojennych Polska Odrodzona, niesłusznie nazywana II Rzeczpospolitą. Muszę się nad tym zatrzymać, gdyż nieustannie słyszę o jakiejś III i IV, co jest oczywistym nieporozumieniem. Pisałem już o tym, lecz błąd jest tak rozpowszechniony, że nie mogę przejść nad nim obojętnie, gdyż chodzi nie o fałszywą numerację, lecz ideologię z tym związaną. Komuniści po wojnie budowali własną wizję historii. Polskę odrodzoną, nazywaną przez nich burżuazyjną przedstawiali w świetle kryzysu lat dwudziestych, nota bene opanowanego dzięki reformie Grabskiego, ustanawiającej złotówkę na parytecie złota. Wprowadzili też termin II Rzeczpospolita,  która charakteryzować się miała nędzą, bezrobociem i uciskiem proletariatu. W rzeczywistości ta nędza lat powojennych została pokonana, bezrobocie zostało zlikwidowane, dzięki szeroko zakrojonym inwestycjom, budowie nowych miast jak Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy, ze Stalową Wolą i innymi miastami, które z zatęchłej prowincji stały się ośrodkami przemysłu. Ahistoryczna nazwa II Rzeczpospolita na określenie Polski Odrodzonej wpisywała się w komunistyczną ideologię, w rozumieniu  której I Rzeczpospolitą charakteryzował ucisk chłopów, zaś drugą ucisk proletariatu. Nie wiem  kto wpadł na pomysł tej numeracji. Z czasów szkolnych pamiętam, iż istniał wówczas podział na Rzeczpospolitą szlachecką gnębiącą chłopów i burżuazyjną uciskającą robotników i chłopów, rzecz jasna. Komuniści wychowali, by nie powiedzieć wykształcili kilka pokoleń historyków. Mają utrwalone stereotypy myślenia i błędy z nich wynikające. Otóż przed rokiem 1918, Rzeczypospolitej Polskiej nie było. Unia Lubelska połączyła oba narody w jeden organizm państwowy pod wspólną nazwą Rzeczypospolitej, lecz Litwa zachowała nazwę Litwy, zaś Polska Korony Polskiej, a nie Rzeczypospolitej Polskiej, dla której dla wspólnego państwa, nie zgodziliby się Litwini.

Byłoby rzeczą zaskakującą, że wymazano z powszechnej świadomości nazwę państwa polskiego po II Wojnie Światowej, gdyby nie fakt oczywistej manipulacji. Wielu historyków, że o publicystach wspomnę na marginesie, zdaje się nie wiedzieć o tym, iż obowiązywała nazwa Rzeczypospolitej Polskiej. Jest rzeczą haniebną, że wyroki śmierci, bądź wieloletniego więzienia ferowano w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej i że oprawcy chodzili w mundurach polskich oficerów. Sprofanowano wówczas nazwę, hymn i barwy narodowe, a również pohańbiono mundur oficera polskiego. Mogę zrozumieć, iż dla tych, którzy chcą ukształtować naszą świadomość narodową w określonym przez siebie antypolskim kierunku, jest to wysoce niewygodne, gdyż tak zwana III Rzeczpospolita ma się wywodzić bezpośrednio z Polski okresu przedwojennego i być jej spadkobierczynią, a nie jest. Rządy po roku 1989 stanowią pod każdym względem przeciwieństwo rządów w latach 1918-39. Dlatego ilekroć słyszę o odzyskanej po roku ’89 wolności i niepodległości, odbieram je jako bluźnierstwo wobec Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i wobec Narodu, gdyż te same hasła słyszałem w roku’45 w Rzeczypospolitej Polskiej, o której wszyscy chcieliby zapomnieć.

Widziałem ostatnio w pewnym programie telewizyjnym fragment dyskusji pomiędzy osobami uważającymi się za historyków i politologów na temat plebiscytu. Widziałem jedynie fragment, gdyż nigdy podobnych programów nie oglądam w całości. Usłyszałem wypowiedź osoby, która stwierdziła, że w PRL był tylko jeden sfałszowany plebiscyt w roku 1946. Z tym wydarzeniem zrósł się nierozerwalnie przymiotnik „Sfałszowany”, tak jak z państwem „demokratyczne”, a prokuratorami i sądami „niezawisły”. Aliści, trudno znaleźć, co zawierały pytania plebiscytu. A były trzy, o Ziemie Zachodnie, o przemysł i senat. Nie miało to wszakże większego znaczenia, gdyż była to po prostu próba sił pomiędzy PPR a PSL, przed nadchodzącymi wyborami do sejmu R.P. Komuniści chcieli odpowiedzi „3 x tak”, zaś Mikołajczyk apelował o odpowiedź ‘dwa razy tak, raz nie” na trzecie pytanie plebiscytu. W dalszej narracji usłyszałem, że frekwencja sięgała 90% o czym świadczą filmy dokumentalne, chociaż 30% Polaków było analfabetami.

Uporządkuję tych parę zdań, które usłyszałem. Otóż, po pierwsze, wymagam od ludzi zawodowo zajmujących się polityką historyczną, aby przynajmniej znali nazwę państwa, na temat którego się wypowiadają. Co do dziewięćdziesięcioprocentowej frekwencji , to mam poważne wątpliwości, Zarówno plebiscyt jak i wybory, odbywały się przed powszechnym spisem ludności, więc wszelkie obliczenia mogą być jedynie szacunkowe, zaś kilkaset tysięcy ukrywało się i nie kwapiło do kontaktu z władzą.  Filmy „dokumentalne” były w istocie filmami propagandowymi, wyświetlano je w kinach jako kroniki filmowe, a wiele z nich wzbudzało śmiech na widowni. Procent analfabetów w społeczeństwie polskim jest również wytworem komunistycznej propagandy, która chciała wykazać jakie rozmiary ciemnoty i zacofania pozostawiła po sobie sanacyjna Polska.  W Polsce był znacznie niższy stopień analfabetyzmu niż w innych krajach europejskich, gdyż na fali pozytywizmu i pracy u podstaw, do której włączyło się wielu inteligentów, nauczanie języka polskiego zakazanego przez władze rosyjskie, austriackie i pruskie, traktowano jako obywatelski obowiązek. Polskę we wszystkich trzech zaborach ogarnął ruch spółdzielczy, zaś spółdzielnie, zwane wówczas kooperatywami, miały w swoich statutach zawarty program szkół wiejskich i bibliotek. W Polsce Odrodzonej, oświata powszechna stała się domeną państwa. Wprowadzono obowiązek szkolny, obejmujący wszystkie dzieci. Nie obejmował wszakże urodzonych przed rokiem 1905, a więc tych, którzy w roku 1946 mieli powyżej czterdziestu lat, a zatem już w latach  poprzedzających utworzenie Polski niepodległej nie nauczyli się czytać i pisać, mogli pozostać analfabetami, lecz takich było niewielu.

Mogę potwierdzić na podstawie własnych wspomnień, że zarówno plebiscyt w czerwcu 1946 roku, jak i wybory w styczniu roku następnego, miały dużą frekwencję.  Mieszkaliśmy wówczas w Częstochowie w Alei Najświętszej Marii Panny 16, zaś jeden z punktów w którym oddawano głosy mieścił się vis-à-vis naszego mieszkania, więc z okna  obserwowałem sporą kolejkę przed wejściem do lokalu. Aliści, nie były to wówczas wydarzenia najważniejsze, lecz to, co zdarzyło się w lipcu 1946 roku, a mianowicie mord Żydów w Kielcach. Była to zaplanowana i brutalnie przeprowadzona akcja, przez nieustaloną do tej pory jednostkę bezpieczeństwa wewnętrznego, kierowana przez Żydów komunistów, przeciwko Żydom syjonistom. Nie był to żaden „pogrom kielecki”, gdyż pogrom tym się charakteryzuje, że uczestniczy w nim ludność miejscowa. Kielczanie nie dali się sprowokować rozsiewanym od rana opowieściom na temat mieszkańców domu żydowskiego, a kiedy akcja się rozpoczęła zostali odcięci od miejsca wydarzeń przez kordon wojska i uzbrojonej milicji. Z tłumu gapiów aresztowano kilkunastu przypadkowych mężczyzn, poddano straszliwym torturom w siedzibie UB (wycie katowanych słychać było na ulicy) następnie postawionych przed sądem i skazanych. Głównym celem tej akcji było przedstawienie Polaków jako dzikich antysemitów, zdolnych do zbrodni. Taki przekaz propagandowy poszedł w świat i na użytek wewnętrzny. Kłamstwo o pogromie w Kielcach, tak bardzo potrzebne Żydom do utrwalenia rządów Judeopolonii, ZSRR do legitymizacji dyktatury komunistycznej w Polsce, oraz państwom zachodnim dla usprawiedliwienia wrogiej polityki wobec Polaków, stanowi punkt zwrotny antypolskiej propagandy.

 

 

VIII

 

Zbulwersowała mnie wypowiedź, którą usłyszałem w telewizji, anachronicznie sytuująca plebiscyt 1946 roku w PRL, zwłaszcza iż rozmowa toczyła się w gronie profesjonalistów. Podejrzewałem świadomą manipulację mającą na celu narzucenie słuchaczom pożądanego toku myślenia, że III Rzeczpospolita Polska jest bezpośrednią spadkobierczynią drugiej, czyli tej z lat 1918-39. Wszakże, myślałem sobie, wystarczy wziąć jakąkolwiek encyklopedię, aby dowiedzieć się jak nazywało się państwo polskie po wojnie, do roku 1952. Sięgnąłem nie do jakiejkolwiek, lecz do siedmiotomowej „Nowej Encyklopedii Powszechnej” wydanej w roku 1997 przez PWN. W tomie V pod hasłem „Polska Rzeczpospolita Ludowa” znajduję opis wydarzeń od roku 1944 i PKWN. W całym tym haśle, chaotycznie i niechlujnie zredagowanym, nie znalazłem nazwy „Rzeczpospolita Polska”. Jedynie pod datą 1952 znalazłem informację o nowej konstytucji zmieniającej ustrój władz państwowych i nazwę państwa, lecz jak to państwo nazywało się wcześniej, próżno by szukać.

W roku 1952 byłem uczniem liceum i z myślą o studiach zapisałem się do ZMP. Dzisiejszemu czytelnikowi być może trudno pojąć związek przyczynowy, jeżeli sądzi, że była to organizacja ideowa, jak miała to zapisane w statucie. W Praktyce była to organizacja masowa, do której wstępowali, chcąc nie chcąc, wszyscy ci, którzy nie chcieli poprzestać na maturze, lecz wybierali się na uczelnię państwową. Warunkiem sine qua non było bowiem uzyskanie dobrej, tajnej opinii od tej organizacji. Nie wystarczyło się więc po prostu zapisać, lecz należało wykazać się aktywnością w pracach społecznych i politycznych. Wśród owych prac podejmowanych przeze mnie, była też agitacja na rzecz nowej konstytucji, do czego zostałem przeszkolony na odpowiednim kursie, czyli indoktrynacji, na którą składał się szereg sloganów, budzących uśmiech politowania. Na przykład „wolność słowa” zapewniało oddanie ludowi pracującemu miast i wsi, drukarń i papieru. Zupełnie innemu przeszkoleniu zostałem poddany w domu. Moi rodzice, którzy swoje książki utracili w Warszawie, odbudowywali pieczołowicie naszą bibliotekę. Oprócz beletrystyki, znalazły się tam książki zgodne z zainteresowaniami każdego z nich. Wśród książek kupionych przez Mamę znalazła się „Konstitucja SSSR”. I „Ugałownyj Kodeks”. Porównywanie konstytucji sowieckiej i projektu polskiej, było pouczające. A ponieważ z innych źródeł wiedzieliśmy wiele na temat warunków życia i systemu państwowego w Związku Radzieckim, więc przepisy zawarte w nowej konstytucji nas nie zaskoczyły. Wiedzieliśmy, że dyktatorskie rządy w ZSRR sprawuje Gensek Stalin, którego odpowiednikiem w Polsce był I Sekretarz Bierut, zaś inne stanowiska były bez znaczenia. Natomiast większość Polaków była zaskoczona i zdezorientowana, a w głowach ich powstał zamęt. Zniesiono urząd prezydenta R.P. i zastąpiono Radą Państwa, a na funkcję jej przewodniczącego powołano nikomu bliżej nieznanego Aleksandra Zawadzkiego, natomiast Bierut objął tekę premiera. Zadawano sobie pytanie, czy ustąpił z pełnienia władzy najwyższej. Do lipca 1952 roku w Rzeczypospolitej Polskiej obowiązywała konstytucja z 1921 roku, zwana „marcową”, w myśl której głową państwa był Prezydent R.P., choć jego uprawnienia były ograniczone przez Parlament i Radę Ministrów (jedynym podpisem, który może złożyć prezydent R.P., bez kontrasygnaty właściwego ministra, jest jego podpis na liście płac – stwierdził kąśliwie jeden z ówczesnych konstytucjonalistów). Dopiero konstytucja 1935 roku, zwana „kwietniową”, nadawała prezydentowi znacznie większe uprawnienia. Komuniści uważali ją niesłusznie, za „faszystowską” i powrócili do konstytucji „marcowej”, uważając ją za demokratyczną, a więc formalnie stanowili kontynuację przedwojennej Polski, a o to im ze względów propagandowych chodziło. Zwalczając Polskę „burżuazyjną”, nawiązali do „demokratycznej” Polski Odrodzonej. A tego nie można powiedzieć o państwie powstałym po roku’89, które niby to odwołuje się do tradycji Rzeczypospolitej, a rozpoczęło swoje rządy od Konstytucji PRL i całego szeregu peerelowskich ustaw, a nawet dekretów Bieruta, które nadal obowiązują.

 

IX

 

Młodzi publicyści, którzy w latach osiemdziesiątych byli w wieku szkolnym, a w dorosłe życie weszli po transformacji, nie wiedzą jakim wstrząsem było dla ówczesnych Polaków powstanie PRL. Zapewne również nie wiedzą, jak bardzo różniła się sytuacja polityczna roku 1947 i roku 1952.Wybory 1947 roku odbywały się w atmosferze ostrej walki, nie tylko politycznej, lecz i realnej. Dysproporcja sił między sowieckimi wojskami okupacyjnymi, a żołnierzami niepodległości była ogromna, w liczebności, uzbrojeniu, sprzęcie. Aliści, w polskim społeczeństwie w roku 1947, nie było jeszcze poczucia absolutnej klęski. Oddziały podziemia, chociaż spychane do defensywy, odniosły także kilka spektakularnych zwycięstw, o których wieści rozchodziły się szeroko, podnosząc rodaków na duchu. Na Zachodzie istniały Polskie Siły Zbrojne. Polacy nie znali ustaleń konferencji w Teheranie i w Jałcie, a nawet nie wiedzieli, że takie się odbyły. Pojawienie się premiera Stanisława Mikołajczyka w składzie utworzonego w Moskwie Rządu Tymczasowego do reszty zdezorientowało opinię publiczną, gdyż dopatrywano się w tym porozumienia pomiędzy rządami państwa zachodnich, a Stalinem. Dlatego PSL, którego przywództwo objął Mikołajczyk, zdekonspirowało podziemne struktury i rozpoczęło legalną działalność. Dlatego też cały naród poparł Mikołajczyka w wyborach 1947, oczywiście sfałszowanych, które wygrali komuniści. Nikt jeszcze wówczas w Polsce nie podejrzewał Mikołajczyka o tak haniebną zdradę, za którą zapłacili krwawo członkowie PSL, mordowani i aresztowani przed wyborami, podczas i po ich zakończeniu. Mikołajczyk uniknął śmierci, a nawet aresztowania, uciekając z Polski, ukryty w bagażniku samochodu ambasady amerykańskiej, który nie podlegał kontroli granicznej. Jego ucieczka, była na rękę zarówno Amerykanom, jak i władzom Polski Ludowej, gdyż pozwalała uniknąć skandalu politycznego. Dopiero wówczas stał się w Polsce postacią znienawidzoną i zdobył przezwisko Mikołaj-czik. Likwidacja PSL, zasłużonego w walce o niepodległość, była pierwszym krokiem na drodze do likwidacji partii politycznych. Następną była PPS, która jako WRN (to był jej konspiracyjny kryptonim) stanowiła większość żołnierzy AK. Do PPS należeli kolejarze, załogi fabryk i wiele innych środowisk. W 1947 roku stanowili realną siłę.

Komuniści, którym pamiętano przedwojenną agenturalną i sabotażową działalność, byli w Polsce znienawidzeni. Dlatego powołując już podczas wojny nową partię, w miejsce rozwiązanej przez Stalina KPP, uniknęli nazwy „komunistyczna” i nazwali się Polską Partią Robotniczą, skrót tej nazwy tłumaczono powszechnie, jako „Płatne Pachołki Rosji”. W 1948 roku, po fali licznych aresztowań, nastąpiło połączenie PPR z PPS, któremu przewodził Józef Cyrankiewicz z garstką skupionych wokół niego renegatów. Nowa partia przyjęła nazwę PZPR, co rychło opinia publiczna odczytała jako „Płatni Zdrajcy Pachołkowie Rosji”. Monopartia z nic nieznaczącymi satelitami była pierwszym krokiem do opanowania całości życia publicznego. Następnym było upaństwowienie ruchu spółdzielczego, który maił w Polsce ponad stu letnią tradycję, był pierwszym najlepiej zarządzanym i najliczniejszym w świecie. Pierwsze padło ofiarą Rolnicze Towarzystwo Wspólnego Ratowania się w Nieszczęściach ufundowane przez Stanisława Staszica w jego dobrach w Hrubieszowie, gdzie w roku 1816 podpisał kontrakt z rodzinami 329 chłopów, swoich poddanych, którym zniósł pańszczyznę i mieszczan hrubieszowskich. W kontrakcie zawarte były ułożone przez Staszica warunki, na jakich miało działać Towarzystwo. Zakres działalności był bardzo szeroki, gdyż obejmował nie tylko produkcję rolną i hodowlaną, ubezpieczenia i opiekę zdrowotną, oświatę, a również stypendia dla zdolnych uczniów, którzy chcieliby kontynuować naukę. Towarzystwo przetrwało cały czas zaborów, rozwijając się bardzo korzystnie. W Hrubieszowie zbudowano kościół katolicki, dwie cerkwie prawosławne, trzy szpitale, progimnazjum męskie. Towarzystwo przetrwało cały czas zaborów, a później okupację niemiecką, zaś zostało zlikwidowane, ot tak po prostu, u zarania Polski Ludowej już w roku 1945. Następną z kolei była Spółdzielnia Spożywców „Społem”, której udziałowcami byli producenci i konsumenci żywności, dysponowała siecią sklepów, zakładów przetwórstwa żywności, magazynami i rampami kolejowymi, w okresie największego rozkwitu w Polsce Odrodzonej liczyła 397 tys. członków. Została upaństwowiona jednym zarządzeniem ministra Hilarego Minca, w ramach jego „bitwy o handel”, w wyniku której zlikwidowany został niemal cały handel prywatny, rzemiosło i usługi.

Osobną kwestię stanowi likwidacja wszystkich organizacji społecznych i powołanie w ich miejsce organizacji państwowych. ZHP uznano za organizację wrogą ideologicznie i powołano w to miejsce Organizację harcerską z jednolitymi czerwonymi chustami, oraz ZMP. Zlikwidowano Ligę Morską i Ligę Lotniczą, a utworzono z nich paramilitarną Ligę Przyjaciół Żołnierza. Z Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, utworzono PTTK pod zarządem państwowym.

Powołanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w miejsce obecnie zapomnianej Rzeczypospolitej Polskiej z prezydentem Bolesławem Bierutem na czele, stanowiło nowe otwarcie, które dla nas ówcześnie żyjących znaczyło „lasciate ogni speranza”.

 

X.

Trudno rozmawiać o polityce z ludźmi nie znającymi podstawowych faktów, a jeszcze trudnie z tymi, co wprawdzie fakty znają, lecz nie rozumieją ich znaczenia i są jak te dzieci z podstawówki, które potrafią podać datę Chrztu Polski, lecz na tym ich wiedza się kończy. Najtrudniej wszakże jest rozmawiać z historykami i politologami przypisującymi błędne znaczenie słowom „polityka” i „polityk”. W ich rozumieniu polityką jest zabieganie o głosy wyborców, aby uzyskać przewagę w parlamencie i móc uchwalać ustawy korzystne dla danej partii, a swoim członkom i zwolennikom zapewnić intratne posady. Politykiem zaś w tym rozumieniu, jest ów wybraniec narodu, zasiadający w parlamencie i głosujący w stadzie, zgodnie z dyrektywami partii. Wytworzyło się nawet tak absurdalne pojęcie, jak „zawodowy polityk” pobierający z tego tytułu sute wynagrodzenie. Otóż polityka z prawdziwego zdarzenia, nie jest i nie może być zawodem, lecz powołaniem. Politykami, dobrymi lub kiepskimi, byli władcy, prezydenci, a również ministrowie wprowadzający ustawy wpływające znacząco na kształt państwa.

Nie mam pretensji do politologów, którzy zastany przez siebie ustrój państwa, uznali za prawidłowy i bez-alternatywny. Luki w ich wykształceniu wynikają z systemu studiów w kierunku pożądanym przez władzę. W dodatku wychowali się na dwóch serialach telewizyjnych, stanowiących wybitne osiągnięcie prosowieckiej propagandy: „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni i pies”. Żywa akcja, znakomita obsada aktorska, uwiodły nastolatków, zaszczepiając w nich miłość do radzieckich sojuszników. Dzisiaj, gdy poznają już prawdę i są bardziej krytyczni, nie pozbyli się sentymentu do bohaterów młodości. Te filmy są nadal wyświetlane przez polską telewizję, zaś oni nie widzą nic złego w nachalnej propagandzie przez nie podawanej. Intencje nie są tu ważne, obracają się na ich niekorzyść. Albo są głupi i nie rozumieją jaki wpływ wywiera taki przekaz fabularno-obrazkowy, zwłaszcza telewizyjny, na świadomość młodzieży w wieku dojrzewania, kształtującej wówczas swój charakter, albo świadomie przeszli na stronę zła, tego bardaku, w którym tak dobrze im się prosperuje. Podobne wątpliwości rodzą się wobec polityków znających przecież fakty, a nawet je współtworzących, opowiadających dyrdymały na temat „odzyskania państwa”. Należy postawić pytanie, dla kogo, bo nie dla Polaków. Polacy są narodem prześladowanym, a od 1939 roku żaden z legalnych rządów działających na terytorium Polski, a także ten rząd emigracyjny, nie działał w interesie Polaków. Jeżeli kogoś razi, że otwieram tą listę od rządu gubernatora Hansa Franka, niech wykaże różnice pomiędzy nim, a Bolesławem Bierutem, który również objął władzę w wyniku wrogiego najazdu, był równie uzależniony od przywódcy mocarstwa, który go delegował na tę funkcję, a realizował ten sam cel ujarzmienia Polaków. Po transformacji widowiskowo przeprowadzonej spektaklem Okrągłego Stołu, puściły wszystkie hamulce. Komuniści nie przyznawali się tak otwarcie, że nie kierują się żadnymi względami moralności, że jedyną dla nich wartością są pieniądze, choćby nieuczciwie zdobyte, że bezkarnie, a raczej na mocy stanowionego przez siebie prawa, ograbić współobywateli, głosząc zarazem świętość własności prywatnej. Na dzień dobry powiedziano, że składki emerytalne zostały ukradzione przez poprzednią ekipę i nie ma pieniędzy na emerytury. Zlikwidowano i rozprzedano Fundusz Wczasów Pracowniczych, dysponujący wieloma pensjonatami i sanatoriami, oddano za bezcen w ręce obcego kapitału kilkaset fabryk wnoszących do budżetu państwa pokaźne zyski, zaś robotników wyrzucono na bruk. Nie jestem w stanie usprawiedliwić ludzi antykomunistycznej opozycji, którzy weszli w ten śmierdzący bardak.

Rok 1968 był przełomowy dla całego świata, w Pradze nastąpiła „wiosna”, we Francji lewackie rozruchy na uniwersytetach, w USA rewolucja obyczajowa. W Polsce była to rozgrywka wewnątrz Judeopolonii, zwolenników Gomułki a przeciwników Ochaba, w którą wciągnięto warszawskich studentów. Dlaczego właśnie rok 1968 obrodził w ruchy polityczne i obyczajowe? Stanisław Cat Mackiewicz wyjaśnia wpływem plam na słońcu na ziemski klimat, powodujący, że są roczniki doskonałego wina. Ja wolę wierzyć w Opatrzność Bożą wywierającą wpływ na przemiany. Ma to zatem głęboki sens transcendentalny, który Polakom wyznacza cel naszych działań, dla dobra nas samych i naszej wspólnoty narodowej, aby w Dniu Sądu Ostatecznego znalazła się po stronie Światłości.

Na przełomie wieku XVIII  w XIX powstały nasze dwa hymny narodowe – świecki „Mazurek Dąbrowskiego”, nawołujący do walki o niepodległość, który z czasem stał się oficjalnym hymnem państwowym  i religijny, błagający Bożą Opatrzność o pomoc w realizacji naszych dążeń do odzyskania wolnej Ojczyzny, Dwa hymny istniały niezależnie od siebie i równolegle były śpiewane. Pierwszy, zakazywany w różnych okresach nocy narodowej, we wszystkich trzech państwach zaborczych, co umocniło jego znaczenie, drugi – śpiewany był w kościołach trzech zaborów, a wsparty został Chorałem Ujejskiego i Rotą Konopnickiej. Gdyby nasz oficjalny hymn narodowy nie został umocniony tak wielką ofiarą krwi Polaków, którzy ginęli z tym hymnem na ustach, należałoby go zmienić, gdyż jest oczywiście anachroniczny. Okupiony krwią naszych patriotów, ma oczywiste prawo do naszego szacunku.

W Polsce istniał od pięciuset lat nieantagonistyczny podział, na katolików i innowierców. Polacy byli katolikami, zaś innowiercy przechodzili na katolicyzm, jeśli chcieli być Polakami z dobrodziejstwem wszelkich praw. Gente Ruthenus, Polonus sum, stanowiło hasło konwersji, Rusinów którzy chcieli być Polakami i przyjmując polską cywilizację, nadal zachowywali kulturę ruską.

Wolność sumienia i wyznania, będąca jądrem polskiej cywilizacji, stanowiła siłę atrakcji cudzoziemców, którzy ulegali polonizacji i stawali się wiernymi obywatelami Rzeczypospolitej. Wyjaśnienie tego zjawiska wykracza poza kryteria naukowe i należałoby stwierdzić, iż oddziaływał tu spiritus loci et hominum. Ten stan utrzymywał się do końca II Wojny Światowej, na co dowodem mogą być liczne przykłady bohaterskich zachowań rdzennych Niemców, nie chcących wyrzec się polskości, nawet za cenę życia. Takie postawy były odosobnione. Większość Niemców ze Śląska, z Wielkopolski, z Pomorza, z Warmii i Mazur, powitała z radością wkroczenie niemieckiej armii i od razu, od pierwszych dni wojny, wzięła aktywny udział w mordowaniu Polaków. Z tej perspektywy należy oceniać owe przykłady wyjątkowego bohaterstwa poszczególnych osób i całych rodów, o których wspomniałem.

Pierwszy rozdział „Triady” zatytułowałem „A świat wokół mnie”, zaś w dalszej kolejności będzie rozdział „A świat wokół nas”. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby skonstatować, iż świat wokół nas jest całkowicie odmienny od tego z przed zdrady w Abbeville, więcej, jest dokładnym przeciwieństwem tamtego świata, jakby lustrzanym odbiciem, gdzie prawa strona jest lewą, a lewa prawą. Zdrada w Abbeville zadała cios cywilizacji łacińskiej i spowodowała szereg konsekwencji. Zreasumujmy. Wojna z Hitlerem była do wygrania w cuglach, a wówczas nie przekształciłaby się w wojnę światową, gdyż Stalin przyglądał by się temu z dystansu. Na wojnie stracili wszyscy, oprócz Stalina i Amerykanów, którzy nie mieli nic do stracenia, ani do wygrania. Anglia i Francja utraciły swoją pozycję imperiów kolonialnych, zaś prymat w Europie oddały na rzecz przegranych w wojnie Niemiec. Powstały dwa bloki państw przyjaznych, a zarazem antagonistycznych. Stanów Zjednoczonych głoszących przyjaźń do Sowietów i Związku Radzieckiego wrogiego USA. Żyłem w tym drugim i mogę zaświadczyć, że propaganda komunistyczna, od początku zajadle atakowała Amerykanów, jako imperialistów sprzyjających rewizjonizmowi niemieckiemu. Amerykanie, rozzuchwaleni wynikiem II Wojny Światowej, rozpoczęli własną politykę podboju świata. Wypuścili Dżina z butelki rozpętując wojnę z islamem, rozprzestrzeniania demokracji, tego ustroju zniewalającego zwykłych ludzi, a zapewniającego anonimowość i bezkarność ludziom administrującym państwem, a wpływającym na los obywateli. Odwetowy atak pilotów-samobójców na gmachy stanowiące dumę Amerykanów, dokonanych jak wszystko na to skazuje z inspiracji Izraela, chcącego w ten sposób uczynić z USA śmiertelnego wroga muzułmanów, wpisuje się w szereg wojen  religijnych na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Arktyki i Antarktydy. Świat zamarł w oczekiwaniu militarnego starcia USA z Rosją.

Niemniej istotną kwestią jest całkowity upadek cywilizacji łacińskiej, ustawiczne zagrożenie zwykłych obywateli grabieżą zarówno ze strony administracji państwowej, jak i pospolitych bandytów chronionych przez państwo. Ta kwestia zostanie omówiona w następnych rozdziałach.

 

jak na przykład wysłanie Stanisława Cata Mackiewicza z komisją PCK do Katynia, a był tam Józef Mackiewicz, zaś Stanisław od 1939 roku przebywał na emigracji,  o czym nawet powierzchowny znawca literatury polskiej powinien wiedzieć. Zatrzymam się na chwilę przy kwestii owych różnic, mających wszakże wpływ na odbiór całości, na przykład w polskim tekście znajduje się wyliczenie akcji dywersyjno-sabotażowych sporządzone przez Komendę Główną AK, co do rzetelności  którego nie mamy zastrzeżeń: „W sumie w okresie od stycznia 1941 do czerwca 1944 roku doliczono się co najmniej  25145 różnego typu akcji sabotażowych, wykolejenia 732 transportów kolejowych, podpalenia 443 transportów, wysadzenia 38 mostów kolejowych…” W tekście angielskim jest podana jedynie liczba ogólna, opatrzona wyjaśnieniem, że akty sabotażowe mogły dotyczyć również jakichś drobnych zakłóceń  produkcji, a zarazem  następuje mrugnięcie do czytelnika, „że Polacy skłonni są do koloryzowania”, mającym zasiać wątpliwość. Już sam tytuł angielskiego wydania jest wymowny, bo „Rising” to nie to samo co „Insurrection”.

Davies wpisuje się w nurt antypolonizmu, modny obecnie na krajowych salonach,  opierający się na przykazaniu Talmudu, aby nie mówić nic dobrego o gojach, zaś o Polakach w szczególności, a jeśli już, to należy to osłabić kłamliwym pomówieniem. Uznanie przez salony jest rzeczą ważną dla wielu publicystów, dlatego „rewelacje” różnych pismaków znajdują łamy na których mogą je publikować. Niektóre czasopisma, mające uchodzić za patriotyczne, nie chcą zerwać kontaktu z salonem. Dwaj wymienieni przeze mnie publicyści Zychowicz i Ziemkiewicz, są ukształtowani intelektualnie w atmosferze jaka wytworzyła się po „zdradzie Abeville”. Ten pierwszy bredzi o odwróceniu sojuszy, powołując się na Piłsudskiego. Piłsudski żadnych sojuszy nie odwracał. Po odmowie złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Austrii został aresztowany i osadzony w pruskim więzieniu, zaś jego wojsko internowane. Wówczas dopiero poszukał sojuszników w państwach Ententy. Przypomnę wszakże kwestię istotną, że żadnych sojuszy z Austrią i Prusami nie zawierał, a wykorzystał jedynie Austrię do zbudowania jednostek wojska polskiego. To Austria postawiła warunki nie do przyjęcia dla dążeń niepodległościowych. Gdyby tak proste było „odwrócenie sojuszy”, to wszakże o wiele prościej byłoby złożyć fałszywą przysięgę wierności, lecz wówczas Piłsudski nie znalazłby nowych sojuszników, jako człowiek pozbawiony honoru. O honorze Zychowicz nie ma pojęcia.

Tak samo Ziemkiewicz, który wypróżnia cały worek inwektyw wobec władz Rzeczypospolitej, a w szczególności ministra Becka, zarzucając im „Ślepe uwielbienie” zachodnich aliantów. To oczywista nieprawda, lecz interesująca może być kwestia dotycząca samego Ziemkiewicza, który uważa, że zdrada była oczywistą i łatwą do przewidzenia. Zdrada, w ówczesnym układzie cywilizacyjnym, była rzeczą zupełnie niewiarygodną.

 

VI.

Obecnie na starość doceniam ten fakt, że przyszedłem na świat w Polsce Odrodzonej, zaś moi rodzice, wszyscy dorośli krewni i przyjaciele naszego domu, urodzili się w epoce zaborów. Zostałem wychowany w tradycji sięgającej początków polskiej kultury, od Średniowiecza, przez demokrację szlachecką, Romantyzm, Pozytywizm i Młodą Polskę. Moja siostra Hania powiedziała mi, że mamy inne spojrzenie od urodzonych po wojnie, którzy jej nie przeżyli i nie mają pojęcia o latach okupacji niemieckiej i sowieckiej.

Jestem całkowicie wyobcowany ze świata w jakim żyję. Mentalnie i uczuciowo bliżej mi do świata XIX wieku, niż do XXI. Cywilizacja i kultura opierają się na ustalonych od wieków kryteriach. Upadek cywilizacji łacińskiej polega na tym, że te kryteria zostały odrzucone, zapomniane, bądź zmienione w sposób tak radykalny, iż stanowią własne przeciwieństwo. Określano je jako imponderabilia. Podstawą ich była virtus, wywodząca się z pojęcia męstwa, a rozumiana również jako cnota, honor, wierność, uczciwość, stałość charakteru, talent, siła skuteczność. Cnota, najbardziej wyszydzana w współczesnym nam świecie, strywializowana i sprowadzona do kwestii błony dziewiczej, a wszakże niegdyś za kobiety cnotliwe uważano przede wszystkim Matki Polki, a również babcie, Matrony rodów. Inne związane z cnotą pojęcia zanikły, bądź wyszydzane są z całą bezwzględnością głupców, którzy nie rozumieją jej znaczenia, uciekając się do szyderstw, niwecząc wszelką możliwość dyskusji. Kpina stała się sposobem bycia wielu publicystów chcących uchodzić za mędrców i stanowiących, niestety, autorytet dla wielu. Laicka lewica kpi z Pana Boga, dopuszczając się bluźnierstw, z religii, tradycji i moralności. Pseudopatriotyczna prawica panoszy się na tym samym polu kpiny i szyderstwa.

Jest taka telewizja „Republika”, która parę lat temu weszła na rynek mediów, oświadczając, że jest pierwszym i jedynym kanałem konserwatywnym. Aliści, od lat istnieje telewizja „Trwam”, więc nie dostrzeżenie jej jest świadomym kłamstwem i nadużyciem. Jej cechą główną jest samochwalstwo, nieumiarkowane a w dodatku nachalne. Jej profil polityczny budzi poważne zastrzeżenia, w dyskusjach biorą udział różne osoby, których nie chciałbym widzieć w moim domu. Wszelako, są też programy, w których biorą udział „sami swoi” i są to programy prześmiewcze. Wyśmiewanie przeciwnika, z pozycji własnej wyższości, odstręcza mnie po prostu, zaś towarzyszące im chichoty sprowadzają rozmówców do roli kabareciarzy, a omawiane są zagadnienia nad którymi należałoby pochylić się z największą troską.

Brak troski o współobywateli dyskwalifikuje tych członków elit opiniotwórczych, którzy miast zająć się poważnie problemami swoich rodaków, uganiają się za tematami na których mogą zyskać popularność i zarobić pieniądze w ramach honorarium.

A więc cnota, podobnie jak jeden z jej elementów, mianowicie honor, pozostaje nieznaną. Inne jej przymioty, jak uczciwość, prawdomówność, są wykpiwane. Żyjemy w państwie, w którym wpływowy polityk zadeklarował, iż „pierwszy milion trzeba ukraść”, a później zostać premierem rządu. Inny polityk powiedział, że „polskość to nienormalność”, a później również został premierem.

W czasach mojego dzieciństwa i młodości największą hańbą jaką mógł  okryć się każdy z nas, było kłamstwo. Mówiono nam, że nie wolno nikomu zarzucić kłamstwa, gdyż jest to obelga największa. Mogłem sformułować zarzut – „jesteś w błędzie”, a w najgorszej formie – „chyba mijasz się z prawdą”. Zarzuty kłamstwa dopuszczalne były w przedszkolu – „on kłamie, „nie to ona kłamie”, ale już w szkole podstawowej zwanej wówczas powszechną, nie do przyjęcia. Tymczasem, cóż ja widzę we własnym telewizorze?  Posłanka jakiejś partii mówi do swojego rozmówcy „pan kłamie”, panie pośle, zaś ten odpowiada – „to pani kłamie”, I co?! I nic. Oboje rozmówcy po programie idą razem na kawę, a może nawet na gorzałę, zaś w następnym programie słyszymy, że są po imieniu.

Uczciwość niegdyś była cnotą. Obecnie nieuczciwość jest dowodem sprytu i zaradności życiowej, zaś uczciwość domeną głupców i „nieudaczników”, niemiejących się przystosować do transformacji.

Wszystkie szlachetne imponderabilia, stanowiące kościec cywilizacji łacińskiej, zostały w kulturze masowej, vulgo kulturze motłochu, wywrócone na opak. Sponiewierano pojęcie niepodległości, kłamliwie określając nasze państwo, poddane tyranii międzynarodowych banków i znajdujące się pod kontrolą tajnych służb państwem niepodległym. Wolność osobista jest bardzo ograniczona, zaś wolność słowa nie istnieje, wobec nakazów poprawności politycznej, eliminującej z publicznej dyskusji wiele tematów. Miłość zastąpiono chemią i sprowadzono do kopulacji. Patriotyzm uosabiać ma moskiewski agent Jaruzelski, dobry smak antyklerykał i antynarodowiec o zakłamanym życiorysie Herbert, zaś przyzwoitość Bartoszewski.

Nie należy się zatem dziwić, iż Polska znajdująca się w stanie odwróconej moralności, stała się paradis furis, czyli kleptodemokracją. Prawo, z następującymi w nim zmianami, sformułowane jest tak, aby zapewnić swobodę działania złodziejom wszelkiej maści i kanaliom, zaś stosowanie tego prawa przez prokuraturę i sądy idzie w tym samym kierunku. Nie zajmują się ściganiem złodziei, będących warstwą uprzywilejowaną, ani korupcji ogarniającej wszystkie urzędy nie wyłączając organów ścigania, całą surowość prawa stosują wobec uczciwych przedsiębiorców, wobec których wysunięto fikcyjne zarzuty, aresztując ich nieraz na wiele miesięcy bez wyroku sądowego. Gdyby owe zarzuty były prawdziwe, podlegaliby ochronie prawnej, stosowanej wobec przestępców, a tak, pozostają bezbronni wobec złodziejskiego systemu. Szary obywatel, nie biorący żadnego udziału w działalności gospodarczej, jest narażony na próby oszustwa i grabieży ze strony banków, firm handlowych i usługowych proponujących rzekome korzyści, wyglądające jak piękny bukiet kwiatów, lecz wśród nich ukrywające szerszenia.

 

VII.

 

Aby zrozumieć, co się naprawdę dzieje w Polsce, trzeba rozpocząć od owych tez fundamentalnych, które postawiłem w poprzednich rozdziałach i wobec których przeprowadziłem dowód prawdziwości, a mianowicie, że nie tylko Niemcy i Rosja były wrogie wobec niepodległości Polski, lecz również Anglia i parę pomniejszych państw, jak Litwa, Czechy i Słowacja i międzynarodowe Żydostwo. Gdyby Polacy w latach 1914-20 nie wybili się niebywałym wysiłkiem i ofiarnością całego narodu na niepodległość, deklaracja prezydenta Wilsona nie miałaby dla dyplomatów i bankierów w Wersalu żadnego znaczenia. Polska rodziła się w niesłychanie trudnych warunkach. Zdewastowana wojną, jak żadne inne państwo Europy, z wysadzonymi mostami, liniami kolejowymi i dworcami, zrujnowanymi, a częściowo rozgrabionymi zakładami przemysłowymi, na niespotykaną dotychczas skalę przez Prusy i Rosję. Wywożono maszyny, surowce i towary, a także inwentarz  żywy i płody rolne. Ludność cierpiała głód, zapadała na choroby, szerzyła się epidemia tyfusu i czerwonki. Polska odradzała się w stanie kompletnego wyniszczenia i nędzy, a wkrótce nastąpić miał kryzys światowy.

Many przed oczami obraz ruin po II Wojnie Światowej, jeśli nie z własnych wspomnień, to utrwalonych na licznych zdjęciach i taśmach filmowych. Nie utrwaliła się na nich straszliwa nędza ludności, głód i epidemie chorób zakaźnych. Aliści, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że po I Wojnie Polska zdewastowana była w stopniu porównywalnym z tym po drugiej. Po I Wojnie niemal nienaruszona była infrastruktura zabudowy miast, gdyż technika niszczenia była o wiele mniej doskonała, ale straty w przemyśle oraz w kondycji zdrowotnej ludności, były takie same. Należy to mieć na względzie w ocenie ogromnego sukcesu, jaki odniosła w latach międzywojennych Polska Odrodzona, niesłusznie nazywana II Rzeczpospolitą. Muszę się nad tym zatrzymać, gdyż nieustannie słyszę o jakiejś III i IV, co jest oczywistym nieporozumieniem. Pisałem już o tym, lecz błąd jest tak rozpowszechniony, że nie mogę przejść nad nim obojętnie, gdyż chodzi nie o fałszywą numerację, lecz ideologię z tym związaną. Komuniści po wojnie budowali własną wizję historii. Polskę odrodzoną, nazywaną przez nich burżuazyjną przedstawiali w świetle kryzysu lat dwudziestych, nota bene opanowanego dzięki reformie Grabskiego, ustanawiającej złotówkę na parytecie złota. Wprowadzili też termin II Rzeczpospolita,  która charakteryzować się miała nędzą, bezrobociem i uciskiem proletariatu. W rzeczywistości ta nędza lat powojennych została pokonana, bezrobocie zostało zlikwidowane, dzięki szeroko zakrojonym inwestycjom, budowie nowych miast jak Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy, ze Stalową Wolą i innymi miastami, które z zatęchłej prowincji stały się ośrodkami przemysłu. Ahistoryczna nazwa II Rzeczpospolita na określenie Polski Odrodzonej wpisywała się w komunistyczną ideologię, w rozumieniu  której I Rzeczpospolitą charakteryzował ucisk chłopów, zaś drugą ucisk proletariatu. Nie wiem  kto wpadł na pomysł tej numeracji. Z czasów szkolnych pamiętam, iż istniał wówczas podział na Rzeczpospolitą szlachecką gnębiącą chłopów i burżuazyjną uciskającą robotników i chłopów, rzecz jasna. Komuniści wychowali, by nie powiedzieć wykształcili kilka pokoleń historyków. Mają utrwalone stereotypy myślenia i błędy z nich wynikające. Otóż przed rokiem 1918, Rzeczypospolitej Polskiej nie było. Unia Lubelska połączyła oba narody w jeden organizm państwowy pod wspólną nazwą Rzeczypospolitej, lecz Litwa zachowała nazwę Litwy, zaś Polska Korony Polskiej, a nie Rzeczypospolitej Polskiej, dla której dla wspólnego państwa, nie zgodziliby się Litwini.

Byłoby rzeczą zaskakującą, że wymazano z powszechnej świadomości nazwę państwa polskiego po II Wojnie Światowej, gdyby nie fakt oczywistej manipulacji. Wielu historyków, że o publicystach wspomnę na marginesie, zdaje się nie wiedzieć o tym, iż obowiązywała nazwa Rzeczypospolitej Polskiej. Jest rzeczą haniebną, że wyroki śmierci, bądź wieloletniego więzienia ferowano w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej i że oprawcy chodzili w mundurach polskich oficerów. Sprofanowano wówczas nazwę, hymn i barwy narodowe, a również pohańbiono mundur oficera polskiego. Mogę zrozumieć, iż dla tych, którzy chcą ukształtować naszą świadomość narodową w określonym przez siebie antypolskim kierunku, jest to wysoce niewygodne, gdyż tak zwana III Rzeczpospolita ma się wywodzić bezpośrednio z Polski okresu przedwojennego i być jej spadkobierczynią, a nie jest. Rządy po roku 1989 stanowią pod każdym względem przeciwieństwo rządów w latach 1918-39. Dlatego ilekroć słyszę o odzyskanej po roku ’89 wolności i niepodległości, odbieram je jako bluźnierstwo wobec Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i wobec Narodu, gdyż te same hasła słyszałem w roku’45 w Rzeczypospolitej Polskiej, o której wszyscy chcieliby zapomnieć.

Widziałem ostatnio w pewnym programie telewizyjnym fragment dyskusji pomiędzy osobami uważającymi się za historyków i politologów na temat plebiscytu. Widziałem jedynie fragment, gdyż nigdy podobnych programów nie oglądam w całości. Usłyszałem wypowiedź osoby, która stwierdziła, że w PRL był tylko jeden sfałszowany plebiscyt w roku 1946. Z tym wydarzeniem zrósł się nierozerwalnie przymiotnik „Sfałszowany”, tak jak z państwem „demokratyczne”, a prokuratorami i sądami „niezawisły”. Aliści, trudno znaleźć, co zawierały pytania plebiscytu. A były trzy, o Ziemie Zachodnie, o przemysł i senat. Nie miało to wszakże większego znaczenia, gdyż była to po prostu próba sił pomiędzy PPR a PSL, przed nadchodzącymi wyborami do sejmu R.P. Komuniści chcieli odpowiedzi „3 x tak”, zaś Mikołajczyk apelował o odpowiedź ‘dwa razy tak, raz nie” na trzecie pytanie plebiscytu. W dalszej narracji usłyszałem, że frekwencja sięgała 90% o czym świadczą filmy dokumentalne, chociaż 30% Polaków było analfabetami.

Uporządkuję tych parę zdań, które usłyszałem. Otóż, po pierwsze, wymagam od ludzi zawodowo zajmujących się polityką historyczną, aby przynajmniej znali nazwę państwa, na temat którego się wypowiadają. Co do dziewięćdziesięcioprocentowej frekwencji , to mam poważne wątpliwości, Zarówno plebiscyt jak i wybory, odbywały się przed powszechnym spisem ludności, więc wszelkie obliczenia mogą być jedynie szacunkowe, zaś kilkaset tysięcy ukrywało się i nie kwapiło do kontaktu z władzą.  Filmy „dokumentalne” były w istocie filmami propagandowymi, wyświetlano je w kinach jako kroniki filmowe, a wiele z nich wzbudzało śmiech na widowni. Procent analfabetów w społeczeństwie polskim jest również wytworem komunistycznej propagandy, która chciała wykazać jakie rozmiary ciemnoty i zacofania pozostawiła po sobie sanacyjna Polska.  W Polsce był znacznie niższy stopień analfabetyzmu niż w innych krajach europejskich, gdyż na fali pozytywizmu i pracy u podstaw, do której włączyło się wielu inteligentów, nauczanie języka polskiego zakazanego przez władze rosyjskie, austriackie i pruskie, traktowano jako obywatelski obowiązek. Polskę we wszystkich trzech zaborach ogarnął ruch spółdzielczy, zaś spółdzielnie, zwane wówczas kooperatywami, miały w swoich statutach zawarty program szkół wiejskich i bibliotek. W Polsce Odrodzonej, oświata powszechna stała się domeną państwa. Wprowadzono obowiązek szkolny, obejmujący wszystkie dzieci. Nie obejmował wszakże urodzonych przed rokiem 1905, a więc tych, którzy w roku 1946 mieli powyżej czterdziestu lat, a zatem już w latach  poprzedzających utworzenie Polski niepodległej nie nauczyli się czytać i pisać, mogli pozostać analfabetami, lecz takich było niewielu.

Mogę potwierdzić na podstawie własnych wspomnień, że zarówno plebiscyt w czerwcu 1946 roku, jak i wybory w styczniu roku następnego, miały dużą frekwencję.  Mieszkaliśmy wówczas w Częstochowie w Alei Najświętszej Marii Panny 16, zaś jeden z punktów w którym oddawano głosy mieścił się vis-à-vis naszego mieszkania, więc z okna  obserwowałem sporą kolejkę przed wejściem do lokalu. Aliści, nie były to wówczas wydarzenia najważniejsze, lecz to, co zdarzyło się w lipcu 1946 roku, a mianowicie mord Żydów w Kielcach. Była to zaplanowana i brutalnie przeprowadzona akcja, przez nieustaloną do tej pory jednostkę bezpieczeństwa wewnętrznego, kierowana przez Żydów komunistów, przeciwko Żydom syjonistom. Nie był to żaden „pogrom kielecki”, gdyż pogrom tym się charakteryzuje, że uczestniczy w nim ludność miejscowa. Kielczanie nie dali się sprowokować rozsiewanym od rana opowieściom na temat mieszkańców domu żydowskiego, a kiedy akcja się rozpoczęła zostali odcięci od miejsca wydarzeń przez kordon wojska i uzbrojonej milicji. Z tłumu gapiów aresztowano kilkunastu przypadkowych mężczyzn, poddano straszliwym torturom w siedzibie UB (wycie katowanych słychać było na ulicy) następnie postawionych przed sądem i skazanych. Głównym celem tej akcji było przedstawienie Polaków jako dzikich antysemitów, zdolnych do zbrodni. Taki przekaz propagandowy poszedł w świat i na użytek wewnętrzny. Kłamstwo o pogromie w Kielcach, tak bardzo potrzebne Żydom do utrwalenia rządów Judeopolonii, ZSRR do legitymizacji dyktatury komunistycznej w Polsce, oraz państwom zachodnim dla usprawiedliwienia wrogiej polityki wobec Polaków, stanowi punkt zwrotny antypolskiej propagandy.

 

 

VIII

 

Zbulwersowała mnie wypowiedź, którą usłyszałem w telewizji, anachronicznie sytuująca plebiscyt 1946 roku w PRL, zwłaszcza iż rozmowa toczyła się w gronie profesjonalistów. Podejrzewałem świadomą manipulację mającą na celu narzucenie słuchaczom pożądanego toku myślenia, że III Rzeczpospolita Polska jest bezpośrednią spadkobierczynią drugiej, czyli tej z lat 1918-39. Wszakże, myślałem sobie, wystarczy wziąć jakąkolwiek encyklopedię, aby dowiedzieć się jak nazywało się państwo polskie po wojnie, do roku 1952. Sięgnąłem nie do jakiejkolwiek, lecz do siedmiotomowej „Nowej Encyklopedii Powszechnej” wydanej w roku 1997 przez PWN. W tomie V pod hasłem „Polska Rzeczpospolita Ludowa” znajduję opis wydarzeń od roku 1944 i PKWN. W całym tym haśle, chaotycznie i niechlujnie zredagowanym, nie znalazłem nazwy „Rzeczpospolita Polska”. Jedynie pod datą 1952 znalazłem informację o nowej konstytucji zmieniającej ustrój władz państwowych i nazwę państwa, lecz jak to państwo nazywało się wcześniej, próżno by szukać.

W roku 1952 byłem uczniem liceum i z myślą o studiach zapisałem się do ZMP. Dzisiejszemu czytelnikowi być może trudno pojąć związek przyczynowy, jeżeli sądzi, że była to organizacja ideowa, jak miała to zapisane w statucie. W Praktyce była to organizacja masowa, do której wstępowali, chcąc nie chcąc, wszyscy ci, którzy nie chcieli poprzestać na maturze, lecz wybierali się na uczelnię państwową. Warunkiem sine qua non było bowiem uzyskanie dobrej, tajnej opinii od tej organizacji. Nie wystarczyło się więc po prostu zapisać, lecz należało wykazać się aktywnością w pracach społecznych i politycznych. Wśród owych prac podejmowanych przeze mnie, była też agitacja na rzecz nowej konstytucji, do czego zostałem przeszkolony na odpowiednim kursie, czyli indoktrynacji, na którą składał się szereg sloganów, budzących uśmiech politowania. Na przykład „wolność słowa” zapewniało oddanie ludowi pracującemu miast i wsi, drukarń i papieru. Zupełnie innemu przeszkoleniu zostałem poddany w domu. Moi rodzice, którzy swoje książki utracili w Warszawie, odbudowywali pieczołowicie naszą bibliotekę. Oprócz beletrystyki, znalazły się tam książki zgodne z zainteresowaniami każdego z nich. Wśród książek kupionych przez Mamę znalazła się „Konstitucja SSSR”. I „Ugałownyj Kodeks”. Porównywanie konstytucji sowieckiej i projektu polskiej, było pouczające. A ponieważ z innych źródeł wiedzieliśmy wiele na temat warunków życia i systemu państwowego w Związku Radzieckim, więc przepisy zawarte w nowej konstytucji nas nie zaskoczyły. Wiedzieliśmy, że dyktatorskie rządy w ZSRR sprawuje Gensek Stalin, którego odpowiednikiem w Polsce był I Sekretarz Bierut, zaś inne stanowiska były bez znaczenia. Natomiast większość Polaków była zaskoczona i zdezorientowana, a w głowach ich powstał zamęt. Zniesiono urząd prezydenta R.P. i zastąpiono Radą Państwa, a na funkcję jej przewodniczącego powołano nikomu bliżej nieznanego Aleksandra Zawadzkiego, natomiast Bierut objął tekę premiera. Zadawano sobie pytanie, czy ustąpił z pełnienia władzy najwyższej. Do lipca 1952 roku w Rzeczypospolitej Polskiej obowiązywała konstytucja z 1921 roku, zwana „marcową”, w myśl której głową państwa był Prezydent R.P., choć jego uprawnienia były ograniczone przez Parlament i Radę Ministrów (jedynym podpisem, który może złożyć prezydent R.P., bez kontrasygnaty właściwego ministra, jest jego podpis na liście płac – stwierdził kąśliwie jeden z ówczesnych konstytucjonalistów). Dopiero konstytucja 1935 roku, zwana „kwietniową”, nadawała prezydentowi znacznie większe uprawnienia. Komuniści uważali ją niesłusznie, za „faszystowską” i powrócili do konstytucji „marcowej”, uważając ją za demokratyczną, a więc formalnie stanowili kontynuację przedwojennej Polski, a o to im ze względów propagandowych chodziło. Zwalczając Polskę „burżuazyjną”, nawiązali do „demokratycznej” Polski Odrodzonej. A tego nie można powiedzieć o państwie powstałym po roku’89, które niby to odwołuje się do tradycji Rzeczypospolitej, a rozpoczęło swoje rządy od Konstytucji PRL i całego szeregu peerelowskich ustaw, a nawet dekretów Bieruta, które nadal obowiązują.

 

IX

 

Młodzi publicyści, którzy w latach osiemdziesiątych byli w wieku szkolnym, a w dorosłe życie weszli po transformacji, nie wiedzą jakim wstrząsem było dla ówczesnych Polaków powstanie PRL. Zapewne również nie wiedzą, jak bardzo różniła się sytuacja polityczna roku 1947 i roku 1952.Wybory 1947 roku odbywały się w atmosferze ostrej walki, nie tylko politycznej, lecz i realnej. Dysproporcja sił między sowieckimi wojskami okupacyjnymi, a żołnierzami niepodległości była ogromna, w liczebności, uzbrojeniu, sprzęcie. Aliści, w polskim społeczeństwie w roku 1947, nie było jeszcze poczucia absolutnej klęski. Oddziały podziemia, chociaż spychane do defensywy, odniosły także kilka spektakularnych zwycięstw, o których wieści rozchodziły się szeroko, podnosząc rodaków na duchu. Na Zachodzie istniały Polskie Siły Zbrojne. Polacy nie znali ustaleń konferencji w Teheranie i w Jałcie, a nawet nie wiedzieli, że takie się odbyły. Pojawienie się premiera Stanisława Mikołajczyka w składzie utworzonego w Moskwie Rządu Tymczasowego do reszty zdezorientowało opinię publiczną, gdyż dopatrywano się w tym porozumienia pomiędzy rządami państwa zachodnich, a Stalinem. Dlatego PSL, którego przywództwo objął Mikołajczyk, zdekonspirowało podziemne struktury i rozpoczęło legalną działalność. Dlatego też cały naród poparł Mikołajczyka w wyborach 1947, oczywiście sfałszowanych, które wygrali komuniści. Nikt jeszcze wówczas w Polsce nie podejrzewał Mikołajczyka o tak haniebną zdradę, za którą zapłacili krwawo członkowie PSL, mordowani i aresztowani przed wyborami, podczas i po ich zakończeniu. Mikołajczyk uniknął śmierci, a nawet aresztowania, uciekając z Polski, ukryty w bagażniku samochodu ambasady amerykańskiej, który nie podlegał kontroli granicznej. Jego ucieczka, była na rękę zarówno Amerykanom, jak i władzom Polski Ludowej, gdyż pozwalała uniknąć skandalu politycznego. Dopiero wówczas stał się w Polsce postacią znienawidzoną i zdobył przezwisko Mikołaj-czik. Likwidacja PSL, zasłużonego w walce o niepodległość, była pierwszym krokiem na drodze do likwidacji partii politycznych. Następną była PPS, która jako WRN (to był jej konspiracyjny kryptonim) stanowiła większość żołnierzy AK. Do PPS należeli kolejarze, załogi fabryk i wiele innych środowisk. W 1947 roku stanowili realną siłę.

Komuniści, którym pamiętano przedwojenną agenturalną i sabotażową działalność, byli w Polsce znienawidzeni. Dlatego powołując już podczas wojny nową partię, w miejsce rozwiązanej przez Stalina KPP, uniknęli nazwy „komunistyczna” i nazwali się Polską Partią Robotniczą, skrót tej nazwy tłumaczono powszechnie, jako „Płatne Pachołki Rosji”. W 1948 roku, po fali licznych aresztowań, nastąpiło połączenie PPR z PPS, któremu przewodził Józef Cyrankiewicz z garstką skupionych wokół niego renegatów. Nowa partia przyjęła nazwę PZPR, co rychło opinia publiczna odczytała jako „Płatni Zdrajcy Pachołkowie Rosji”. Monopartia z nic nieznaczącymi satelitami była pierwszym krokiem do opanowania całości życia publicznego. Następnym było upaństwowienie ruchu spółdzielczego, który maił w Polsce ponad stu letnią tradycję, był pierwszym najlepiej zarządzanym i najliczniejszym w świecie. Pierwsze padło ofiarą Rolnicze Towarzystwo Wspólnego Ratowania się w Nieszczęściach ufundowane przez Stanisława Staszica w jego dobrach w Hrubieszowie, gdzie w roku 1816 podpisał kontrakt z rodzinami 329 chłopów, swoich poddanych, którym zniósł pańszczyznę i mieszczan hrubieszowskich. W kontrakcie zawarte były ułożone przez Staszica warunki, na jakich miało działać Towarzystwo. Zakres działalności był bardzo szeroki, gdyż obejmował nie tylko produkcję rolną i hodowlaną, ubezpieczenia i opiekę zdrowotną, oświatę, a również stypendia dla zdolnych uczniów, którzy chcieliby kontynuować naukę. Towarzystwo przetrwało cały czas zaborów, rozwijając się bardzo korzystnie. W Hrubieszowie zbudowano kościół katolicki, dwie cerkwie prawosławne, trzy szpitale, progimnazjum męskie. Towarzystwo przetrwało cały czas zaborów, a później okupację niemiecką, zaś zostało zlikwidowane, ot tak po prostu, u zarania Polski Ludowej już w roku 1945. Następną z kolei była Spółdzielnia Spożywców „Społem”, której udziałowcami byli producenci i konsumenci żywności, dysponowała siecią sklepów, zakładów przetwórstwa żywności, magazynami i rampami kolejowymi, w okresie największego rozkwitu w Polsce Odrodzonej liczyła 397 tys. członków. Została upaństwowiona jednym zarządzeniem ministra Hilarego Minca, w ramach jego „bitwy o handel”, w wyniku której zlikwidowany został niemal cały handel prywatny, rzemiosło i usługi.

Osobną kwestię stanowi likwidacja wszystkich organizacji społecznych i powołanie w ich miejsce organizacji państwowych. ZHP uznano za organizację wrogą ideologicznie i powołano w to miejsce Organizację harcerską z jednolitymi czerwonymi chustami, oraz ZMP. Zlikwidowano Ligę Morską i Ligę Lotniczą, a utworzono z nich paramilitarną Ligę Przyjaciół Żołnierza. Z Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, utworzono PTTK pod zarządem państwowym.

Powołanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w miejsce obecnie zapomnianej Rzeczypospolitej Polskiej z prezydentem Bolesławem Bierutem na czele, stanowiło nowe otwarcie, które dla nas ówcześnie żyjących znaczyło „lasciate ogni speranza”.

 

X.

Trudno rozmawiać o polityce z ludźmi nie znającymi podstawowych faktów, a jeszcze trudnie z tymi, co wprawdzie fakty znają, lecz nie rozumieją ich znaczenia i są jak te dzieci z podstawówki, które potrafią podać datę Chrztu Polski, lecz na tym ich wiedza się kończy. Najtrudniej wszakże jest rozmawiać z historykami i politologami przypisującymi błędne znaczenie słowom „polityka” i „polityk”. W ich rozumieniu polityką jest zabieganie o głosy wyborców, aby uzyskać przewagę w parlamencie i móc uchwalać ustawy korzystne dla danej partii, a swoim członkom i zwolennikom zapewnić intratne posady. Politykiem zaś w tym rozumieniu, jest ów wybraniec narodu, zasiadający w parlamencie i głosujący w stadzie, zgodnie z dyrektywami partii. Wytworzyło się nawet tak absurdalne pojęcie, jak „zawodowy polityk” pobierający z tego tytułu sute wynagrodzenie. Otóż polityka z prawdziwego zdarzenia, nie jest i nie może być zawodem, lecz powołaniem. Politykami, dobrymi lub kiepskimi, byli władcy, prezydenci, a również ministrowie wprowadzający ustawy wpływające znacząco na kształt państwa.

Nie mam pretensji do politologów, którzy zastany przez siebie ustrój państwa, uznali za prawidłowy i bez-alternatywny. Luki w ich wykształceniu wynikają z systemu studiów w kierunku pożądanym przez władzę. W dodatku wychowali się na dwóch serialach telewizyjnych, stanowiących wybitne osiągnięcie prosowieckiej propagandy: „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni i pies”. Żywa akcja, znakomita obsada aktorska, uwiodły nastolatków, zaszczepiając w nich miłość do radzieckich sojuszników. Dzisiaj, gdy poznają już prawdę i są bardziej krytyczni, nie pozbyli się sentymentu do bohaterów młodości. Te filmy są nadal wyświetlane przez polską telewizję, zaś oni nie widzą nic złego w nachalnej propagandzie przez nie podawanej. Intencje nie są tu ważne, obracają się na ich niekorzyść. Albo są głupi i nie rozumieją jaki wpływ wywiera taki przekaz fabularno-obrazkowy, zwłaszcza telewizyjny, na świadomość młodzieży w wieku dojrzewania, kształtującej wówczas swój charakter, albo świadomie przeszli na stronę zła, tego bardaku, w którym tak dobrze im się prosperuje. Podobne wątpliwości rodzą się wobec polityków znających przecież fakty, a nawet je współtworzących, opowiadających dyrdymały na temat „odzyskania państwa”. Należy postawić pytanie, dla kogo, bo nie dla Polaków. Polacy są narodem prześladowanym, a od 1939 roku żaden z legalnych rządów działających na terytorium Polski, a także ten rząd emigracyjny, nie działał w interesie Polaków. Jeżeli kogoś razi, że otwieram tą listę od rządu gubernatora Hansa Franka, niech wykaże różnice pomiędzy nim, a Bolesławem Bierutem, który również objął władzę w wyniku wrogiego najazdu, był równie uzależniony od przywódcy mocarstwa, który go delegował na tę funkcję, a realizował ten sam cel ujarzmienia Polaków. Po transformacji widowiskowo przeprowadzonej spektaklem Okrągłego Stołu, puściły wszystkie hamulce. Komuniści nie przyznawali się tak otwarcie, że nie kierują się żadnymi względami moralności, że jedyną dla nich wartością są pieniądze, choćby nieuczciwie zdobyte, że bezkarnie, a raczej na mocy stanowionego przez siebie prawa, ograbić współobywateli, głosząc zarazem świętość własności prywatnej. Na dzień dobry powiedziano, że składki emerytalne zostały ukradzione przez poprzednią ekipę i nie ma pieniędzy na emerytury. Zlikwidowano i rozprzedano Fundusz Wczasów Pracowniczych, dysponujący wieloma pensjonatami i sanatoriami, oddano za bezcen w ręce obcego kapitału kilkaset fabryk wnoszących do budżetu państwa pokaźne zyski, zaś robotników wyrzucono na bruk. Nie jestem w stanie usprawiedliwić ludzi antykomunistycznej opozycji, którzy weszli w ten śmierdzący bardak.

Rok 1968 był przełomowy dla całego świata, w Pradze nastąpiła „wiosna”, we Francji lewackie rozruchy na uniwersytetach, w USA rewolucja obyczajowa. W Polsce była to rozgrywka wewnątrz Judeopolonii, zwolenników Gomułki a przeciwników Ochaba, w którą wciągnięto warszawskich studentów. Dlaczego właśnie rok 1968 obrodził w ruchy polityczne i obyczajowe? Stanisław Cat Mackiewicz wyjaśnia wpływem plam na słońcu na ziemski klimat, powodujący, że są roczniki doskonałego wina. Ja wolę wierzyć w Opatrzność Bożą wywierającą wpływ na przemiany. Ma to zatem głęboki sens transcendentalny, który Polakom wyznacza cel naszych działań, dla dobra nas samych i naszej wspólnoty narodowej, aby w Dniu Sądu Ostatecznego znalazła się po stronie Światłości.

Na przełomie wieku XVIII  w XIX powstały nasze dwa hymny narodowe – świecki „Mazurek Dąbrowskiego”, nawołujący do walki o niepodległość, który z czasem stał się oficjalnym hymnem państwowym  i religijny, błagający Bożą Opatrzność o pomoc w realizacji naszych dążeń do odzyskania wolnej Ojczyzny, Dwa hymny istniały niezależnie od siebie i równolegle były śpiewane. Pierwszy, zakazywany w różnych okresach nocy narodowej, we wszystkich trzech państwach zaborczych, co umocniło jego znaczenie, drugi – śpiewany był w kościołach trzech zaborów, a wsparty został Chorałem Ujejskiego i Rotą Konopnickiej. Gdyby nasz oficjalny hymn narodowy nie został umocniony tak wielką ofiarą krwi Polaków, którzy ginęli z tym hymnem na ustach, należałoby go zmienić, gdyż jest oczywiście anachroniczny. Okupiony krwią naszych patriotów, ma oczywiste prawo do naszego szacunku.

W Polsce istniał od pięciuset lat nieantagonistyczny podział, na katolików i innowierców. Polacy byli katolikami, zaś innowiercy przechodzili na katolicyzm, jeśli chcieli być Polakami z dobrodziejstwem wszelkich praw. Gente Ruthenus, Polonus sum, stanowiło hasło konwersji, Rusinów którzy chcieli być Polakami i przyjmując polską cywilizację, nadal zachowywali kulturę ruską.

Wolność sumienia i wyznania, będąca jądrem polskiej cywilizacji, stanowiła siłę atrakcji cudzoziemców, którzy ulegali polonizacji i stawali się wiernymi obywatelami Rzeczypospolitej. Wyjaśnienie tego zjawiska wykracza poza kryteria naukowe i należałoby stwierdzić, iż oddziaływał tu spiritus loci et hominum. Ten stan utrzymywał się do końca II Wojny Światowej, na co dowodem mogą być liczne przykłady bohaterskich zachowań rdzennych Niemców, nie chcących wyrzec się polskości, nawet za cenę życia. Takie postawy były odosobnione. Większość Niemców ze Śląska, z Wielkopolski, z Pomorza, z Warmii i Mazur, powitała z radością wkroczenie niemieckiej armii i od razu, od pierwszych dni wojny, wzięła aktywny udział w mordowaniu Polaków. Z tej perspektywy należy oceniać owe przykłady wyjątkowego bohaterstwa poszczególnych osób i całych rodów, o których wspomniałem.

Pierwszy rozdział „Triady” zatytułowałem „A świat wokół mnie”, zaś w dalszej kolejności będzie rozdział „A świat wokół nas”. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby skonstatować, iż świat wokół nas jest całkowicie odmienny od tego z przed zdrady w Abbeville, więcej, jest dokładnym przeciwieństwem tamtego świata, jakby lustrzanym odbiciem, gdzie prawa strona jest lewą, a lewa prawą. Zdrada w Abbeville zadała cios cywilizacji łacińskiej i spowodowała szereg konsekwencji. Zreasumujmy. Wojna z Hitlerem była do wygrania w cuglach, a wówczas nie przekształciłaby się w wojnę światową, gdyż Stalin przyglądał by się temu z dystansu. Na wojnie stracili wszyscy, oprócz Stalina i Amerykanów, którzy nie mieli nic do stracenia, ani do wygrania. Anglia i Francja utraciły swoją pozycję imperiów kolonialnych, zaś prymat w Europie oddały na rzecz przegranych w wojnie Niemiec. Powstały dwa bloki państw przyjaznych, a zarazem antagonistycznych. Stanów Zjednoczonych głoszących przyjaźń do Sowietów i Związku Radzieckiego wrogiego USA. Żyłem w tym drugim i mogę zaświadczyć, że propaganda komunistyczna, od początku zajadle atakowała Amerykanów, jako imperialistów sprzyjających rewizjonizmowi niemieckiemu. Amerykanie, rozzuchwaleni wynikiem II Wojny Światowej, rozpoczęli własną politykę podboju świata. Wypuścili Dżina z butelki rozpętując wojnę z islamem, rozprzestrzeniania demokracji, tego ustroju zniewalającego zwykłych ludzi, a zapewniającego anonimowość i bezkarność ludziom administrującym państwem, a wpływającym na los obywateli. Odwetowy atak pilotów-samobójców na gmachy stanowiące dumę Amerykanów, dokonanych jak wszystko na to skazuje z inspiracji Izraela, chcącego w ten sposób uczynić z USA śmiertelnego wroga muzułmanów, wpisuje się w szereg wojen  religijnych na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Arktyki i Antarktydy. Świat zamarł w oczekiwaniu militarnego starcia USA z Rosją.

Niemniej istotną kwestią jest całkowity upadek cywilizacji łacińskiej, ustawiczne zagrożenie zwykłych obywateli grabieżą zarówno ze strony administracji państwowej, jak i pospolitych bandytów chronionych przez państwo. Ta kwestia zostanie omówiona w następnych rozdziałach.

 

Rozdział szósty KABARET

I. Własną osobowość budujemy na podstawie autorytetów. Nie wszyscy tą kwestię doceniają – są zadufki, co twierdzą, że z nimi tak nie jest, że żadnym autorytetom nie ulegają. Aliści, cała nasza wiedza opiera się na uznaniu tez głoszonych przez ludzi nauki – nikt nie jest  w stanie sam stwierdzić na przykład kulistości ziemi ani jej obrotów – jest zdany na doświadczenie innych (na sumę doświadczeń wielu badaczy). Częstokroć są to błędne stwierdzenia – jak choćby teoria Darwina – a wszakże przyjmowane na wiarę kształtują naszą świadomość. To samo odnosi się również do autorytetów moralnych, pod wpływem których pozostajemy – jakże często nieświadomie – ta nieświadomość właśnie powoduje, że ich nie doceniamy. Jest rzeczą znamienną, że Józef Bocheński, stanowiący dla wielu moralny Autorytet, o autorytecie moralnym w swoich „Stu zabobonach” nawet nie wspomina, choć rozróżnia autorytet deontyczny i episteniczny. Dla mnie jest kwestią bezsporną, że wzorce (autorytety!) moralne kształtują naszą osobowość, zarówno indywidualną jak i społeczną, zaś ta z kolei kreuje bohaterów na własną miarę, ergo – jakie społeczeństwa, takie autorytety.

II. Powiedział mi dawno temu (było to w latach pięćdziesiątych) Roman Śliwonik, że w poezji, inaczej niż w prozie, trzeba być pierwszym (no, może zaliczać się do pierwszej trójki poetów) lub jest się nikim. Galopowanie w stadzie jest jałowe, przebicie się do rzędu rywali, daje pozycję drugorzędnego poety, a do trzeciego – trzeciorzędnego. Nie w pełni zgodziłem się wówczas z takim stawianiem zagadnienia, tym bardziej nie godzę się obecnie (Roman, który nigdy do pierwszej trójki się nie przebił, był moim zdaniem poetą), ale – coś jest na rzeczy.

W opinii publiczności oczytanej istnieje w danej epoce Jeden Wielki Poeta – i pozostali. Mickiewicz, w epoce romantyzmu, nie wiele miejsca pozostawił dla Słowackiego, Krasińskiego, Norwida (Norwid najstarszy z pośród nich, przeżył ich wszystkich) mimo, że gdy oni dochodzili do głosu, sam Mistrz był już wyjałowiony (Mickiewicz przeżył siebie samego). Podobnie było gdzie indziej: we Francji, Victor Hugo przyćmił Lamartine”a, Musseta i de Vigny’ego, w Rosji – Puszkin Lermontowa, w Anglii – Byron, Schelley’a, Wordswortha, Blacke”a, – jedynie w Niemczech Schiller i Goethe byli stawiani na równi: „Szczęśliwe Niemcy – napisał Goethe – że mają dwóch takich chwatów jak my”. W powojennej Polsce do połowy lat pięćdziesiątych, pierwsze miejsce bezspornie zajmował Broniewski piszący obrzydliwe wiersze („Pokłon Rewolucji Październikowej”) lecz również tworzący poezję, Tuwim się skończył, Staff istniał własną przedwojenną poezją, dla snobów był Gałczyński (opowiadał mi Bogdan Dworak, że gdy wszedł do księgarni po „Zaczarowaną Dorożkę” usłyszał: „chłopczyku, to są wiersze, to nie są bajeczki”) który oprócz błazenady napisał parę pięknych utworów. Przełożyłem niegdyś na prośbę pewnego izraelskiego reżysera, mieszkającego w Paryżu, „Inge Bartch” Gałczyńskiego na francuski: „Dommage – belle, jeune, les épaules comme le velours persien…” Lansowany był mierny Mieczysław Jastrun („Czemu tak szybko, maleńka lipko, ogromnym stajesz się drzewem” (… tratata…) „ja nie wiem”). Rok pięćdziesiąty szósty obrodził poetami, z których większość była już znana z wierszyków o radosnym ustroju, prawdziwa rywalizacja rozpoczęła się jednak między Różewiczem, który wcześniej zaistniał „Niepokojem” i „Czerwoną rękawiczką”, a debiutującym dopiero lansowanym przez „Przekrój” Harasymowiczem.

Na jednego Wielkiego Poet – w naszych postpeerelowskich czasach – wykreowany został Zbigniew Herbert, z racji wielkości swojej poezji, jak i niezłomności własnego charakteru. Gdy kwestionuję jedną, bądź drugą, lub obie jednocześnie – zarówno ową wielkość, jak i prawość – zderzam się z murem wrogości. Zbyszkowi, którego poznałem pod koniec lat pięćdziesiątych, na tak zwanym „murku” usytuowanym w trójkącie pomiędzy pomnikiem Kopernika, kościołem Świętego Krzyża a „Harendą”, na którym pijaliśmy piwo, poświęciłem osobny rozdział, ironicznie zatytułowany „Niezłomny Książę Poetów”. Herbert dość długo biegł w gronie współzawodników („galopował w stadzie”, że użyję tu obrazowego sformułowania Śliwonika) był w owej grupie, chociaż nie w pierwszym rzędzie – ale był! To niezmiernie istotne – z wielu względów. Debiutował w PAXsie, w almanachu zbiorowym, w gronie dwudziestolatków – wyróżniał się spośród innych, jedynie wiekiem, bo dobiegał właśnie trzydziestki. Takie zbiorowe debiuty, obejmują grupę młodych ludzi, o przedłużonym okresie dojrzewania, którzy złożyli w wydawnictwie po kilkanaście maszynopisów (wybiera się z nich jeden, bądź dwa do publikacji), a o których niewiele można jeszcze powiedzieć. Z tego almanachu wydanego w roku 1954, utrzymał się w poezji poza Herbertem jedynie Grochowiak (był tam także, najlepszy bodaj z nich wszystkich Wojciech Grzybowski – niestety, padł wkrótce na polu alkoholowym – zostało po nim kilka wierszy, dziś już doszczętnie zapomnianych).

Jego własny debiutancki tomik „Struna Światła” (już samym tytułem nawiązujący do do „Smugi cienia” Conrada) wydano w PAX-ie w 1956 roku, zaś w roku następnym „Hermes, pies i gwiazda”. Nie wywarły większego wrażenia, ani na krytykach, ani na publiczności, podobnie jak jego trzeci tomik „Studium przedmiotu”. Herbert zaistniał w świadomości czytelników swym prozatorskim debiutem, „Barbarzyńcą w ogrodzie”, książką wyróżniającą się niewątpliwie spośród ówczesnych publikacji. Śledziłem twórczość Herberta od samego początku, od owego debiutu w PAX-owskim almanachu. Napisałem „twórczość”, nie „rozwój”, bo w moim odczuciu  jego wiersze, są wyrównanie mierne”. Wiersze Herberta charakterystyczne są dla poezji naszej epoki, w całym jej upadku.

III. Poezja współczesna narodziła się z futuryzmu, wyrosłego na fali dekadencji. Objawiła się w kabaretach francuskich, a po nich niemieckich (i austriackich) epatujących wulgarnością i prostactwem. Wszystko zaczęło się od Montrmartre’u zamieszkałego przez canaille (kanalia po francusku ma ten sam szeroki zakres znaczeniowy – od motłochu, po łajdaków) wśród której osiedlali się biedujący artyści ze względu na groszowe czynsze za wynajmowane przez siebie klitki, często bez wodociągu a zawsze bez kanalizacji, w których można się było przespać lecz w których żyć było nie sposób. Przebywając wśród motłochu, i żyjąc w w gorszych od niego warunkach z czasem się z nim utożsamili, stanowiąc grupę równie odrębną jak i zasymilowaną, co miejscowi apasze. Montrmartre bowiem w owych czasach, był tym, czym dla Warszawy było Powiśle i Czerniaków, enklawą rzezimieszków wszelkiego rodzaju, podobnie tu, jak i tam, miejska zabudowa wdzierała się między podmiejskie budy i pastwiska – różnicą zasadniczą było, że Powiśle leżało u podnóża miasta, a Montrmartre wspinał się na na wzgórze, na którym jeszcze nie było pięknej świątyni Sacré-Coeur.

Rudolf Salis, malarz i poeta, syn bogatego piwowara, otworzył w 1881 roku dla swych przyjaciół-artystów kabaret, któremu nadał nazwę „Czrny Kot”. Le cabaret, oznaczał wówczas w języku francuskim szynk po prostu – najbliższymi synonimami kabaretu były – auberge, débit, bądź tawerne. Początki „Czarnego Kota” owiane są legendą. Uczęszczała tam bohema, wykorzystując gościnność gospodarza, którego jedyną korzyścią było stworzenie oberży artystycznej, na wzór artystycznego salonu, z tą wszakże dość istotną różnicą, że tu pojawiali się wyłącznie artyści przepędzani przez marchandów i wydawców, nieznani publiczności. Malarze płacili obrazami (tradycję tę przypisano później „Zielonemu Balonikowi”, choć Boy – sądzę, że można mu wierzyć – ujawnił że Michalik egzekwował skrupulatnie długi) poeci recytacją swoich wierszy, muzycy oraz pieśniarze wykonywaniem utworów. Była to czysta improwizacja – każdy wieczór przynosił coś innego. Oczywiście większość gości płaciła gotówką, zresztą artyści nie stanowili większości wśród codziennych bywalców „Czarnego Kota”, pod „Chat Noir” ściągały nocne ptaszki z całego quartier – spotykali się tu żywi bohaterowie z powieści Zoli, który był wówczas w trakcie pisania swoich „Rougon-Macquartów”, dopiero co ogłosił swoją powieść „Nana” (u Zoli było to imię własne, lecz „nana” oznacza w argot dziewczynę po prostu, do „Chat Noir” przychodzili faceci ze swoimi dziewczynami „les mecs avec ses nans”) znajdował się w pełnym rozkwicie swej twórczości. Wiadomo, że codziennym gościem był tam Debussy, którego czekała wielka kariera, lecz wówczas był nieznanym dwudziestolatkiem, bywał dojrzały (choć jeszcze kiepsko się sprzedający) malarz Alphonse Willette, który zostawił tam wielkie płótno „Parce domine” i kilka mniejszych obrazów i rysunków, recytował swoje wiersze „Kwiaty z asfaltu” (były to kwiaty raczej z rynsztoka) Emile Goudeau, Marice Mac-Nab śpiewał piosenki apaszowskie, a Jules Jouy anarchistyczne: – „Pracodawcy! bando Heliogabali, Strachem przejętych Gdy popadniecie pod nasze kule, Mięso armatnie, Pozostawimy im wasze ścierwa”.

Plotki na temat „Czarnego Kota” zaczęły przenikać do miasta, zwłaszcza że Salis już rok po otwarciu lokalu zaczął wydawać pisemko pod tym samym tytułem, zawierające teksty (dzięki temu je znamy), felietony, humoreski Alfonsa Allais, rysunki Steinlena, Willette’a, Foraina, Caran d’Ache’a – już to by wystarczyło. Nazwa odwoływała się do emocji z dzieciństwa, we Francji czarnym kotem straszy się dzieci. Bajkowy czarny kot (bez własnego imienia – po prostu chat noir) jest postacią uczłowieczoną, chadzającą w kapeluszu z piórem, długich butach, fuzją na ramieniu i worem na plecach. Do tego wora zabiera niegrzeczne dzieci, które chwyta swoimi potężnymi pazurami, aby je potem pożreć. Ma wielkie wąsy, zielone oczy jak dwie rozżarzone głownie, jest łakomy i przerażający.

Znacznie większe emocje budziła wszakże lokalizacja „Czarnego Kota”, na Montmartrze wsławionym zaciętymi walkami komunardów, wciąż jeszcze żywa legenda – raptem na dziesięć lat przed powstaniem kabaretu – zaś obecnie stanowiącym siedlisko złoczyńców, bezwzględnych, jak w popularnej powieści Eugeniusza Sue, Montmartrze w który po zmroku nie zapuściłby się pojedynczy policjant. Mieszczuch wybierający się do „Czarnego Kota” w poszukiwaniu niezdrowych emocji, ponosił znaczne ryzyko. Już samo dotarcie na miejsce (a później powrót do domu!) wystawiało na niebezpieczeństwo rabunku. Wprawdzie sam Salis odnosił się do swoich gości z miasta z nadmierną kurtuazją, tytułując ich Votre Altesse Electorale, lecz za to ze sceny obrażano ich nieustannie, zaś codziennością lokalu były bójki pomiędzy rzezimieszkami, niekiedy krwawe.

Lokal znajdował się w starym, wąskim na dwa okna od ulicy, budynku o dwóch niskich pięterkach na poddaszu. Nad wejściem był napis „cabaret du chat noir” (szynk czarnego kota), nad pierwszym pięterkiem „chat noir”, a nad drugim  „caveau du chat noir” (caveau znaczy zarówno piwniczka, jak i grobowiec) i szyld w kształcie półksiężyca z napisem „chat noir”, a wystający nad ulicą.  Ilość widzów z miasta stale wzrastała, co raczej wpływało na zaostrzenie się atmosfery, niż na jej rozładowanie, zwłaszcza przy podjudzających na mieszczuchów tekstach ze sceny. Kabaret przetrwał cztery lata (co i tak może budzić zdziwienie), aż miary dopełniła kolejna rozprawa nożowa, w której został zadźgany jeden z kelnerów, a sam Salis poturbowany dotkliwie.

„Czarny Kot” przeniósł się z Montmartre’u w pobliże placu Pigalle, na ulicę Massé. Nocą wyruszył pochód artystów, niosących rozmaite sprzęty ze starej siedziby, rycząc piosenki, grając na piszczałkach, waląc w bębny i tańcząc w przerwach na odpoczynek, przeszli przez cały bulwar Rochexhauart, oddzielający osiemnasty arrondisement od dziewiętnastego, tworząc wielkie widowisko do którego przyłączył się tłum Paryżan, coś co obecnie nazywa happeningiem, a wówczas prekursorskie – wprowadziło do języka nazwę chatonoiresque, dla tego rodzaju wydarzeń. Ta przeprowadzka zamykała etap żywiołowej improwizacji – wprowadzono stały program, zaś artyści stali się profesjonalistami. Wprowadzono konferansjera, jako główna postać kabaretu scalającą poszczególne skecze i piosenki, lecz zarazem stanowiącego duszę przedstawienia – Salis który był pierwszym konferansjerem, prekursorem nowego typu widowiska, potrafił bawić publiczność do łez ponad półgodzinnymi monologami. Zmieniła się też publiczność – pojawiali się wysocy urzędnicy z Pałacu Elizejskiego i municypalni wraz z merem Paryża. Pojawiał się książę Walii (rzecz jasna nieoficjalnie, lecz trudno tu było o incognito), bywał legendarny generał Boulanger (Boulanger, uznany po śmierci przez większość historyków za kabotyna, był wówczas ministrem wojny, a zarazem przywódcą royalistów, domagających się wprowadzenia dyktatury w celu przywrócenia monarchii. Po usunięciu z wojska i i z urzędu, rozpocżął wielomiesięczną kampanię polityczną. I oto – noc, w którą tłumy wyszły na ulice, skandując nazwisko generała, spędził u swojej kochanki, pani Małgorzty de Bonnemain, miast stanąć na czele tłumu, ogłosić rozwiązanie rządu i parlamentu – odłożył rzecz całą do rana, a rano było już za późno, tłumy rozeszły się do domów, a rząd wydał nakaz aresztowania Boulangera. Bez przeszkód wyjechał wraz z panią Małgorzatą do Belgii – nie utrudniano mu tego, nie chcąc kreować go na bohatera – gdzie wkrótce zmarła, zaś generał zasztyletował się na jej grobie). Bywali też znani pisarze – August hrabia de Villers de el’Isle-Adam, Guy de Maupassant, Teodor de Benville, Kamil Huysmans… Wnętrze wystylizowane było na średniowieczny zamek, choć obok zbroi i broni znajdowało się tam również wiele obrazów i szkiców malarzy Montmarte’u.

Ogromną atrakcję stanowił Théatre d’Ombers (teatr cieni) stworzony przez Henryka Rivière’a – na dużym okrągłym ekranie ukazywały się ruchome sylwetki odgrywające sceny grupowe, podkład muzyczny dawały organy i pianino oraz dwudziestoosobowy chór (a działo się to dziesięć lat przed pierwszym pokazem trzech filmików braci Lumière: „Wyjście robotników z fabryki”, „Wjazd pociągu na dworzec” i „Ogrodnik polany”). Wystawiano sztuki różnego charakteru – mistykę Georges’a Fragorolle’a „Syn marnotrawny”, dramat Maurice’a Donnay’a „Fryne”, parodię naturalistyczną Louisa Morina „Pierrot Pornograf”, epopeę patriotyczną Caran d’Ache’a pod tym właśnie tytułem „Epopea”. Carand’Ache, to oczywiście pseudonim artystyczny, na tyle zrośnięty z samym twórcą, że nawet Lisa Appignanesi, autorka interesującej książki „The Cabaret”, go nie rozszyfrowałą. Chodzi tu o Emanuela Poire – poire, to gruszka – niezbyt to dobrze się kojarzyło, zwłaszcza że Ludwika Filipa I, ostatniego króla Francji, chętnie karykaturowano w kształcie gruszki. Poire przybrał więc artystyczny pseudonim „ołówek”, lecz żeby było oryginalniej po rosyjsku, co dla Francuzów niosło powiew egzotyki, zwłaszcza, że było to przed napływem Wielkiej porewolucyjne Emigracji, która wniosła do języka francuskiego sporo rosyjskich określeń i wyrażeń. Jest piękna anegdota, wierzę, że autentyczna, a drugą stronę skierowana, dotycząca rosyjskiej nazwy ołówka. Ołówek, który miano nazwać po rosyjsku, miał oznaczenie parametrów: „cztery O,H”, co błędnie odczytano „czterdzieści , H” – czyli po francusku” quarante „H”, co brzmi jak karandasz).

Do opuszczonego przez „Czarnego Kota” lokalu wprowadził się Aristide Bruant – była to wielka osobowość. Francuski zubożały szlachcic (we Francji szlacht jest wielokrotnie mniej niż w Polsce, nie było tam w ogóle szlachty zagrodowej, dlatego szlachectwo jest u francuskich snobów, w o wiele wyższej cenie niż u polskich) znalazł się w wieku piętnastu lat w Paryżu bez środków do życia. Pracował jako pisarczyk (nawet nie dependent) u adwokata i zarabiał tam grosze, Spał więc w najtańszej klitce, zaś jadał w najtańszych bistrach i tam zetknął się na równej stopie z najprymitywniejszymi Paryżanami, posługującymi się językiem, którego nie rozumiał – argot. Doskonale się wczuwam w jego sytuację. Pracowałem niegdyś w Paryżu na targu warzywnym. Moimi szefami byli dwaj bracia. Bretończycy, ożenieni z Włoszkami. Towar z północnej Francji przywozili codziennie (oprócz poniedziałków) dwoma samochodami ciężarowymi. Handlowali co drugi dzień w Saint-Denis, a co drugi w Nanterre. Na targ w Sain-Denis zabierali mnie wczesnym rankiem z szosy, nocowałem wówczas u swoich znajomych Willeputte’ów w Argenteuil, a na targ w Naterre dojeżdżałem pierwszym metrem z Paryża, z dzielnicy Marais. Oprócz mnie zatrudniali kilku paryskich chłopaków. Rano rozładowywaliśmy dwie dziewięciotonowe ciężarówki i układali to wszystko na rozstawionych przez nas stołach i półkach stanowiących zaplecze, a potem, około godziny siódmej rano, szliśmy do pobliskiego bistro na koszt pracodawców. Moi koledzy żarli casse-croute’y pod masę czerwonego wina, ja zaś, brałem dodatkowo po śniadaniu dwa koniaki i kawę – jeden wlewałem do kawy, a drugi wypijałem oddzielnie. Podczas śniadania była jakaś gadka-szmatka, w której brałem udział, z prawdziwym wysiłkiem rozumiejąc o czym mowa. Aż wreszcie, po jakichś trzech tygodniach, coś się w moim mózgu przetarło. To było prawdziwe olśnienie. Przerwałem rozmowę moich kolegów i zawołałem – czy wiecie, że nareszcie was rozumiem! Do tej pory rozmawialiście między sobą, a do mnie docierało piąte przez dziesiąte, nareszcie mówię normalną a nie szkolną francuszczyzną. A na to jeden z nich odpowiedział – czy ty wiesz, że my ci zazdrościmy twojej szkolnej francuszczyzny, bo nie opanowaliśmy jej należycie w szkole. To samo przeżył Bruant. Bruant nawet ułożył słowniczek argot – ja zapisałem całe marginesy swojego słownika francusko-polskiego. Argot jest narzeczem, podobnie jak prowansalski, czy normandzki, różniącym się od kminy czy grypsery, że nie stworzonym sztucznie przez kryminalistów, lecz istniejącym od zawsze. Dopiero doba Reformacji wypromowała język francuski ponad inne francuskie narzecza, a doba Oświecenia go utrwaliła.Język Paryżan różni się od szkolnej francuszczyzny, między innymi tym, że zaznacza w wymowie „e” końcowe (e finale), nie wymawia się, ale zaznacza jej istnienie.  To bardzo trudno wytłumaczyć komuś, kto nie zna melodii narzecza paryskiego (którym posługują się również paryscy inteligenci) że owo „e” jest, ale go nie ma (inaczej niż we francuskiej piosence gdzie „e finale” się uwypukla). Ja posługuję się w mowie językiem Paryżan. Często na prowincji, lub za granicą, ktoś chce mi zaimponować, że po akcencie rozpoznał moje pochodzenie, Zaprosiłem kiedyś do kafejki w Nyon Małgorzatę Świerszcz studiującą wówczas dzięki swej ciotce Cybulskiej-Veillard w Lozannie. Kelnerka przyjmując zamówienie: „pour Madame le café et pour moi le demi- pression ” (dla pani kawa, a dla mnie małe piwo) – powiedziała – „demi pression” mówi się u was w Paryżu, u nas to się nazywa „un bock”. U nich w Szwajcarii mówi się nieco odmiennym językiem niż w Paryżu. Szukając tejże Małgosi w jej domu  (Szwajcarzy, w kantonach frankojęzycznych nie używają numerów mieszkania) dowiedziałem się gdzie mieszka właściciel i zadzwoniłem do jego drzwi, sumitując się że go niepokoję. Uprzejmy Szwajcar powiedział mi: „Vous ne m’avez pas fait mal”, co wywołało we mnie skryty śmiech, bo Paryżanin powiedziałby po prostu: „pas d’quoi”. Wszelako tenże Szwajcar dogonił mnie na ulicy swoim samochodem i zaproponował, że mnie podwiezie do sklepu w którym Małgosia pracowała. Małgosia stwierdziła później, że nie była to kurtuazja, lecz normalne wścibstwo Szwajcarów, którzy lubią wiedzieć wszystko o wszystkich. Ja, w każdym razie, odebrałem to jako miły gest, dzięki któremu uniknąłem błądzenia po Nyonie.

Aristid Bruant wprowadził do kabaretu atmosferę rynsztoka. Nazwał swój lokal „Le Mirliton”, co znaczy fujarka, lecz również w potocznej francuszczyźnie katarynkę (organy barbarzyńców) i częstochowskie rymy. Wprawdzie nie wpuszczał już na salę miejscowych rzezimieszków, jak Salis, lecz za to traktował swoich gości jak ostatnią hołotę, obrzucając ich wyzwiskami zaczerpniętymi z języka prostytutek i furmanów. „Oni się śmieją” – mawiał o swoich gościach – „bo myślą, że ja żartuję”. Nie było w tym żartu.Była pogarda szlachcica dla mieszczuchów, pogarda faceta który musiał znosić przez wiele lat upokorzenia niedostatku. Jego gwiazdą stała się Yvette Guilbert, wysoka, ruda, nieco rozlazła, śpiewała głosem przepitym ballady o prostytutkach i piosenki sentymentalne – „mówiła, śpiewała i głosiła proroctwa”, jej styl naśladowało później wiele piosenkarek, wśród nich niewątpliwie najlepsza Edyta Joanna (Giovanna) Gassion, występująca pod pseudonimem Edyty Piaf. Do tego wszakże, aby kabaret mógł schamieć doszczętnie musiał się przenieść do Niemiec. Warto uzmysłowić sobie proporcje. W Paryżu kabaretami nazywały się raptem dwa lokale – „Czarny Kot” i „Fujarka”. Narzuciły swój styl – konferansjera – i odtąd kabaretem zaczęto nazywać widowiska, scalane przez konferansjerkę. Lecz oprócz tych dwóch kabaretów w samym Paryżu istniało przed I Wojną Światową około tysiąca siedmiuset lokali. W wielu z nich śpiewano piosenki, były to cafés-chantans, w odróżnieniu od salles de dance – jak słynny „Moulin Rouge”. W Niemczech istniały natomiast Tingeltangle, lokale w których panoszyło się najgorsze wyuzdanie w parze z miernotą artystyczną, Niemcy określali je jako Judesauerei, nie całkiem słusznie, bo choć większość tych lokali prowadzili Żydzi, to większość publiczności stanowili Niemcy.

Niemcy zarówno Północni jak i Południowi, Prusacy jak i Nadreńczycy, mają szczególne upodobanie w świntuszeniu. Zabawy polegające na stopniowym rozbieraniu się uczestników, jak „Die drehende Flasche”, lub „Der Übergang bei der Thûringener Wald, są znane i ulubione w całych Niemczech. Podobne świadectwo Austriakom wystawia Hašek w „Przygodach dzielnego wojaka Szwejka” wkładając w usta pułkownika Schrödera takie oto drastyczne opowiadanie: „Dawniej, pamiętam że każdy z nas oficerów starał się w kasynie włączyć jakoś do zabawy. Jeden, pamiętam, niejaki porucznik Danel, rozebrał się do naga, położył się na podłodze, wetknął sobie do zadka ogon ze śledzia i przedstawiał pannę morską Inny zaś, podporucznik Schlaisner, umiał strzyc uszami i rżeć jak ogier, naśladować miauczenie kotów i bzyczenie trzmiela. Pamiętam również kapitana Skodayego. Ten zawsze, kiedyśmy chcieli, przyprowadzał do kasyna dziewczyny, były to trzy siostry, a wyćwiczył je jak psy. Stawiał je na stole, a one zaczynały się przed nami obnażać do taktu. Miał taką małą batutę – najwyższe uznanie – kapelmistrzem był znakomitym. A co z nimi wyprawiał na kanapie! Raz kazał wstawić wannę z ciepłą wodą po środku pomieszczenia, a my, jeden po drugim, musieliśmy się wykąpać z tymi dziewczynami, a on nas fotografował”. Porucznik Lukasz tym czasem, zamiast dotrzymywać towarzystwa kolegom w kasynie, poszedł do teatru „gdzie grano jakąś węgierską operetkę z tłustymi aktorkami Żydówkami w głównych rolach, a ich ogromną zaletą było to, że w tańcu zadzierały wysoko nogi, a nie miały ani trykotów, ani majtek, zaś dla większej atrakcji dla panów oficerów wygolone były od spodu jak Tatarki…” Tingeltangel miał repertuar, który poziomem dorównywał zarówno oficerskiemu kasynu, jak i atrakcjom, jakie dawały tancerki bez majtek. Można się o tym przekonać zarówno z licznych ilustracji, jak i z zachowanych do naszych czasów afiszów.

W Niemczech kabarety powstawały pod wpływem Francuzów – przeniesiono z Francji, to co było tam najgorszego – wulgarność, i to w znacznie gorszym, bo ciężkim niemieckim wydaniu. Powstało również czasopismo wzorowane na tego typu pismach francuskich, jak „Chat Noir”, „Le rire”, „Gil Blas Illustré”, czy „El Hydropatie” – nazwano je „simplicissimus”, co mimo uczonego tytułu wskazywało na pociąg do prostactwa. A jednak reprezentowało wysoki poziom – porównywalny ze znacznie starszą od siebie polską „Muchą” – redagowaną kolejno przez Kauffmana, Fryzego i Buchnera, do której pozyskali takich autorów jak Prus, Lubowski, Oppman, Gąsiorowski, Gomulicki, zaś z artystów _ Aleksandra Gierymskiego, Kostrzewskiego, Pillatiego.

„Simplicissimusa założył Albert Lange, jako wydawca i Frank Wedekind, jako główny autor. Grafikę tworzyli głównie karykaturzyści Thomas Theodor Heine, Olaf Gulbransson, Georg Grosz, John Heartfield. O Wedekindzie pisze entuzjastycznie Wilhelm Szewczyk w „Literaturze niemieckiej XX wieku”, przeciwstawiając go takim pisarzom jak Stefan George, czy Hugo von Hofmannsthal, którzy krzepili niemieckiego ducha i wyznawali „załganą moralność”: „Na szczęście literatura niemiecka w okresie przed Pierwszą Wojną Światową miała swoich rebeliantów” (…) „jednym z przykładów niech będzie twórczość Franka Wedekinda, niemal rówieśnika Hauptmanna, debiutującego zresztą w tym samym czasie. Muschg nazywa go zamachowcem, który w ten sposób pragnie przekonać klasy panujące o ich niegodziwości. Wedekind ożywia na scenie świat szumowin społecznych, każe grać wielkie role złodziejom, mordercom i prostytutkom, handlarzom żywym towarem i atletom. Postacie jego opętane miłością i seksualną, nie zamierzają oczywiście zbawiać ludzkości; pojawiają się jako symbole, wyszydzające fałszywy idealizm cesarstwa i jego literatury. Taki sam chwyt zastosuje po latach Brecht w swojej „Operze za trzy grosze”, wyraźnie jednak tłumacząc swój pedagogiczny zamiar, obcy, przynajmniej w bezpośrednim wymiarze – Wedekindowi” (…)Na szczególną uwagę zasługuje także twórczość poetycka Christiana Morgensterna. Świat niemiecki ukazuje on w absurdalnej grotesce, w scenach pełnych surrealistycznego humoru, Swój sceptycyzm wobec rzeczywistości potwierdza zwłaszcza w „Galganlider” (Pieśni szubieniczne) oraz w serii groteskowych obrazów, których bohaterem jest wymyślona przez niego postać Palströma”.
Moje poglądy na temat tego co było dla literatury niemieckiej korzystne, a co niekorzystne, różnią się diametralnie od poglądów Szewczyka. Szewczyk bredzi o „zagładzie moralności” – ten termin robił karierę na przełomie XIX wielu w XX, Szewczyk go nie wymyślił – to właśnie jest język kabaretów. O ile wszakże można dyskutować, czy w sferach mieszczańskich moralność była zachowywana (moim zdaniem tak, odstępstwa od niej, aczkolwiek rzecz jasna się zdarzały, nie były nagminne)to moralność, sama w sobie, załganą nie była i być nie mogła, Co się zaś tyczy aspektu antymilitarystycznego i antyurzędniczego, szczególnie akcentowanego w Niemczech jeszcze przed wybuchem Wielkiej Wojny, który nasilił się w trakcie i po jej zakończeniu, wraz z ruchem dadaistycznym – to przy całej antypatii dla hohenzollerowskicj Niemiec, republiki Weimarskiej i hitlerowskiej III Rzeszy – uważam, że zrodzony w kabaretach, a zachwalany przez Szewczyka, pomysł zastąpienia Państwa Niemieckiego przez internacjonalizm proletariacki, zaś moralności mieszczańskiej, moralnością złodziei i prostytutek – jest propozycją
leczenia kataru syfilisem.
IV.Zarzewiem kabaretu w Niemczech, od którego rozsypały się iskry na to, i na inne niemieckie miasta, stało się Monachium. Monachium kojarzy nam się z NSDAP, której było kolebką. A wszakże III Rzesza zaczęła się od kabaretu.Z inspiracji paryskiej narodziły się kabarety. Wielkie ośrodki sztuki, a takim było niewątpliwie Monachium, mają to do siebie, że zarówno przyciągają młodych zdeterminowanych, którzy jeszcze nie zaistnieli, jak i tych co się już zużyli, zanim zdążyli zabłysnąć – tak jedni jak i drudzy, tworzą ową szumowinę okalającą i oblepiającą artystów. Dla artystów zaś stanowią środowisko owych bezinteresownych na pozór wielbicieli, którzy nie przyszli podziwiać ich dzieła za biletami, ani nie kupują ich obrazów, lecz którzy grzeją się w blasku ich sławy, a sami emanują ciepło uwielbienia – jest to szczególna symbioza. Wśród tej szumowiny znalazł się Hitler z plikiem swoich akwarelek, gdy nie zdał egzaminu do Powszechnej Szkoły Malarskiej Monachium, skąd daleko jeszcze było do studiów na Akademii i gdy odmówił mu protekcji Frankenberger, dla którego młody Adolf był jedynie potomkiem bękarta, zrodzonego w dodatku z sziksy, i pretendującym do pokrewieństwa z zacną żydowską rodziną. Gdyby po Wielkiej Wojnie trafił do jednego z licznych kabaretów, do czego miał wyjątkowe predyspozycje (wygłaszanie porywających monologów),a nie na zebranie Niemieckiej Partii Robotniczej (DAP),historia Świata potoczyłaby się zapewne inaczej. Choć nie wiadomo jak by to było, gdyż prosto z „Simplicissimusa” trafił w wir rewolucji bawarskiej jeden z najbardziej bezkompromisowych anarcho-rewolucjonistów, berliński Żyd Erich Mühsam, autor napisanego już w 1906 roku wiersza „Der Revoluzzer”, obejmując po śmierci pierwszego żydowskiego premiera Republiki Bawarii Kurta Eisnera, rządy wraz z dwoma żydowskimi towarzyszami – kabaretowym poetą Ernstem Tollerem i takimż filozofem Gustawem Landauerem. Ustąpili z rządu dobrowolnie, oddając władzę egzekutywie komunistycznej partii Eugena Levine, który objął rządy wraz z Axelrodem i Levienem. Bawarska Republika Rad, podczas swego krótkotrwałego istnienia zapisała się w pamięci Niemców niezwykle krwawym terrorem wprowadzonym przez żydowskich komisarzy, porównywalnym z terrorem Węgierskiej Republiki Rad, Beli Khuna, czy bolszewickiej Trockiego i Lenina. To już nie był kabaret, lecz sterowana przez Żydów prawdziwa rzeź Gojów, jakby żywcem wyjęta z przepowiedni „Mędrców Syjonu”: „Wyślemy na ulice jednocześnie we wszystkich krajach europejskich tłumy robotników.Tłumy te z rozkoszą będą przelewały krew tych, którym w prostocie ducha zazdroszczą od najmłodszych lat, a których dobytek będą mogły wówczas grabić. Naszych tłumy nie tkną…” Nie w pełni to się udało, nie we wszystkich krajach europejskich udało się podburzyć tłumy przeciwko własnym „wyzyskiwaczom”. Nie udało się to w Polsce, gdzie robotnicy i chłopi stanęli ramię w ramię ze swymi „wyzyskiwaczami” przeciwko wrogom zewnętrznym. Krwawa rewolucja, została również krwawo stłumiona przez kontrrewolucję w Bawarii i na Węgrzech – śmiertelnymi ofiarami padło wiele tysięcy, po obydwu stronach.

Wróćmy wszakże do kabaretów – czy kabarety istotnie przygotowały grunt do krwawych zamieszek?! Nie popadajmy w przesadę – gdyby istniała bezpośrednia współzależność między kabaretami a nastrojami rewolucyjnymi, największą ich liczbę powinniśmy obserwować w Rosji, a cóż tam było – jedna „Lietuszczaja mysz” (nieprzetłumaczalna wieloznaczność tej nazwy – od nietoperza po latarnię magiczną), wzmiankowana przez wielu historyków kabaretu – na dobrą sprawę kabaretem nie była. Powstała w podziemiach MCHATa kierowanego przez Niemirowicza-Dauczenkę i Stanisławskiego, założona przez Nikitę Bialiewa, pomysłodawcę i konferansjera tego eksperymentalnego teatrzyku, który znalazł się w cieniu, a zarazem i w kręgu eksperymentalnych dociekań obu dyrektorów.

V. A z drugiej strony trudno zaprzeczyć, że kabarety stały się rozsadnikami fermentu rewolucyjnego, który wpisywały swój program i który realizowały w praktyce. Nie chodzi tu jedynie o owe pieśni i monologi burzące „stary porządek”, ale o niweczenie uświęconych ideałów i autorytetów. Zdarzyło się na przykład w „Simplicisimusie”, prowadzonym przez Kathi Kobus, która nie tylko zarządzała lokalem (zwanym dawniej Künstlerkneipe),, lecz również wygłaszała w dialekcie bawarskim własne wiersze, że pojawił się wśród gości następca tronu wraz z młodym przyjacielem. Gdy obaj zdaniem Kathi zbyt się rozdokazywali i zaczęli się zbyt głośno zachowywać, ta wrzasnęła na nich: „Saupreiss’n stand san!”. Okrzyk chociaż w dialekcie, musiał być przez nich zrozumiany (a już na pewno pierwszy wyraz znaczący „pruskie świntuchy”) a w każdym razie odniósł skutek i obaj panowie „zamknęli mordy”. Historyjka, być może zmyślona, obiegła miasto. Coś takiego nie mogłoby się przydarzyć w krakowskim „Zielonym Baloniku”, Boy opisuje z jakim niepokojem i wzruszeniem oczekiwali wszyscy na pojawienie się hr. Tarnowskiego, skarykaturowanego w „Szopce”, jak z ulga odetchnęli, gdy zobaczyli, że Excellencja bawi się świetnie – „Balonik” bowiem łamał konwencje, ale znał mores. Bo też tego krakowskiego kabaretu nie założyli zapoznani poeci i malarze. Pomysłodawcą był Jan August Kisielewski, ceniony wówczas wielce popularny dramatopisarz i teoretyk teatru, zaś od początku z nim współdziałali – Karol Frycz, który wówczas rozpoczynał dopiero w Krakowie karierę scenografa, lecz znany był już dzięki swej wielkiej inscenizacji „Tristana i Izoldy” Wagnera, w Burgtheater w Wiedniu; Feliks Jasieński, znamienity kolekcjoner, podróżnik, filozof, krytyk, literat i publicysta wywarł ogromny wpływ na rozwój pojęć estetycznych i recepcję sztuki w ówczesnym społeczeństwie, a zarazem oddziałał bezpośrednio na twórczość wielu malarzy, wśród nich na Fałata, Wyczółkowskiego, Pankiewicza – był zarówno krytykiem, jak i mecenasem sztuki, dzięki zasobom które czerpał z majątku swoich rodziców, bogatych ziemian, Zdzisława i Jadwigi z Wołowskich, nabywał dzieła swoich przyjaciół, a nadto Podkowińskiego, Malczewskiego, Mehoffera, Chełmońskiego, Laszczka, Stanisławskiego, Dębińskiego, Weissa i innych – jego zbiory liczyły ponad piętnaście tysięcy obiektów, w tym oprócz obrazów, ogromną kolekcję barwnych drzeworytów japońskich, około dwustu pasów polskich, kobierce, kilimy, meble, księgozbiór zawierający cenne starodruki – zbiory ofiarowane po śmierci Muzeum Narodowemu w Krakowie, znalazły pomieszczenie w kamienicy na ten cel ofiarowanej Muzeum przez Włodzimierę z Krasińskich i Adama Szołayskich. Wśród założycieli „Zielonego Balonika”, znalazło się jeszcze dwunastu wielce szanownych obywateli miasta Krakowa, zasłużonych w dziedzinie kultury. Jest to jedyny przypadek, że kabaret wprowadzający awangardę sztuki, został założony przez grono szacownych konserwatystów, zaś występowało w nim ponadto około trzydziestu osób, na spotkaniach odbywających się w każdą sobotę wieczorem, zaś występy były improwizacją, a więc niepowtarzalne.

„zielony Balonik” po dziesięciu latach istnienia, zmarł śmiercią naturalną, gdy w toku Wielkiej Wojny zarysowała się mglista jeszcze perspektywa Niepodległości Polski i działania w tym kierunku zaprzątały umysły Polaków. Jego wpływ na środowisko artystyczne i literackie Krakowa był ograniczony. Spotkania w „Jamie Michalikowej” odbywały się co sobota, po kolejnej premierze teatralnej, która liczyła się bardziej w życiu kulturalnym miasta od jakichś spotkań kabaretowych suto zalewanych alkoholem. Pijaństwa, które były stałym elementem spotkań w „Jamie Michalikowej” odstręczały od uczestniczenia w nich poważnych artystów i literatów, dbałych o własną reputację. A jednocześnie wizerunek pijanego artysty, utrwalony przez „Stasinka” Przybyszewskiego, przeniósł się na następne pokolenia – Gałczyński, pokolenie Hłaski, Brychta i ich następców, bo znacznie łatwiej jest upić się pozując na artystę, niż wykazać się rzeczywistym dorobkiem. Grupie która wykreowała „Zielony Balonik”, nie było potrzebne jakieś własne pisemko, w którym zamieszczałaby swoje manifesty artystyczne i polityczne, wszyscy bowiem jej uczestnicy mieli otwarty dostęp do redakcji pism kulturalnych i społecznych, zaś polityki nie uprawiali. To utrudnia ocenę zjawiska jakim był niewątpliwie  „Zielony Balonik”. Możemy oprzeć się na wydanych drukiem „Słówkach:, stanowiących część repertuaru, oraz na nielicznych wspomnieniach uczestników, a wśród nich samego Boya, uchodzącego za najlepszego znawcę przedmiotu. Tyle tylko, że Boy Żeleński, którego nie było w grupie założycieli, a który włączył się swoimi wierszykami, jest całkowicie niewiarygodny. Nie lubił Michalika, uważając go za prostaka niepasującego do wysublimowanych bywalców i pisze na przykład: „Lokal jego gościł figury, o których nie zamarzył nawet we śnie: rektory, redaktory, hrabiowie hofraty, ba ekscelencje; i wszystko to zawdzięczał tym pijanicom, których uczynkami się brzydził. Po każdym „kabarecie” chaos ten w głowie Michalika zwiększał się. Tu rozmawiał z nim łaskawie ekscelencja Wodzicki, tu kopnął go w brzuch Boguś Adamowicz: jak ustalić bilans tak spędzonego wieczoru? Wynoszą Xawerego Dunikowskiego, który w powietrzu miota się jak opętany i gdzie może dosięgnąć rozdaje policzki: ale oto Michalik widzi, że patrząc na to, rektor uniwersytetu Cybulski uśmiecha się  życzliwie i nie przerywa rozmowy z innym luminarzem nauki”. Otóż te wydarzenia. nie mogły mieć miejsca. Xawery Dunikowski w chwili powstania „zielonego Balonika” był profesorem warszawskiej ASP i wówczas właśnie tchórzliwie zastrzelił w kawiarni Wacława Pawliczka, wybitnego (niestety doszczętnie dziś zapomnianego) malarza i ilustratora, tworzącego dzieła o tematyce historycznej i patriotycznej w stylu Brandta (którego był uczniem, studiował również u Matejki) bojąc się, a nie bez podstaw, iż ten go spoliczkuje. Dunikowski pojawił się w Krakowie powtórnie pod koniec 1909 roku, i wówczas mógłby wprawdzie uczestniczyć w opisywanym przez Boya wydarzeniu, nie mógłby wszakże tego samego wieczora „rozmawiać łaskawie” z Michalikiem ekscelencja Wodzicki, gdyż zmarł w roku 1894, a więc jedenaście lat przed powstaniem „Zielonego Balonika”, a piętnaście przed rokiem 1909.

W Polsce nie było gruntu dla działalności kabaretu w stylu francuskim bądź niemieckim, bo nie było publiczności akceptującej widowiska rynsztokowe. W latach międzywojennych działało kilka teatrzyków rewiowych, na wysokim poziomie artystycznym, przeznaczonych dla kulturalnej publiczności. Na ich repertuar składały się piosenki, które stawały się przebojami, oraz skecze, czerpiące pełnymi garściami z żydowskiego folkloru.W Niemczech po dojściu Hitlera do władzy, kabarety znikły zupełnie, gdyż Fûhrer tępił pornografię, zboczenia i szmirę. W Polsce pod okupacją niemiecką teatrzyki rewiowe zaprzestały występów. Działo się to wbrew niemieckiej administracji, która je popierała widząc w nich źródło deprawacji, a zakazując zarazem wystawiania utworów poważnych polskiej poezji romantycznej, dramatów i muzyki klasycznej. Zagranie utworu Chopina w lokalu publicznym stało się niemożliwe, gdyż groziło pianiści, właścicielowi lokalu i słuchaczom, aresztowaniem i wysłaniem do obozu koncentracyjnego. Chopina grywano w mieszkaniach, niekiedy dla szerszego kręgu zaproszonych gości. Niemcy założyli dla Polaków pismo pornograficzne „Fala”. Przyjaźniłem się w szkole podstawowej z pewnym kolegą, którego ojciec nie miał żadnych skrupułów w kupowaniu niemieckich czasopism ilustrowanych, a po wojnie zapisał się natychmiast do PPR, przekształcając swoją firmę w spółdzielnię pracy, której został prezesem. W mieszkaniu mojego kolegi, którego nazwisko ze względów oczywistych zamilczę, te pisma leżały rocznikami i tak je od niego pożyczałem. Szczególnie interesujące dla mnie były relacje z frontu wschodniego, obficie ilustrowane zdjęciami przedstawiającymi bestialstwa Sowietów. Były w nich zdjęcia zwłok więźniów okrutnie zamordowanych na Zamarstynowie i w innych więzieniach sowieckich, przy których fotografie z ekshumacji w Katyniu robiły znacznie mniejsze wrażenie. „Fala” była pisemkiem niewielkiego formatu, a według dzisiejszych kryteriów, żadną pornografią nie była. W każdym numerze zamieszczała kilka nie ostrych zdjęć gołych, lub tylko rozmemłanych kobiet. Przesyłane do kiosków z gazetami, w większości przekazywane były przez kioskarzy z podziemnej organizacji „N”, która rozprowadzała je wśród żołnierzy niemieckich razem z redagowanymi przez siebie pismami „Der Soldat”, „Der Frontkampfer” i „Der Klabautermann”. Niemcy, wobec tej akcji siejącej wśród wojska defetyzm, byli bezsilni. Osobną, mało znaną kwestią jest zagadnienie produkcji i dystrybucji bimbru, niekiedy wysokiej jakości. W pewnej kamienicy na Twardej działała nielegalna wytwórnia spirytusu, której kolumna filtracyjna przeprowadzona od piwnicy przez szereg mieszkań na poddasze, była wyższa od tej, jaką dysponował monopol spirytusowy. Niemcy nie ścigali bimbrowni, uznając rozpicie Polaków za element wielce korzystny. Mój stryj Antoni Sodulski miał w swoim mieszkaniu na Nowogrodzkiej bimbrownię założoną w porozumieniu z AK, gdyż dzięki temu jego lokal stał się kamuflażem konspiracyjnych spotkań.

Francja od razu po Wielkiej Wojnie, uczyniła ze swego wyuzdania i rozpusty towar dla turystów. II Wojna, która ominęła Francję niczego pod tym względem nie zmieniła, tyle tylko, że jedynymi turystami nurzającymi się w atmosferze zepsucia stali się Niemcy.Francuzi doprowadzili do perfekcji grę pozorów. W roku 1939 pozorowali przystąpienie do wojny, a w roku 1940 pozorowali obronę przed armią niemiecką. Niemal od razu się poddali, podpisali haniebną kapitulację i zawarli pakt sojuszniczy z III Rzeszą. Wszystkie sfery społeczeństwa francuskiego przyjęły zakończenie wojny z ulgą i zadowoleniem, a sztandarowy poeta komunistyczny Louis Aragon napisał entuzjastyczny wiersz „Je sous salue ma France:, od roku 1943 zamieszczany w almanachach poezji francuskiej, W tym wierszu opisuje jak to Sekwana oddycha wreszcie pełną piersią płynąc przez ziemie wolnej ojczyzny. Przywódca „Wolnych Francuzów” generał de Gaulle stwarzał pozory w Londynie, ale nie miał we Francji nawet jednego agenta, dopóki polski wywiad nie udostępnił mu swojej siatki. Trudno więc mówić o jakiejś okupacji niemieckiej skoro Francuzi bratali się z Niemcami, bywali razem w Operze, teatrach, cafés chantants i burdelach, zarówno obskórnych przeznaczonych dla pospólstwa i żołnierzy, jak eleganckich, a nawet wytwornych, dla elity i panów oficerów. Ruch oporu, szeroko reklamowana „La Résistance” narodził się dopiero wówczas, gdy armia niemiecka utknęła w głębi Rosji. Tworzyli go francuscy komuniści i Polacy. Żydów, aresztowanych wcześniej przez policję francuską i wywiezionych do obozów zagłady, praktycznie już nie było. Przypisywanie im decydującej roli we francuskim ruchu oporu jest jedną z żydowskich bredni, kolportowanych dla utrwalenia fałszywego obrazu w międzynarodowej opinii publicznej. Ukoronowaniem francuskiej gry pozorów było powstanie paryskie 1944 roku. Liczba poległych była tak znikoma, że można je nazwać bezkrwawym przejęciem miasta. Natychmiast pospieszyła z pomocą amerykańska armia, a w jej składzie figurant Leclerc, który triumfalnie  przesadnie zwanym dywizją wkroczył do Paryża. Generał Leclerc brał udział w kampanii 1940 roku i poddał się wraz ze swoim wojskiem. Z niewoli niemieckiej wydostał się bardzo szybko, nawiązał kontakt z de Gaullem i został przez niego wysłany do Afryki równikowej, z dala od teatrum wojny. Francuzi nie angażowali się w militarnych działaniach. Wezwany do Anglii tuż przed inwazją objął stanowisko głównodowodzącego francuskich wojsk desantowych. Dalej już wiemy – pozorował wyzwolenie Paryża przez Francuzów. Ostatnim aktem owej gry pozorów, było aresztowanie i proces Petaina, oraz ogolenie głów niektórym prostytutkom za wykonywanie przez nie zawodu, czyli „kolaborację z Niemcami”. Tak, dzięki grze pozorów Francja dołączyła do grona trzech państw zwycięskich, jako czwarte. Nie było ku temu logicznych powodów, gdyż w roku 1940 zdradziła swojego sojusznika Wielką Brytanię, zawierając pakt przyjaznej współpracy z III Rzeszą. Nie ma oficjalnego dokumentu, aby ten pakt zerwała. Formalnie podchodząc do tej kwestii należy stwierdzić, że jej udział nie mający militarnego znaczenia, w inwazji na Normandię był w gruncie rzeczy kolejną zdradą, tym razem Hitlera. Staram się poznać mechanizm dziejów, więc mnie to nie dziwi. Francja umiała się znaleźć w gronie państw europejskich, bez względu na przeniewierstwa jakie popełniła. W jej interesie było unicestwienie Polski, dlatego nie dziwi, że Francja jako pierwsza cofnęła uznanie Rządu Polskiego na uchodźctwie. Koło historii zatoczyło trzysta sześćdziesiąt stopni. W roku 1939 Francja nie uznała legalnie powołanego i zaprzysiężonego prezydenta Rzeczpospolitej – Bolesława Wieniawy i utworzyła rząd sobie podległy. Nic więc dziwnego, że skoro po wojnie przestał jej być potrzebny, po prostu uznała członków tego rządu rezydującego ówcześnie w Londynie za osoby prywatne.

De Gaulle zamierzał stworzyć Francję mocarstwową. Nadał obywatelstwo wszystkim mieszkańcom kolonii francuskich, a zabiegał również o przyłączenie Kanady do wspólnoty. Jego działalność w Afryce spowodowała napływ znacznej liczby Arabów, jako pełnoprawnych obywateli, zaś w Kanadzie poniósł kompletne fiasko, gdyż Kanadyjczycy nawet dążący do wyzwolenia się od Wielkiej Brytanii, nie mieli ochoty popadać w zależność od Francji. Natomiast masowa imigracja z Afryki zachwiała panującymi stosunkami etnicznymi. Arabowie stanowili niewątpliwie ciało obce, przyjęci byli przez rdzennych Francuzów z nienawiścią i przezywani byli kozłami (les boucs) że śmierdzą jak kozły. Również katolicy przybywający z Afryki, różniący się nieco odmiennym akcentem, przyjmowani byli niechętnie i przezywani pogardliwie „les pies noir”, czyli czarnymi stopami. Bezpośrednio po wojnie generał de Gaulle został powitany entuzjastycznie jako przywódca organizacji „Wolnych Francuzów”, do której wpisywała się Resistance, a za nią stali komuniści. Francuskie mieszczuchy z równym entuzjazmem odnieśli się do de Gaulle’a, jak uprzednio do Petainea, którego wszakże porzucili bez skrupułów. O zmienności nastrojów francuskich bourgeois przekonał się już sto trzydzieści lat wcześniej Napoleon Bonaparte, zaś Charles de Gaulle miał się o tym przekonać na własnej skórze. Wspiął się do władzy po politycznym trupie Petaina i dzięki manifestacyjnemu uwielbieniu dla Związku Sowieckiego. Starczyło to na poparcie przez komunistów, którzy objęli władzę  we Francji, ale wkrótce przestał im być potrzebny, a nawet zawadzał z powodu swojego szlacheckiego rodowodu i powiązań z Wielką Brytanią. Zastąpił go kolejno szereg postaci bez znaczenia, które utrzymały chaos w państwie. Aby zrozumieć bieg wydarzeń, należy zanalizować tendencje wiodące w społeczeństwie. Mieszczaństwo stanowiło magmę, skłonną popierać każdego kto znajdował się u władzy. Wszelako, nie można lekceważyć silnych wpływów idei oświeceniowych, z natury rzeczy ateistycznych. Francja podjęła wojnę o utrzymanie kolonii. Zaczęło się to od Indochin, w których poniosła porażkę, ustępując miejsca Amerykanom i wówczas zaczęła obowiązywać nazwa Viet-Nam. Wysiudani z Wietnamu Francuzi przenieśli swoje wojska kolonialne do Algerii. Pobór we Francji zasilił wojska kolonialne w wojnie algerskiej, prowadzonej niesłychanie brutalnie. Kolegowałem z paroma jej uczestnikami z poboru. Wszyscy przeżyli głęboki wstrząs z powodu stosowanych tam tortur wobec jeńców. Należy także pamiętać, że Francja nie brała rzeczywistego udziału w II Wojnie Światowej. Pierwszym teatrum wojny była dla młodych Francuzów wojna w Algerii. Wrócili z niej sfrustrowani, rozbici psychicznie i w tą atmosferę wpisał się Charles de Gaulle. Przejął władzę i ogłosił utworzenie V Republiki. To właśnie ta piąta miała zakończyć wojnę w Algerii i rozpocząć pokojowy marsz ku mocarstwowej Francji. Charles de Gaulle podczas obu wojen światowych, jak również podczas wojny bolszewicko-polskiej, gdy bawił w Warszawie jako członek misji francuskiej w 1920 roku, nie wykazał się żadnymi walorami militarnymi. Jako prezydent V Republiki zakończył pokojowo wojnę w Algerii, otwierając przed Arabami wrota Francji. Jego imiennik król Karol Wielki, powstrzymał w Pirenejach napór Maurów, od czego rozpoczęły się ich klęski w Europie. Wyparci następnie z Półwyspu Iberyjskiego wynieśli się do Afryki, skąd wcześniej przybyli. Ponowne objęcie władzy przez de Gaulle’a zostało przyjęte z mniejszym entuzjazmem przez większość Francuzów, niż pierwsze. Widziano w nim męża opatrznościowego, człowieka mocnego charakteru, który wprowadzi ład we Francji i zapewni stabilizację. Aliści, główną cechą charakteru de Gaulle’a była megalomania i przeświadczenie o słuszności własnych poglądów. Podczas ubiegłych lat sprawowania władzy przez komunistów, lewica nie tylko opanowała administrację państwową, lecz również przeniknęła na wyższe uczelnie, za sprawą intelektualistów. Ferment na uczelniach wywołał pod koniec dziesięcioletnich rządów de Gaulle’a wybuch lewackiej rewolucji studentów. Skrajna prawica, która nie mogła zaakceptować haniebnego jej zdaniem pokoju w Algerii i przyjęcia Arabów osiedlających się we Francji na równych prawach z Francuzami, powołała Organizację Armii Tajnej (OAS) zmierzającą do przejęcia władzy przez usunięcie generała w drodze zamachu. Kilka zamachów zostało udaremnionych, nastąpiły liczne aresztowania i w ciągu paru lat OAS przestała istnieć. A z drugiej strony, Charles de Gaulle cieszył się ogromnym autorytetem, wręcz uwielbieniem. Nie sięgnął po buławę marszałkowską, gdyż tą uzyskiwało się w uznaniu zasług bojowych, a tymi nie mógł się wykazać. Pamiętał powiedzenie napoleona, że wzniosłość od śmieszności dzieli jedynie krok. Natomiast powszechnie używane określenie „generał” zastępowało mu jego nazwisko i urząd państwowy, a wymawiano je z szacunkiem. Wszelako, kiedy ogłosił referendum w sprawie proponowanych przez siebie zmian ustrojowych, a uzależniał od tego dalsze pełnienie władzy, nie zyskał poparcia. Było to dla niego ciosem niespodziewanym. Ustąpił, a wkrótce zmarł. Po śmierci zrodził się kult generała. Nazwano jego imieniem Plac Gwiazdy w Paryżu, od którego rozchodzi się promieniście kilka reprezentacyjnych ulic, a także międzynarodowe lotnisko. Do Polski, zważywszy na szkodliwą  wobec nas działalność generała, ten kult nie powinien był dotrzeć. W Warszawie jest rondo na skrzyżowaniu ulic Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi. Po środku owego ronda postawiono wielką sztuczną palmę, która jest artystycznym kiczem w reprezentacyjnej części Śródmieścia. Otóż to rondo nazwano Rondem de Gaulle’a, ustawiono jego pomnik maszerującego w kierunku palmy. Być może idzie do cukierni Bliklego, w której bywał w 1920 roku. Wszystko to wpisuje się w atmosferę kabaretu, jakim staje się coraz bardziej polskie życie polityczne.

VI. Wrócę do zawartego w tytule tego rozdziału pojęcia kabaretu, jako widowiska rozgrywanego w knajpach, a następnie w teatrzykach, opartych na konferansjerce stanowiącej spiritus movens przedsięwzięcia i wrócę od razu na grunt polski.Po wojnie tradycję kabaretu podjął Warszawski Teatr Satyryków „Syrena” na ulicy Litewskiej w Warszawie. Duszę tego przedsięwzięcia stanowił duet konferansjerów, Stefanii Grodzieńskiej i Janusza Minkiewicza. Nie nazwali się kabaretem, aby nie budzić we władzach zbyt burżuazyjnych, tępionych wówczas skojarzeń, lecz „Teatrem Satyryków”. Debiutowała w nim moja koleżanka Adrianna Godlewska, niesłusznie dziś niemal całkowicie zapomniana. Mam duży sentyment do tego nazwiska i to nie tylko ze względu na Adriannę, z którą zaprzyjaźniłem się w młodości, a na starość zachowałem dla niej ciepłe wspomnienia. Jednym z ulubionych pisarzy mojego dzieciństwa był Stefan Godlewski, autor przepięknych opowiadań o Warszawie, które po wojnie, gdy ta była zniszczoną, rezonowały w mojej wyobraźni. Później dowiedziałem się, że ksiądz Marian Godlewski, uznawany przed wojną za czołowego żydożercę, gdy Żydzi znaleźli się w getcie objął na własną prośbę parafię Wszystkich Świętych, znajdującą się na terenie warszawskiego getta, aby nieść pomoc bliźnim, bez względu na ich wyznanie. A jeszcze później, że ten którego ponieśli na drzwiach ulicą Świętojańską, w znanej balladzie o Janku Wiśniewskim, naprawdę nazywał się Godlewski. Adrianna Godlewska, jeszcze jako studentka, „wykręciła niesłychany numer” gdy do Warszawy przyjechała grupa operowa amerykańskich Murzynów z operą Gershiwna „Porgy and Bes”. Adrianna wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem, pojawiła się na tym przedstawieniu nie mając biletu ani zaproszenia. Oboje byli ucharakteryzowani na Murzynów, rozmawiali po angielsku. Kontroler nie śmiał ich w przejściu zatrzymać, a bileterka posadziła na widowni. Gdy ta wiadomość dotarła za kulisy, artyści opery zaprosili ich do siebie, ciesząc się z udanego kawału, a warto przypomnieć, że Murzyni byli wówczas w Stanach dyskryminowani. O tym wydarzeniu pisała polska prasa.

VII. Nazwę kabaretu przyjął dopiero STS, Studencki Teatr Satyryków. Przemycał teksty polityczne, podobnie jak wcześniej „Syrena”, nastawiona głownie na beztroską zabawę. Na przykład bawiono się znajdowaniem rymów do wybranych przez jedno z konferansjerów słów. A wyglądało to tak: „hipopotam”. Uciekł z zoo hipopotam, idź kolego zastąp go tam. „Kandelabr”. Mam bardzo piękny kandelabr, kupiła mi go ciocia Hela brrr. Albo „cietrzew”. Z za drzew wyleciał cietrzew. A były tam także niezbyt zakamuflowane aluzje polityczne. Pamiętam referat o A,Mickiewiczu, który był wieszczem, bo przewidział kolejki na poczcie na Nowogrodzkiej, pisząc „ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie, uklęknij i zmów paciorek”, a również porażkę naszych piłkarzy z Dynamo, pisząc „nam strzelać nie kazano”. Skromne to było i nieśmiałe, podobnie jak teksty Jurandota, Minkiewicza, Grodzieńskiej.

Pierwszy kabaret studencki, również oparty na konferansjerce, nazwał się Studenckim Teatrem Satyryków. Jego programy był już jednoznacznie odbierane jako polityczne, choć oczywiście teksty były podawane w granicach jakie dopuściła cenzura. Wiele mówiły ironiczne tytuły spektakli: „Czarna wygrywa, czerwona przegrywa”, lub „Myślenie ma kolosalną przyszłość”. Inne teatry studenckie, które się później wyroiły, jak „Hybrydy”, „Stodoła”, „Pineska”, „bim Bom”, raczej nie unikały polityki, choć również miały kłopoty z cenzurą. Pierwszym kabaretem, który przyjął tą nazwę, był telewizyjny „Kabaret Starszych Panów”, Przybory i Wasowskiego z doskonałymi tekstami i świetną obsadą aktorską. Mógłbym wymienić jeszcze kilka kabaretów, które działały w następnych latach, prezentując wysoki poziom literacki i artystyczny, jak „Dudek”, „Owca”, „Pod Egidą”. Działalność kabaretów załamała się po roku 1989. Znamienne, że również wówczas teatry osiągnęły stopniowo poziom nowoczesnego kiczu. O sztukach plastycznych, nawet wspominać nie warto. Tak kompletny upadek w sferze duchowej, odzwierciedla stan państwa i jego obywateli. Poziom widowisk prezentowanych w telewizji i w teatrach osiągnął dno artystyczne, intelektualne i emocjonalne. Ciśnie się tu na usta stara rosyjska fraza, którą należy wypowiedzieć z należycie afektowaną manierą: „Zacziem wy chadili w tieatier, nie łutsze byłoby w bardak”.

Eozdział piąty Ku przepaści

Rozdział piąty

 

KU  PRZEPAŚCI

 

Już pod koniec XIX wieku dojrzewała wśród Żydów koncepcja utworzenia państwa żydowskiego na terytorium nieistniejącego wówczas państwa, czyli dawnej Rzeczypospolitej. Było bowiem wówczas oczywistym, że wszystkich Żydów rozproszonych w diasporze nie da się zmieścić na terytorium Palestyny, gdyby jakimkolwiek cudem dało się ją uzyskać. Aliści, dążenia Polaków do odzyskania własnego państwa, okazały się silniejsze od marzeń żydowskich. Polski czyn zbrojny wyrąbał niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej. Żydzi wysunęli wówczas koncepcję Judeopolonii i w tym kierunku szły ich zabiegi podczas konferencji w Wersalu, starające się osłabić pozycję Polski. Wychodzili z założenia, że Żydzi wraz z innymi mniejszościami narodowymi (to określenie „mniejszości narodowe” powstało dopiero wówczas mogą stanowić skuteczną przeciwwagę wobec katolickich Polaków. Rzeczpospolita Polska okazała się wówczas państwem tak silnym, tak dobrze zorganizowanym pod względem państwowym i gospodarczym, że te zabiegi żydowskie chociaż szkodliwie ograniczające naszą suwerenność okazały się bezsilne wobec struktur Państwa Polskiego. Kolejną okazją do utworzenia państwa żydowskiego w Polsce, w której Polacy staną się niewolnikami, był koniec II Wojny Światowej. Miliony Polaków zostały wymordowane, a był to zaledwie pierwszy krok do całkowitej likwidacji Państwa Polskiego, co było podstawowym celem głównych graczy tej wojny, bez względu na to po której stronie frontu się znajdowali.

Żydzi utworzyli swoją Judeopolonię, chociaż się tym nie chełpili, przeciwnie, dla kamuflażu przywrócili nazwę Rzeczpospolita Polska, zachowali polski hymn państwowy i polską flagę narodową, z orłem pozbawionym korony. Była to tylko dekoracja, gdyż wszystkie ważne elementy w strukturze państwa znajdowały się w ich ręku. Utworzyli resort policji (MO i UB) w wojsku objęli wszystkie stanowiska decyzyjne i niemal całą kadrę dowódczą do najniższego szczebla. Na czele rządu postawili dwóch żałosnych figurantów, Osóbkę i Mikołajczyka, ale wszystkie ministerstwa znalazły się pod ich absolutną kontrolą. Kim był Bierut nie wiemy, nie wiemy nawet jak się nazywał, bo wiemy jedynie, że nie był tym, za kogo się podawał. Komitet Centralny partii był tak zdominowany przez Żydów ukrytych pod polskimi nazwiskami, że już po roku 1956 Gomułka, wysunięty ponownie na stanowisko I Sekretarza, żalił się osobom zaufanym, że jeśli towarzysze chcą w jego obecności porozmawiać o czymś ważnym, mówią w jidysz.

Pomimo, że znajdował się całkowicie na łasce Stalina i musiał na Kremlu zdawać relacje ze swoich działań, aby uzyskać dla nich aprobatę, Komitet Centralny decydował o wszystkich sprawach dotyczących życia publicznego, zgodnie z doktryną dyktatury proletariatu, którego organem wykonawczym była partia komunistyczna, a w przypadku Polski „robotnicza”. Ponieważ Polska, tak jak Związek Radziecki, była krajem socjalistycznym, znajdującym się na drodze do komunizmu, więc działały w niej wszystkie instytucje demokratyczne i to działały sprawnie, nie sprzeciwiając się dyrektywom partii. Jak już wspomniałem, Żydzi przy pomocy swojego aparatu partyjnego, opanowali wszystkie dziedziny życia publicznego, z wyjątkiem Kościoła. Stosunki Państwa z Kościołem oparte były do czasu na kompromisie. Pamiętam jak prezydent Bierut w dni świąt kościelnych jeździł do Katedry św. Jana w asyście szwadronu kawalerii, aby wziąć udział w Mszy świętej, choć oczywiście nie przystępował do sakramentów, nie klękał przed księdzem, co tak dowcipnie sformułował wiele lat później Donald Tusk w odniesieniu do siebie jako premiera rządu.

Spustoszenia jakie dokonała partia w dziedzinie duchowej były i są do tej pory ogromne. Front walki ideologicznej był bowiem równie ważny, jak pozostałe. Indoktrynacją objęto wszystkie szczeble nauki i wychowania, od przedszkoli zaczynając, a kończąc na PAN, utworzonej w miejsce przedwojennej Polskiej Akademii Umiejętności, której członkowie stali się tym samym żywym reliktem przeszłości. W przedszkolach uczono wierszyków i piosenek o Stalinie, Leninie i Armii Czerwonej, starano się też wprowadzić Dziadka Mroza w miejsce Świętego Mikołaja, co wszakże się nie udało. Nadal 6 grudnia przychodził do dzieci Święty Mikołaj, w tekturowej złotej infule biskupiej i z pastorałem wykonanym z kija od szczotki, z głowicą zrobioną z papier mâché. Cała polska humanistyka była we władzy partii, która układała programy, nauczania od przedszkoli po wyższe uczelnie. Podstawy marksizmu musieli zdawać nie tylko uczniowie i studenci, ale też ludzie nie związani z tokiem nauczania, którzy chcieli zachować swoją pracę zawodową. Na przykład zakonnice zatrudnione w szpitalach jako siostry miłosierdzia (kto jeszcze pamięta ten termin na określenie dzisiejszych pielęgniarek) a także instruktorzy sportowi, chcący pracować w klubach. Dotyczyło to wszystkich zawodów.

Równie ważnym frontem była gospodarka. Nacjonalizacja przemysłu i reforma rolna, która nie przekazywała zagrabionej ziemi w ręce chłopów, lecz tworzyła PGR-y, była wstępem do szeroko zakrojonej akcji. Żyd Hilary Minc obwieścił „bitwę o handel”, mającą na celu odebranie drobnym przedsiębiorcom, sklepikarzom, restauratorom, rzemieślnikom i chałupnikom ich częstokroć liche majątki. Urzędy finansowe ogarnęło szaleństwo, choć mniejsze niż obecne. Na ludzi zajmujących się prywatną działalnością gospodarczą, sypały się tak zwane „domiary”, czyli całkowicie bezprawne obciążenia finansowe, doprowadzające często do bankructwa.

Judeopolonia, przy pomocy aparatu państwowego, uzyskała realne podstawy swojej egzystencji, której w roku 1956 społeczeństwo polskie zadało cios. Mało kto dziś pamięta o czerwcowym Powstaniu Poznańskim, a jeszcze mniej docenia jego znaczenie. Nie było to pełne zwycięstwo, ale zmusiło partię do przyznania się do „błędów i wypaczeń”, przeprowadzenia czystek w Partii i Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, a nawet były wyroki sądowe. Polacy nie dostrzegli wówczas problemu żydowskiego, a wyłącznie partyjny. Partia przyznała się wówczas do „błędów i wypaczeń”, na jej czele stanął wówczas wyciągnięty z więzienia, a raczej internowania Gomułka, jednocześnie z kardynałem Wyszyńskim. W Partii nastąpiły zawirowania. Wystąpił z niej Jerzy Andrzejewski, autor dwu książek wchodzących wówczas w skład kanonu obowiązujących lektur szkolnych: „Popiół i diament” oraz „Partia a życie pisarza”, twierdząc, że partia która nie jest nieomylną, jak głosiła dotychczas,  nie jest partią spełniającą jego oczekiwania.  Należy wszakże pamiętać, że był beneficjentem tej partii. W chwili gdy pisał swoją antypartyjną deklarację, zajmował na Pradze naprzeciw cerkwi komfortowy apartament po Bierucie, którego mu nie odebrano.

Natomiast wydarzenia 1968 roku przybrały ogromne rozmiary w aspekcie jakiejś wojny Polaków z Żydami, której w istocie nie było. Wydarzenia rozpoczęły się od studenckich manifestacji w obronie „Dziadów” Mickiewicza, wystawianych przez Kazimierza Dejmka w Teatrze Polskim, które miało być zdjęte z afisza, wskutek protestu ambasady radzieckiej. Dejmek był daleki od  pomysłu wywołania antyrosyjskich nastrojów, tym niemniej dramat z przed stu czterdziestu pięciu lat budził takie emocje. Czy były podgrzewane przez prowokatorów na widowni? – trudno to stwierdzić z pewnością, gdyż jeśli istnieją dokumenty w tej sprawie, to nie są znane opinii publicznej. Pokojowe początkowo demonstracje, polegające na składaniu kwiatów pod pomnikiem Mickiewicza,  przerodziły się wkrótce w zamieszki uliczne, pobicia, aresztowania i relegowanie kilku osób z Uniwersytetu. Aliści, ukazało się niebawem, skrywane tło wydarzeń. Kolportowano hasło: „Ochab na I Sekretarza”, co wskazywało  iż jest to walka dwu frakcji partyjnych o władzę. Wygrał Gomułka, rozpętując wielką akcję propagandową przeciwko „syjonistom” i wprowadzając antyżydowskie czystki. Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że on sam, tak jak Ochab, miał żonę żydówkę, a także frakcję żydowską, która go popierała. Pewna liczba Żydów opuściła wówczas Polskę, lamentując o krzywdzie jaka ich spotkała ze strony Polaków utrwalając czarną legendę polskiego antysemityzmu, chociaż Polacy niewiele z tą awanturą mieli wspólnego, a wielu zazdrościło Żydom możliwości wyjazdu z PRL, niemożliwego dla zwykłych obywateli.

 

II

 

Zawirowania w Partii, nie naruszyły koncepcji Judeopolonii. Nie chodziło tu bowiem o całkowite wyeliminowanie Polaków, ale o koegzystencję, w której stroną dominującą będą Żydzi. Jednym z warunków było utrzymanie władzy sprzyjającej żydowskim interesom. Nie było to zresztą możliwe, ze względu na stosunkowo niewielką liczbę Żydów w proporcji do polskiej ludności, a poza tym, ktoś musiał w Polsce pracować. Podczas sześciuset lat pobytu Żydów na ziemiach Polski nikt nie widział Żyda-rolnika. Wiele dziedzin wynikających ze społecznego podziału pracy, niezbędnych do funkcjonowania państwa nie interesowało Żydów. Nie było żydowskich architektów, budowniczych miast, dróg, kanałów i konstruktorów mostów, zajmowali się głównie handlem, zarówno hurtowym opartym na kapitale żydowskich banków, jak przede wszystkim drobnym, zdawać by się mogło, że nieopłacalnym, którym trudniły się rzesze żydostwa. Byli także żydowscy rzemieślnicy – szewcy i krawcy, piekarze i masarze, pracujący początkowo na potrzeby własnej gminy, lecz stopniowo przenikający do miast, gdzie konkurowali z polskim rzemiosłem dzięki niższym cenom swoich wyrobów i usług, nie podlegając ograniczeniom cechowym dbającym o utrzymanie odpowiedniego poziomu. Natomiast niemal wyłączną ich domeną stało się prowadzenie karczm, które dostawali w arendę. W końcu XIX i na początku XX wieku, kiedy wzrosła liczba żydów reformowanych, którzy dzięki wykształceniu mogli skutecznie konkurować z chrześcijanami,  zwiększyła się ilość profesji w których działali.

Miały wówczas miejsce konwersje na chrześcijaństwo, tych neofitów nazywano pogardliwie „wychrztami”, a również polonizacja osób asymilujących się w polskim społeczeństwie. Ten proces nastąpił już wcześniej, wskutek działalności rabina Kramsztyka w warszawskiej synagodze. Podczas patriotycznej manifestacji poprzedzającej Powstanie Styczniowe, Żyd Lange wyjął z rąk zabitego manifestanta krzyż i niósł go na czele pochodu, do czasu gdy sam został śmiertelnie ugodzony moskiewską kulą. W Powstaniu odegrał znaczną rolę Leopold Kronenberg, który dzięki swoim żydowskim kontaktom wprowadził system podatkowy na rzecz Rządu Narodowego. Żydów, polskich patriotów, trzeba oddzielić od mas żydostwa, nie mających z polską tradycją  niczego wspólnego. Żydzi emancypowani uczestniczyli, choć niezbyt licznie, nie tylko w pozytywistycznej pracy u podstaw, lecz również w działaniach niepodległościowych. Oprócz wspomnianego już Kronenberga, prowadzącego szeroko zakrojoną działalność gospodarczą, a także filantropijną, który założył i wydawał „Gazetę Warszawską”, a później „Skamandra”, warto wymienić Orgelbranda wydawcę monumentalnej „Encyklopedii”, a także Mieczysława Grydzewskiego (wcześniej nazywał się Grycendler) wydawcę i redaktora „Wiadomości Literackich”, na emigracji w Londynie „Wiadomości Polskich”,  zamkniętych przez brytyjską cenzurę i przekształconych w „Wiadomości”. Mógłbym przytoczyć jeszcze wiele przykładów wydawców, dziennikarzy i literatów działających na niwie kultury polskiej, wtopionych tak dalece w polskie środowisko, iż niemożliwym byłoby nazywać ich jeszcze Żydami, zapewne sami by tego nie chcieli, choć trudno byłoby im „wywieść swój rodowód od Piasta” , jak to dowcipnie stwierdził Hemar, żarliwy polski patriota. Cieszyli się w Polsce szacunkiem wynikającym z ich pozycji społecznej, tak jak profesorowie uniwersytetów, lekarze, adwokaci, nie było w stosunku do nich żadnych uprzedzeń towarzyskich, ochoć oczywiście zdarzały się  incydenty, o czym świadczy zajadła polemika Juliana Tuwima ze Stanisławem Pieńkowskim, niebywale wulgarna, chciałoby się rzec z prawdziwie żydowskim wyczuciem smaku.

Żydzi w Polsce odrodzonej mieli nie tylko pełnię swobód obywatelskich, lecz również możliwość kulturalnego rozwoju. Żydowska wielkonakładowa prasa obejmowała kilkadziesiąt tytułów dzienników i tygodników, w języku hebrajskim, jidysz, a również w polskim. W Polsce narodziła się i rozwijała literatura piękna w języku jidysz, dotychczas nazywanym żargonem. Wśród pisarzy debiutujących w jidysz znalazł się późniejszy noblista Singer. Produkowano w Polsce filmy w tym języku przeznaczone wyłącznie dla publiczności żydowskiej, działały teatry.

W partiach politycznych Żydzi również odgrywali pewną rolę przenikając do niemal wszystkich, poza endecją, starali się wpływać na ich program. Najbardziej  ostre starcie nastąpiło w łonie PPS,  z którego po latach ideologicznych sporów wyłoniła się żydowska  Komunistyczna Partia Polski. Początkowo KPP miała w Polsce Odrodzonej te same prawa co inne partie polityczne, ale po kilku zamachach terrorystycznych i ujawnieniu jej agenturalnej działalności na rzecz  Związku Sowieckiego została zdelegalizowana.

 

III

 

W dużych miastach mieszkało około 10% ludności żydowskiej, pozostali zamieszkiwali małe miasteczka tworząc w nich gminy, zwane po żydowsku sztetlami. Wzajemne stosunki pomiędzy ludnością żydowską a polską układały się według wypracowanej przez pokolenia symbiozy. Wojna która wybuchła w 1939 roiku całkowicie rozbiła dotychczasowe stosunki sąsiedzkie na terytoriach Rzeczypospolitej. Żydzi komuniści radośnie powitali pojawienie się Armii Czerwonej i natychmiast włączyli się w akcję mordowania miejscowych Polaków. Z pewnością zarzut, że wszyscy Żydzi zamieszkujący  Kresy Wschodnie zajęte przez Armię Czerwoną byli za wymordowaniem bądź wywózką Polaków jest nie uprawniony. Atoli, brak jest świadectw, by któryś z Żydów próbował ocalić jakąś polską rodzinę. Natomiast Żydzi bardzo licznie wstępowali do policji i do organów NKWD, ochoczo wykonując zadanie eksterminacji Polaków.

Odmiennie przedstawiała się kwestia w Polsce Centralnej przekształconej pod okupacją niemiecką w Generalną Gubernię, oraz na Ziemiach Zachodnich włączonych do Rzeszy. Niemcy początkowo nie dostrzegali „problemu żydowskiego” gdyż główną ich troską było ujarzmienie Polaków. Aresztowania, masowe egzekucje i deportacje do obozów koncentracyjnych, które w istocie były obozami śmierci, podtrzymywały uczucie niebywałego terroru.

Natura ludzka ma to do siebie, że jeśli człowiek wie o czymś od dawna i oswoił się z tym, jako faktem z przeszłości, nie jest w stanie ocenić minionych wydarzeń z należytej perspektywy.

Atoli, żaden człowiek myślący nie może przejść obojętnie wobec informacji, że podczas II Wojny Światowej zginęło w Polsce ponad sześć milionów Polaków.  Część wymordowano natychmiast po wkroczeniu najeźdźców na nasze terytorium, część wyginęła z wycieńczenia i głodu w obozach, zaś inni zginęli z bronią w ręku  w obronie Ojczyzny. Nie należy oczekiwać,  aby myślący człowiek przyjął na wiarę wszelką podaną sobie informację, a zwłaszcza tak drastyczną, bez pytania o metody obliczeń, próby weryfikacji i ostatecznego wyniku. Kwestia jest tak skomplikowana i ma tak wiele aspektów, że nie będę jej tu analizował, liczbę podaną potraktuję jako bazową, a przejdę od razu do szczegółów.

Kiedy nad ranem 1 września 1939 armie niemieckie przystąpiły do ataku, w tym samym czasie głęboko na terytorium Polski, na Śląsku, Pomorzu, w Wielkopolsce, na Warmii i Mazurach, miejscowi Niemcy zorganizowani w oddziały tak zwanej „Samoobrony” (Selbschutz) jednolicie umundurowane i uzbrojone przystąpiły do masowego mordowania Polaków, swoich sąsiadów. Niemców ogarnął istny szał mordowania Polaków, do czego wzywał ich Hitler, a tego nie można się było spodziewać po narodzie uchodzącym za cywilizowany, a nawet kulturalny. Drugiego dnia wojny,  a więc wówczas gdy jej wynik nie był jeszcze przesądzony, Niemcy utworzyli w Stuthofie pod Gdańskiem obóz koncentracyjny dla Polaków, a jednocześnie masowo ich rozstrzeliwali w pobliskiej Piaśnicy.

Zapewne Anglicy i Francuzi nie wiedzieli bo i skąd mieli się dowiedzieć o tych  dziesiątkach tysięcy polskich ofiar pierwszych dni wojny, ale nie zwalnia ich to od odpowiedzialności za zwłokę w realizowaniu zobowiązań wynikających z traktatu sojuszniczego. Skoncentruję się na tym, o czym wiedzieli z całą pewnością i wyciągnę daleko idące, lecz uprawnione wnioski.

25 sierpnia,  III  Rzesza zawarła z ZSRR pakt tak zwany Ribbentrop-Mołotow, ustalający warunki wspólnej napaści na Polskę. Rzecz w tym, że Polska mająca traktaty pokojowe z obu tymi państwami starała się utrzymać równowagę dyplomatyczną, zaś żadne z nich nie odważyłoby się uderzyć na nią w pojedynkę, gdyż do wojny z jednym przeciwnikiem była przygotowana. Niemcy, wówczas jeszcze zamierzały rozpocząć podbój Europy od ataku na Francję, państwa Beneluksu i Anglię, zaś pakt z ZSRR ukazywał inną perspektywę, choć jeszcze mglistą. Anglicy i Francuzi dowiedzieli się o pakcie natychmiast po jego zawarciu, i nie informując o tym Polaków, postanowili przyspieszyć rokowania z Polską o wspólnej obronie przed Niemcami, aby ją wciągnąć do gry wojennej.  Trójstronny traktat zawarto 27 sierpnia. Wówczas Hitler odłożył swój plan ataku na Francję i wdrożył plan „B” – ataku na Polskę.

10 września Polakom udało się powstrzymać niemieckie armie prące zgodnie z doktryną wojny błyskawicznej do przodu, bez oglądania się na tyły, które w ten sposób odcięły się od zaopatrzenia i utknęły odczuwając dotkliwe braki paliwa i amunicji. Rozpoczęły się wówczas zwycięskie dla Polaków walki nad Bzurą, mogące przesądzić o losach kampanii. Hitler słał wówczas rozpaczliwe wezwania do Stalina  domagając się od niego realizacji ustaleń traktatowych i uderzenia na Polskę od wschodu, lecz ten czekał jak zachowają się jej zachodni alianci. Podkreślmy, że działo się to w chwili gdy wojna zaczęła przybierać obrót niekorzystny dla Niemców. 12 września podczas narady połączonych sztabów w Abbeville, Francuzi i Anglicy podjęli decyzję o niepodejmowaniu kroków zaczepnych wobec Niemiec. Wiadomość o tym dotarła natychmiast do Stalina, rozwiewając jego wątpliwości, więc ten po przegrupowaniu wojsk 17 września zaatakował  całym frontem  Polskę. Walki nad Bzurą trwały do 18 września.

Widząc ten ciąg wydarzeń nie sposób nie postawić prostego a zasadniczego zarazem pytania – po cóż Francuzom i Anglikom była owa narada w Abbeville i podjęta na niej decyzja, skoro nie wymuszały jej  żadne zewnętrzne okoliczności. Byłaby całkowicie bez sensu, chyba że chodziło o przesłanie wyraźnego przekazu Stalinowi, że może zaatakować Polskę, bez obaw o reakcję Zachodu. Było to zaproszenie Stalina do udziału w wojnie po stronie Hitlera.

Jest jeszcze jedno fundamentalne pytanie, które postawiłem już uprzednio, a mianowicie – czy Anglikom zależało na pokonaniu Hitlera, czy na przywróceniu równowagi politycznej w Europie, w duchu Świętego Przymierza, co wiązało się z koniecznością likwidacji niepodległego państwa polskiego. Obelgi miotane przez wpływowych Anglików pod adresem Polski w okresie międzywojennym, wyraźnie na to wskazują. Należy pamiętać o tym, że zarówno Hitler jak i Stalin, mieli swoich zwolenników wśród wpływowych osobistości. Wprawdzie wystarczyło przeczytać (ze zrozumieniem) „Mein Kampf”, aby dowiedzieć się, że  jedną z idée fixe Hitlera jest pokonanie Wielkiej Brytanii, ale to niebezpieczeństwo wydawało się krótkowzrocznym politykom łatwe do zażegnania,  jeśli skieruje się jego ambicje na Wschód Europy. Wychodząc z tego punktu widzenia, można uznać, że efektywne zaangażowanie się w wojnę po stronie Polski mija się z sensem praktycznym.

Czytałem  w polskiej publicystyce historycznej wywody, że w traktacie z Anglią i Francją zaniedbaliśmy umieszczenia warunku, iż odnosi się to  wszelkiej agresji na jedno z państw sprzymierzonych, a żadne z tych państw na wojnę ze Związkiem Radzieckim się nie pisało. Jest to twierdzenie całkowicie fałszywe, a w dodatku przewrotne, gdyż traktat odnosił się do konkretnego zagrożenia. Przenosząc to na grunt prawa cywilnego, to kłopoty wierzyciela nie mogą mieć wpływu na zobowiązanie dłużnika. To samo odnosi się do zobowiązań międzynarodowych. W wyniku agresji ZSRR nie ustała kampania niemiecka w Polsce, a więc zobowiązanie wspólnego oporu  wobec Niemiec  pozostawało w mocy. Aliści przewrotność tych wykrętów bije w oczy,  skoro wiemy, że nasi alianci podpisując traktat wiedzieli o ustaleniach paktu Mołotow-Ribbentrop, a więc przewidywali nieuchronność napaści ZSRR na Polskę, atak Armii Czerwonej nic nie zmienił w tej kwestii. Zniecierpliwieni, tak samo jak Hitler zwlekaniem ze strony Stalina, zwołali konferencję w Abbeville, która sprowokowała  działania września 1939.

Zastanawiającym jest, jak mogło dojść do tak wielkiego upodlenia. Głową Wielkiej Brytanii był król Jerzy VI, pięknie się prezentujący w marynarskim oficerskim mundurze. Anglia wysoko ceniła kwestię honoru, zasady fair play i lojalność wobec partnerów. Nie można całą winą obarczać premiera Chamberlain’a, który był człowiekiem słabym i bez charakteru, gdyż swoje decyzje musiał uzgadniać z dworem królewskim i z parlamentem. Wiele do powiedzenia miał także pierwszy lord admiralicji, Winston Churchill, który później, jako premier rządu wykazał się niebywałą obłudą i nikczemnością. We Francji natomiast na czele państwa i rządu stały postacie na miarę Chamberlain’a , na próżno usiłujące opanować sytuację wewnętrzną w państwie ogarniętym chaosem politycznym, gospodarczym i rozruchami społecznymi. Francja walczyła o przetrwanie, o utrzymanie się na powierzchni, co tłumaczy przyczynę lęku przed zaangażowaniem się w dodatkowy konflikt, nie zwalnia wszakże od zarzutu nikczemności w postępowaniu wobec Polski.

 

IV

Przeniosę się od razu o lat pięćdziesiąt do Polski roku 1989.  To nieprawda, że historia się nie powtarza, różni się jedynie w szczegółach aktualnych wydarzeń, zaś każda nowa mutacja jest gorsza od minionych. Reżyserem wydarzeń roku 1989 nie był I Sekretarz generał Jaruzelski, znienawidzony przez cały naród,  lecz generał Kiszczak, szef służb bezpieczeństwa, wywodzący się bezpośrednio z aparatu terroru. Kiszczak zorganizował wielkie widowisko pod nazwą „Okrągłego Stołu”, do którego miała zasiąść strona rządowa i konstruktywna opozycja, starannie wyselekcjonowana przez generała. Rozmowy pod publiczkę odbywały się w świetle kamer przy Okrągłym Stole,  w willi bezpieki w Magdalence następowała fraternizacja, a wszystkie poufne rozmowy, podczas których następowały kluczowe uzgodnienia w mieszkaniach i w „dziuplach”. W tym towarzystwie zrodziła się koncepcja  propagandowa tak zwanej III Rzeczypospolitej, co było pomysłem szkodliwym, a zarazem ahistorycznym. Ta dziwaczna nazwa III Rzeczpospolita wynikła z wprowadzonej przez historyków w PRL nazwy „Druga Rzeczpospolita” na określenie znienawidzonej przez nich Polski Odrodzonej w okresie międzywojennym. Pierwszą miała być Rzeczpospolita szlachecka, trwająca do Rozbiorów. Rzecz w tym, że nazwa Rzeczpospolita bez przymiotnika, a jeśli to, Rzeczpospolita Obojga Narodów stosowana była jedynie w retoryce politycznej, zaś pod względem formalno prawnym nie istniała. Nie mogła się też nazywać Rzecząpospolitą Polską, gdyż urażałoby to uczucia Litwinów. Były więc zjednoczone unią dwa odrębne państwa, Królestwo Polskie zwane Koroną i Wielkie Księstwo Litewskie nazywane Litwą, mające wspólnego władcę (króla i wielkiego księcia) wspólny sejm i wspólnotę rodów szlacheckich, ale odrębny skarb, wojsko,  prawo (statut litewski) języki urzędowe – w Koronie była to łacina, zaś na Litwie język ruski. Rzeczpospolita Polska powstała dopiero po Wojnie Światowej podczas walk o niepodległość,  zaś opatrzenie jej przez  komunistycznych historyków liczebnikiem „druga” miało ją deprecjonować.

To już nie chichot historii, lecz śmiech perlisty, bo jeśli przyjąć to błędne nazewnictwo wylansowane przez propagandzistów  PRL, a trwające do dzisiaj, okaże się że III Rzeczpospolita już była w latach  1944-52,  zaś analogie z III Rzeczpospolitą po roku 1989 są uderzające. Dla rozróżnienia wprowadzę więc dodatkowe określenie „pierwsza – trzecia Rzeczpospolita Polska (I-III) i druga trzecia (II-III).

W I-III na czoło wybijało się hasło niepodległości, której gwarantem był Związek Radziecki, wolności, demokracji i sprawiedliwości społecznej. W II-III trzy pierwsze hasła pozostawały bez zmiany,  choć nie bardzo wiadomo kto miałby być gwarantem niepodległości nam ofiarowanej, zaś trzecie zostało zamienione na praworządność. O ile w I-III od początku nie miałem złudzeń i czekałem jedynie na wybuch międzynarodowego konfliktu, wszelako w II-III z początku żywiłem złudzenia w kilku kwestiach.

Tak zwane wybory kontraktowe, zresztą sfałszowane  drobnymi szwindlami w komisjach (złożyłem na ten temat oficjalne zawiadomienie w sekretariacie rzecznika  „Solidarności” Janiny Zakrzewskiej) i przez zmianę ordynacji w toku wyborów, były w istocie plebiscytem, za „drużyną Wałęsy”, lub przeciw.  Wałęsa uzgodnił skład swojej drużyny z generałem Kiszczakiem, o czym wówczas nie wiedzieliśmy. Wprawdzie znalazła się wśród nich garść ludzi uczciwych, wpisanych dla decorum, lecz całość była pod kontrolą. I tak, pierwszym prezydentem II-III Rzeczypospolitej Polskiej został znienawidzony przez większość społeczeństwa generał Jaruzelski.

Bezdyskusyjnym jest, że w I-III działacze niepodległościowi byli mordowani okrutnie, zaś w II-III tolerowani, a nawet zapraszani dla uświetnienia różnych państwowych uroczystości, aliści, są nadal elementem niepożądanym, przeznaczonym na wymarcie wraz z rodzinami, z nędzy i chorób, gdyż emerytury mają głodowe, a na leczenie ich nie stać.

W I-III R.P. ustanowiono Judeopolonię kryjącą się za fasadą państwa polskiego, zachowując jego nazwę, hymn, barwy państwowe i godło pozbawione korony. Stanowisko prezydenta objął człowiek anonimowy, o którym jedynie to można powiedzieć, że nie był tym, za kogo się podawał. Opanowali też dyktatorską partię, na I Sekretarza wysuwając goja, aby odium nie padało na Żydów. Jego następców dobierano również spośród goim. Aliści karty rozdawał Jakub Berman, mający bezpośredni dostęp do Stalina, od którego uzyskiwał aprobatę dla swoich poczynań, ponad głowami krajowych towarzyszy.

Żydzi w I-III opanowali całkowicie resort, który dla uproszczenia można określić jako „resort terroru”. Wprawdzie spłynęło do niego rozmaite plugastwo, jakiego nie brak w żadnym społeczeństwie, ale ta szumowina pełniła na początku wyłącznie podrzędne funkcje. Żydzi zgodnie z biblijną zasadą  mordowali swoich wrogów, a za takich uważali wszystkich, których można było posądzić o uczucia narodowo-patriotyczne. Wobec aresztowanych stosowali okrutne, wymyślne tortury, służące zaspokojeniu ich sadystycznych skłonności. Można sobie wyobrazić, że przechwalali się między sobą pomysłami tortur, które określali w ubeckim żargonie jako „czulent”, co jest nazwą ulubionego żydowskiego przysmaku.

W ciągu tych pięćdziesięciu lat dzielących II-III R.P. od I-III, nastąpiło sporo zawirowań, ówczesna szumowina dosłużyła się wysokich stopni w policji, a dzieci i wnuki niegdysiejszych oprawców stały się osobami wpływowymi. Wprawdzie procentowy udział Żydów w resorcie i we władzach zmniejszył się znacznie, to linia polityki wewnętrznej wytyczona w I-III, jest w II-III przestrzegana skrupulatnie. Za największego wroga Polski został oficjalnie uznany „polski nacjonalizm” co powoduje liczne konsekwencje.

W I-III R.P. obywatele z wszystkich warstw społecznych mieli wrogi i lekceważący stosunek do władzy ustanowionej przy pomocy terroru, przewagi militarnej i kłamliwej propagandy. W latach siedemdziesiątych, pracując w FSO, zetknąłem się ze Stefanem Kowalem, byłym członkiem „Czwartaków” AL., a później z oficerem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, opowiadał, że jego żołnierze byli bezużyteczni w walce z polskimi oddziałami leśnymi, gdyż poddawali się do niewoli, zaś Polacy po odebraniu im broni, puszczali ich wolno. Część z nich przy tej okazji dezerterowała i pozostawała w leśnym oddziale. Natomiast w walce z UPA walczyli naprawdę, gdyż Ukraińcy mordowali jeńców, często okrutnie.

Aliści, władza przejmując nowe obszary życia publicznego i prywatnego, umacniała się coraz bardziej. Z początku zabierając fabryki i majątki rolne, była największym, a następnie likwidując handel prywatny, usługi i rzemiosło, jedynym pracodawcą. Zagrabiła również majątki spółdzielń i komunalne. Przetrwali niektórzy lekarze, zatrudnieni w państwowej służbie zdrowia, lecz prowadzący również prywatną praktykę i adwokaci, do czasu utworzenia zespołów. Nie można więc już było prosperować obok władzy, lecz trzeba było wejść w układ pracowniczy z państwem.

Pierwsi zaczęli łasić się do władzy literaci, jedynego w Polsce mecenasa, którego gustom należało się przypodobać, choć oczywiście nie wszyscy. Nie upokorzył się Staff, Iłłakowiczówna, Parandowski, który zaprzestał pisanie powieści a zajął się mitologią, Szaniawski gnębiony podatkami i żyjący w nędzy. Zofia Kossak, ukrywała się przez czas jakiś pod fałszywym nazwiskiem w Częstochowie. Byłem wówczas uczniem szkoły podstawowej „Nauka i Praca”, prowadzonej przez panią Marię Rymkiewicz, należącą do sióstr Ukrytek. Widywałem wówczas panią Weronikę, nie mając zielonego pojęcia kim jest naprawdę. Została aresztowana za udział w konspiracji, a ściśle biorąc za utworzenie „Żegoty”, będącej agendą Delegatury Rządu na Kraj, była osobą zbyt popularną, aby móc długo się ukrywać. Stała się wówczas rzecz niesłychana. Jakub Berman, dyktator Judeopolonii, włączył ją wraz z jej córką  w skład misji zagranicznej PCK, wydał im paszporty i ostrzegł, że powrót do Polski grozi jej ponownym aresztowaniem, z najgorszymi konsekwencjami. Legalny przyjazd z Polski stał się powodem wrogości i towarzyskiego bojkotu ze strony polskich emigrantów w Londynie do którego przybyły. Dołączył do nich wkrótce mąż Zofii, który wojnę przebył w oflagu i syn powstaniec warszawski, obydwaj byli w II Korpusie Andersa. Sytuacja byłaby beznadziejna, gdyby nie to, iż w czasie wojny ukazało się wiele tłumaczeń powieści Zofii Kossak, za które odebrała  honoraria z wydawnictw. To wystarczyło na zakup przez państwa Szatkowskich farmy w Anglii, która dzięki ciężkiej pracy na roli dała im utrzymanie przez jedenaście lat, aż do powrotu do Polski, do której mogli wrócić po październiku ’56.

W tych latach powojennych na emigracji pozostali poeci – Wierzyński, Hemar, Lechoń,  oraz znacznie liczniejsza grupa prozaików i krytyków literackich, a także historyków – Wańkowicz , Józef i Stanisław Mackiewicze, Zbigniew i Andrzej Stypułowscy po brawurowej ucieczce z Polski, Gombrowicz, Czarnyszewicz, Romanowiczowa, Herling-Grudziński,  Krakowiecki, Czuchnowski, Obertyńska, Naglerowa, Czapski, Parnicki, Pobóg-Malinowski, Grydzewski i Giedroyć.

W Kraju na salony wstąpił Iwaszkiewicz imponujący partyjnym prostakom swoją wielkopańskością, a z drugiej strony Putrament przybyły do Polski wraz z Armią Czerwoną. Mecenas, którym była władza państwowa wymagał od poetów  czołobitnego wiersza o Stalinie, bądź Kraju Rad, zaś od prozaików naplucia na Polskę sanacyjną, bądź Armię Krajową. Wszyscy wywiązywali się skrupulatnie z tego zadania, zaś Dąbrowska, która również znalazła się w tym towarzystwie, żyła w blasku swojej przedwojennej powieści „Noce i Dnie”, a pisała jedynie do szuflady dzienniczek, w którym opisywała bieżące wydarzenia. Dopiero w roku 1955 opublikowała dwa kiepskie opowiadania manierą socrealizmu. Garstka pisarzy zajęła się tematyką historyczną z epoki Piastów, co było dobrze widziane przez władze i zwalniało od obowiązku gloryfikacji Polski ludowej i umiłowanego sojusznika. Należy wszakże pamiętać, że sytuacja jaką opisuję wytworzyła się po roku 1947, który był przełomowym pod wieloma względami.  Na początku I-III R.P. opublikowano w tygodnikach ilustrowanych sporo rzetelnych materiałów na temat Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, z okupowanej Warszawy i Powstania, oraz wydano parę powieści i wierszy, Oczywiście zakazane były publikacje o tematyce kresowej, a plugawa antynarodowa propaganda pleniła się coraz obficiej, stanowiąc odrębny nurt.

 

V.

 

W ideologicznej walce o duszę Narodu literaci odegrali w I-III R.P. obrzydliwą a zarazem niezmiernie szkodliwą rolę. Można zrozumieć, że chcieli aby ich książki były wydawane, a zatem godzili się na zamieszczanie w nich drobnych, jak im się zdawało, kłamstw godzących w  dobre imię Polski i Polaków. Istnieje takie powiedzenie, że coś jest „brzydkie jak grzech powszedni”. Grzech śmiertelny może być popełniony z różnych pobudek i często można je zrozumieć, a nawet wybaczyć, natomiast grzech pospolity wynika z niskich  pobudek świadczących o braku charakteru. Czy literaci zdawali sobie sprawę z rozmiarów destrukcji jaką powodowali w umysłach? Zapewne nie, gdyż porównując się z prostackimi agitatorami, uznawali się za lepszych od nich, bo starali się przemycić w swoich utworach jakąś część prawdy. Aliści, nachalnym propagandzistom nikt nie wierzył, zaś oni chcieli zainteresować czytelnika fabułą, do której wtrącali różne kłamstwa oddziałujące na jego podświadomość. Dobrym przykładem jest Czesław Miłosz, chwalca komunistycznego reżimu I-III R.P. Czerpał z tego ogromne korzyści, łącznie z karierą dyplomatyczną. A kiedy zdecydował się pozostać na Zachodzie po uzyskaniu azylu i został przygarnięty przez Giedrojcia, postać pod wieloma względami dwuznaczną, opublikował książkę „Zniewolony umysł”, w której opisał czterech swoich dotychczasowych przyjaciół, literatów zaprzedanych reżimowi I-III R.P., a wśród nich nie odnalazł siebie – on był ponad nimi, obiektywnym obserwatorem i sędzią. Wśród tej czwórki znalazł się Jerzy Andrzejewski, jego najbliższy przyjaciel, jeszcze z czasów okupacji niemieckiej w Warszawie. Po Powstaniu (a co robili podczas Powstania?) znaleźli się obaj w Krakowie i zamieszkali razem. Okna ich mieszkania wychodziły na więzienie Montelupich, przepełnione uwięzionymi tam  chłopcami z A.K. Miłosz czyni z tego Andrzejewskiemu zarzut, iż ten, był wówczas w trakcie pisania swojej antyakowskiej powieści „Popiół i diament”.

Andrzejewski przed wojną był młodym pisarzem katolickim, autorem nowel pod wspólnym tytułem „Drogi nieuniknione” i powieści „Ład serca”. Był też członkiem redakcji skrajnie narodowego, oenerowskiego tygodnika „Prosto z mostu”. Zdrada, jakiej się dopuścił wobec dotychczasowych poglądów, była dla wielu jego czytelników przykrym zaskoczeniem. Zwłaszcza, że oprócz tej antyakowskiej powieści równolegle opublikował kilka obrzydliwych opowiadań o tematyce okupacyjnej, wykpiwających Polaków jako spekulantów, nieudacznych konspiratorów, a także jako wrogów żydostwa, pod wspólnym tytułem „Noc”.

Poznałem Andrzejewskiego wiele lat później, w roku 1957 u Fukiera, którego obaj byliśmy częstymi bywalcami. Przedstawił mnie Bogdan Dworak, a może Jurek Makarczyk, a może obaj. Andrzejewski był wówczas po dokonaniu kolejnej wolty ideowej, gdyż w roku 1956 odesłał do KC swoją legitymację partyjną. W niczym mu to nie zaszkodziło, gdyż nadal „Popiół i diament” znajdował się na czele obowiązkowych lektur szkolnych, miał liczne spotkania autorskie, dające dodatkowy dochód, obok honorariów literackich, a mieszkał w apartamencie na Pradze, zajmowanym uprzednio przez Bieruta.  Prowadził wówczas życie bon vivanta, a mówił o sobie per „dziecko szczęścia”, co było określeniem trafnym. O swojej powieści mówił, że miała mu otworzyć literacką karierę. Tak też się stało, zaś jego powieść i plugawe opowiadania wytyczyły drogę reżimowym pisarzom. Był bardzo inteligentny, więc zdawał sobie z tego sprawę, lecz jako sybaryta nie przejmował się tym zbytnio. Uważał to za zamknięty okres swojego życia i twórczości.

Na podstawie powieści „Popiół i diament” Wajda nakręcił film „kultowy” (nie było wówczas tego określenia) według scenariusza napisanego wspólnie z Andrzejewskim. Ten film zapoczątkował karierę Wajdy uznanego za twórcę polskiej szkoły filmowej. Również od tego filmu rozpoczęła się wspaniała kariera Zbyszka Cybulskiego, który stał się bożyszczem pań i podlotków. Jako akowiec umiera w konwulsjach na śmietnisku, słusznie, gdyż taki los czekał każdego bandytę z lasu, który ośmielił się podnieść rękę na władzę ludową. Andrzejewski swoją powieścią i plugawymi opowiadaniami, wyznaczył kierunki obowiązujące w literaturze zwanej piękną, a Wajda w filmie, były to zresztą te same kryteria. Kierowali się nimi twórcy w I-III, w PRL i w II-III Rzeczypospolitej.

Film fabularny nie zalicza się do literatury, wymyślono dla niego jakąś X Muzę. Niesłusznie, bo kwestia jest jedynie w odmienności środków wyrazu.  Film przy pomocy obrazów zastępuje opisy literatury drukowanej, a bardziej oddziałuje na emocje widza, niż czytelnika słowa drukowanego.

Spójrzmy jakie kryteria obowiązywały literaturę piękną i film fabularny w Rzeczypospolitej Polskiej vel I-III R.P., alias Judeopolonii. Zastanówmy się co obowiązuje w II-III, alias …  Kardynalną zasadą jest, że o Żydach nie wolno mówić źle, ani nie wolno mówić dobrze o Polakach. Pojęcie szlachetnego Polaka nie istnieje- to oksymoron. Polak to prostak i głupiec, albo reakcjonista, który w rezultacie również okazuje się głupcem.

Niedziwota, że przy zachowaniu takiego kryterium nie powstała w Kraju żadna powieść wysokiego lotu, w żadnej nie ukazano szlachetnego Polaka, naszej walki o niepodległość (bohaterowie  jeśli walczyli to o Polskę Ludową) ani naszej martyrologii, choć tu istnieje wyjątek, bo kilkoro pisarzy podjęło w pierwszych latach powojennych tematykę obozową, a dołączył do nich później Grzesiuk.

Truizmem jest stwierdzenie, że władza I-III Rzeczypospolitej Polskiej wprowadzona została czołgami Armii Czerwonej, zaś ugruntowała się terrorem i kłamstwem, lecz mało kto zastanawia się jak wielki udział w szerzeniu kłamstwa mieli krajowi literaci przedstawiający całkowicie fałszywy obraz polskiego społeczeństwa. Niebywałym było postępowanie komunistycznego pisarza Leona Kruczkowskiego, który zaczął przerabiać w duchu proletariackim dramaty nieżyjących już uznanych autorów, Gabrieli Zapolskiej i Stefana Żeromskiego. Zapolska uważana była za pisarkę atakującą bezpardonowo mieszczańską, zakłamaną moralność, a Żeromski za pisarza mającego bolszewickie poglądy. I oto Kruczkowski uznał ich dramaty za zbyt mało radykalne i teatry zaczęły wystawiać ich sztuki ze zmienionym zakończeniem, wyrażającym pointę utworu. Wiele lat później podobnego zabiegu dopuścił się Wajda na pięknej pozytywistycznej powieści Reymonta „Ziemia Obiecana”, w filmie pod tym samym tytułem, w którym pozostawił jedynie nazwiska bohaterów powieści , zaś film jest odwróceniem myśli autora, pozytywne obrazki zamienił na negatywy, a film, który zapewnił mu sławę na Zachodzie jest wielkim, kłamliwym oskarżeniem Polaków.

W tej całej masie filmów mających nauczyć Polaków właściwego ideologicznego myślenia, przebiły się w PRL cztery jaskółki o początku II Wojny Światowej, a mianowicie „Westerplatte”, „Orzeł” „Wolne miasto” i „Hubal”. Były to filmy oddające sprawiedliwość polskim żołnierzom, również tym, którym przyszło walczyć bez munduru, budzące w widzach poczucie dumy narodowej. Aliści, jak na siedemdziesiąt lat produkcji filmu polskiego, jest to liczba żenująca. Nie powstał bowiem ani jeden rzetelny film na temat Polaków walczących w Kraju o niepodległość Narodu, ani o Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Do filmów patriotycznych zaliczyłbym  film „Agent  Nr.1” o Jerzym Szajnowiczu-Iwanowie, zagranym brawurowo przez Karola Strasburgera,  gdyby nie to, że fabuła słaba zresztą, odnosi się jedynie do brytyjskiego epizodu z życia Szajnowicza.

Jeszcze gorzej jest z serialami, wywierającymi znacznie większy wpływ na widza, mającymi narzucić mu sposób myślenia pożądany przez władze. Seriale są rozwlekłą narracją do której można po kropelce sączyć treści propagandowe. Ten cykl otwiera „Czterech pancernych”, zakłamana opowieść o braterstwie broni. Jej sympatyczni bohaterowie nie wrócili po wojnie do domu, ich jednostka walczyła po wojnie,  w składzie wojsk KBW, z polskimi żołnierzami niezłomnymi. Po „Czterech pancernych” łatwo już było nakręcić  „Stawkę większą niż życie”, o kapitanie Klosssie  sowieckim agencie współpracującym z polskim podziemiem, oczywiście komunistycznym, bo innego wszakże niebyło. Wyjątkowo szkodliwym serialem był nakręcony według obrzydliwej powieści Bratnego, „Kolumbowie rocznik 20”, pod tym samym tytułem. Bazował na sentymentach czytelników i widzów do AK i do Powstania. Bohaterowie powieści i serialu  nie są ludźmi mocnego, ukształtowanego charakteru, lecz grupą cwaniaków, ukazanych na tle  okupowanej Warszawy, Powstania i I-III R.P. Prawda zmieszana jest z fałszem, co jest zabiegiem perfidnym. W Powstaniu Bratny zamieścił epizod zastrzelenia dwóch jeńców niemieckich  przez konwojujących ich akowców. Z pełną odpowiedzialnością za słowo,  mogę stwierdzić, że jest to wierutne łgarstwo autora, gdyż takie rzeczy po prostu się nie zdarzały. Aliści, Bratny stara się zohydzić naszych bohaterów narodowych i czyni to konsekwentnie w toku swojej narracji. W książce obejmującej czasy powojenne jeden z jego bohaterów zostaje oficerem KBW gromiącym leśne bandy, drugi redaktorem polskiego radia, a trzeci złodziejem na wielką skalę i ten jako jedyny trafia do więzienia. Pozostali żyją na Zachodzie i tam zajmują się przemytem i spekulacją. Publiczność wychowana na poprzednich serialach odbiera ten film entuzjastycznie, a nawet przyjmuje określenie „pokolenia Kolumbów”, wymazując z własnej świadomości określenie „pokolenia  kamieni na szaniec”. Całkowitym  odlotem od rzeczywistości jest serial „Polskie drogi” w którym zagrał Strasburger, a partnerował mu Kaczor. Ten pierwszy jest podchorążym, zabłąkaną owcą po kampanii wrześniowej szukającą kontaktu z podziemiem, ale na szczęście trafia do komunistów. Nie ważne, że wówczas komuniści kolaborowali z Niemcami, sojusznikami Związku Sowieckiego, a zastrzeżenia z mojej strony są małostkowym czepianiem się drobiazgów, ważne że akcja toczy się wartko i obfituje w liczne wątki, prawdziwe i nieprawdziwe. Drugim z bohaterów jest spekulant o złotym sercu. Obaj, Srasburger i Kaczor, zaskarbiają sobie sympatię widzów,  aby stać się wzorcem osobowym dla Polaków. Jeden to podchorąży opowiadający się po „słusznej stronie”, a drugi to cwaniak i kombinator.

W PRL wyprodukowano kilkanaście seriali, nie będę ich tu wyliczał, bo nie o to mi chodzi, ale jeden z nich warto przypomnieć, a mianowicie „Karierę Nikodema Dyzmy”. Cenzura zapewne  potraktowała go jako krytykę ustroju  przedwojennej Polski. Nic podobnego! Genialna powieść Dołęgi Mostowicza, którą wpisał się między najwybitniejszych autorów XX wieku , jest ponadczasowa, oderwana od politycznych realiów.  Wszystkie występujące w niej postacie są fikcyjne, ale stanowią doskonały wzorzec, który wystąpić mógłby w dowolnym kraju, choć oczywiście odnosi się do Polski współczesnej Dołędze Mostowiczowi. Scenariusz skonstruowany został doskonale, Wilhelmi kreujący tytułowego bohatera zagrał koncertowo, a wszyscy aktorzy, którzy mu partnerowali byli znakomici.

Wydawać by się mogło, że przynajmniej komedie wnieść mogły nieco świeżego powiewu w zatęchłą atmosferę PRL, lecz na tym odcinku panowała posucha. Dobre komedie, wolne od polityki, były trzy – „Brunet wieczorową porą”, „Halo Szpicbródka” i „Lata dwudzieste, lata trzydzieste”, którą śmiało porównać można pod względem mistrzostwa do „Kariery Nikodema Dyzmy”. Pozostałe filmy i seriale, zawierały wprawdzie zabawne scenki, lecz nastawione były na krytykę różnych przejawów życia publicznego, nie kwestionującą, rzecz jasna, przewodniej roli partii. Utwierdzały widzów w poczuciu beznadziejności i bezsensu, a nie dawały impulsu działania w kierunku zmian. Mnie bawiły umiarkowanie, zaś do powszechnie uznanego mistrza gatunku, Stanisława Barei, mam stosunek sceptyczny, gdyż w jego twórczości dostrzegam wentyl bezpieczeństwa chroniący władzę przed sfrustrowanym Narodem.

W II-III R.P. telewizja chętnie wyświetla filmy Barei, zaś agitatorzy puszczają ich fragmenty dla ośmieszenia „słusznie minionej epoki”. To wyświechtany zabieg propagandowy, lecz kij propagandy ma drugi koniec – coraz więcej widzów dostrzega, że absurdy i arogancja układów PRL wcale się nie skończyły – przeciwnie, umocniły się bardzo. A co telewizja proponuje nam obok bieżącej produkcji seriali ukazujących landrynkową, wirtualną rzeczywistość?  Najczęściej wznawiane są owe dwa nieśmiertelne seriale „Czterej pancerni” i „Kloss”.

VI

 

Moja koleżanka Grażyna Gęsicka, z którą w latach osiemdziesiątych wymieniałem informacje i materiały konspiracyjne, podczas obrad Okrągłego Stołu zasiadała przy „stoliku związkowym”. Obok głównego stołu przy którym odbywało się wielkie widowisko, utworzono stoliki tematyczne, przygotowujące materiał do obrad. Stolikowi związkowemu przewodniczył Tadeusz Mazowiecki. Po paru dniach pracy nad różnymi zagadnieniami związkowymi, Mazowiecki zwrócił się do niej z poleceniem opracowania struktury „Solidarności”, tak aby decyzje zapadały centralnie, zaś struktury terenowe pełniły jedynie funkcje wykonawcze. – Nic takiego nie opracuję – powiedziała Grażyna – gdyż jestem przeciwnego zdania, a mianowicie, że „Solidarność” należy budować od dołu, od działaczy terenowych. – Nie masz tu nic do powiedzenia, bo taka decyzja już została uzgodniona na górze. – No skoro tak – powiedziała Grażyna – to nie widzę powodu dla którego mnie tu zaprosiłeś. Nie mam tu nic do roboty.

Kiedy już wychodziła, podszedł do niej Alojzy Pietrzyk, przewodniczący stolikowi górniczemu, prosząc by siadła z nimi, bo oni gubią się w przepisach. Tak się też stało i Grażyna zachowując wciąż ważną akredytację, pracowała do końca przy stoliku górniczym. Z racji moich radykalnych poglądów, byłem przeciwnikiem  wszelkich kompromisów z komunistami i dyskutowałem na ten temat z Grażyną, która była zdania, że pertraktacjami należy wyrwać komuchom co się da.

Wkrótce odbyły się sfałszowane częściowe wybory do parlamentu, zwane kontraktowymi i desygnowanie Jaruzelskiego na prezydenta, a Mazowieckiego na premiera. Nastąpiły wówczas radykalne posunięcia rządu rujnujące polską gospodarkę i likwidujące bezpieczeństwo socjalne, a równocześnie zaostrzenie przepisów prawa pracy niekorzystne dla pracowników. Kilkaset najlepszych zakładów przemysłowych, zasilających wydatnie budżet państwa, przekazano za przysłowiowy „psi grosz” zagranicznemu kapitałowi, który większość z nich zlikwidował rabując maszyny i urządzenia, podobnie „sprywatyzowano” Fundusz Wczasów Pracowniczych , a Państwowe Gospodarstwa Rolne przekazano Agencji Rynku Rolnego, która zaprzestała produkcji, natomiast ograbiła je z maszyn i sprzętu. Likwidacja Państwowego Monopolu Spirytusowego, a jednocześnie kilkakrotne wprowadzenie „wakacji celnych”, podczas których wjeżdżały do Polski tysiące nie oclonych ciężarówek wypełnionych zagranicznymi alkoholami , rujnowało dodatkowo budżet państwa.

Wszystko to działo się w myśl hasła o likwidacji komunizmu, którego w Polsce nie było („upadł komunizm” – obwieściła w telewizji popularna aktorka) a wprowadzenia ustroju kapitalistycznego. Do tego potrzebni byli rodzimi kapitaliści, a tworzono ich według wskazówki ówczesnego prezesa Kongresu Liberałów iż „pierwszy milion trzeba ukraść”. Byli komuniści w nowych warunkach mieli się świetnie, zaś resort bezpieczeństwa, wywiad i inne organa służące do nadzoru obywateli, umocniły się znacznie. Nikt nie zapytał Polaków, w powszechnym referendum, czy chcieliby zmiany ustroju i czy akceptują poczynania władz, gdyż „starsi i mądrzejsi” jak to określa mój ulubiony felietonista, zadecydowali za nich. Ja usiłowałem się wówczas przebić ze swoimi krytycznymi felietonami do kilku redakcji solidarnościowych i katolickich, ale spotykałem się z grzecznymi wyjaśnieniami, że są sprzeczne z polityką redakcji . Nad władzą został rozpięty parasol ochronny „Solidarności”,  którego by nie było, gdyby Grażynie Gęsickiej udało się przy Okrągłym stole przeforsować własną koncepcję, co było wszakże niemożliwe, gdyż jak jej to powiedział Mazowiecki, zapadły inne uzgodnienia na górze.

 

VII

 

Ramy rozdziału nie pozwoliły mi na zamieszczenie kilku ważnych wątków, a także na należyte rozwinięcie pozostałych. Rozpocząłem od kwestii Judeopolonii ustanowionej w I-III Rzeczypospolitej, przez terror, eksterminację Polaków będącą zbrodnią ludobójstwa Narodu, zagrabienie polskich majątków rolnych, przemysłu, likwidację handlu, rzemiosła i usług, przez system podatkowy uniemożliwiający gospodarczą działalność  prywatną. Niezmiernie istotny element stanowiła propaganda przedstawiająca Żydów jako ofiary wojny, zaś Polaków jako morderców kolaborujących z Niemcami, bądź mordujących na własną rękę. Miała na celu wywołanie w Polakach poczucia winy i utratę godności narodowej. W PRL, gdy po październiku’56 zaczęto pisać, że istniał jakiś ruch oporu (a cóż to za mylące określenie, w Polsce istniało Państwo Podziemne obejmujące wszystkie dziedziny życia publicznego i  własną Armię Krajową) propaganda wylansowała pojęcie „biernych Polaków” i zagadnienie działalności konspiracyjnej  sprowadziła do tego czy była obojętna na los Żydów, czy skierowana na ratowanie ich. Siedemdziesięcioletni trening myśli doprowadził do tego, że zwyczajny zjadacz chleba  zapytany o to,  kogo obejmowała zagłada, odpowie że Żydów, a kilka milionów polskich ofiar, nie przyjdzie mu na myśl. Posłużę się przykładem pewnej mojej znajomej w moim wieku, pochodzącej z inteligenckiej rodziny, mającej ukończone wyższe studia zwieńczone tytułem naukowym, która w rozmowie powiedziała jakieś piramidalne kłamstwo odnoszące się do naszej historii najnowszej. – Skąd ci to przyszło do głowy? – Spytałem zdumiony. – Wiem o tym z telewizji – odpowiedziała. Z dalszej rozmowy wynikło, że nie potrafi rozróżnić programów publicystycznych, od fabularnych – ona po prostu wie. W II-III Rzeczypospolitej obowiązują zasady ustalone przez żydowską propagandę w I-III R.P. – „Jak najlepiej o Żydach, a nic dobrego o Polakach”. Z budżetu państwa finansowana jest antypolska produkcja filmowa i tych filmów jest coraz więcej. Kłamliwa nauka historii w szkole, w I-III R.P. i w PRL, została w II-III zlikwidowana.

Wybitnie szkodliwą rolę odegrała „Kultura” Giedroycia publikująca poglądy Mieroszewskiego. Przemycaną do Polski i rozsyłaną oficjalnie do bibliotek szkół wyższych. „Kulturę „ paryską czytaliśmy jako „głos z wolnego Świata”.  Aliści. Publicystyki tam zawartej, nie należało przyjmować jak Ewangelię. Mieroszewski z Giedroyciem wylansowali bezdennie głupi slogan: „Nie ma wolnej Polski, bez wolnej Ukrainy, a wolnej Ukrainy, bez wolnej Polski”. Ten slogan zapadł głęboko w umysły tak zwanych polityków. Piszę „tak zwanych”, gdyż jest to klasa pasożytnicza, żerująca na ciele coraz to bardziej wycieńczonej Ojczyzny,  nie mająca pojęcia jak należałoby prowadzić politykę wewnętrzną i zagraniczną. Kiedy w roku 1990 w krajach bałtyckich utworzono łańcuch rąk w proteście przeciwko ustaleniom z Jałty, myślałem naiwnie, że rząd i parlament Polski podniesie kwestię Wilna i Lwowa, bo pora była ku temu odpowiednia. W roku następnym wyzwoliły się tak zwane „państwa bałtyckie”. To nazewnictwo zostało przejęte od Sowietów, określających te kraje jako Pribaltika. Państwami bałtyckimi jest Szwecja, Polska, Dania, Niemcy, Finlandia, a w następnej kolejności Estonia, Łotwa i Litwa. Po wyzwoleniu się Litwy i Ukrainy, Polscy „politycy”, którzy uznali jako pierwsi ich niepodległość, pojechali do tych państw po ordery, co jest haniebne w aspekcie nieuregulowanych spraw polskich.  Nie chodzi mi o podjęcie próby zbrojnego odzyskania tych miast, lokalne wojny nie byłyby w interesie Polski,  ale o przedstawienie naszych roszczeń, których rozwiązanie traktatowe byłoby korzystne dla mieszkających tam Polaków,  opuszczonych przez władze II-III R.P. i znajdujących się w opresji prześladowań ze strony rozzuchwalonych rządów nacjonalistów litewskich i ukraińskich.

Historia należy do nauk humanistycznych, w krajach romańskich i anglosaskich  określanych jako lettres, czyli literatura, w odróżnieniu od science, czyli nauki na określonych zasadach, jest nauką par excellence polityczną. Tak było w Starożytności, w Średniowieczu i w następnych epokach, aż do obecnej. Dobrze, aby zawierała prawdziwe fakty, ale ich dobór i interpretacja należą do autora. W Polsce w ostatnich latach powstało wiele cennych pozycji literatury historycznej, publikujących rzetelne fakty,  brak jest natomiast ogólnego opracowania, które by te fakty zebrało i opatrzyło politycznym komentarzem. Polscy czytelnicy literatury historycznej, są jak ci „straszni mieszczanie” z wiersza Tuwima: „I oto idą, zapięci szczelnie, patrzą na prawo, patrzą na lewo, A patrząc – widzą wszystko oddzielnie: że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…” W dodatku, rzetelne fakty  mają tą słabość, że zawsze można im przeciwstawić żydowskie brednie i wówczas stają się „kontrowersyjne”.

Z politowaniem obserwuję  bezskuteczne zabiegi różnych szlachetnych osób, starających się wyplenić, panoszący się na Zachodzie termin: „polskie obozy koncentracyjne”. Oczywiście sądy II-III R.P. nie przyznają im racji, bo w sporze Polaka z cudzoziemcem, zawsze rozstrzygają na korzyść tego  drugiego.  Na ich użytek utworzono nawet dziwaczną nazwę: „ Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau”. Był to obóz niemiecki, wkomponowany w strukturę państwa niemieckiego. Polska we wrześniu 1939 nie została napadnięta przez nazistów ( zielone ludziki) ale przez niemiecką armię. Potworne zbrodnie na Polakach podczas niemieckiej (niemieckiej, nie nazistowskiej) okupacji były dziełem Niemców ze wszystkich formacji wojskowych i policyjnych. Oświęcim jest nie zagojoną raną, dlaczegóż mielibyśmy nazywać go jak Niemcy Auschwitz. Może więc powinniśmy mówić o zbrodniach niemieckich w Bromberg, Danzig, Palmyren?! W celu upodlenia Polaków, Putin pomijając udział Polski w II Wojnie Światowej wymyślił jakichś niemieckich antyfaszystów. Takich w ogóle nie było, gdyż w Niemczech nie było faszyzmu. Spiskowcy, którzy przeprowadzili nieudany zamach na Hitlera, chcieli go usunąć, aby zawrzeć pokój, ustanawiający granicę ze Związkiem Sowieckim według linii  wytyczonej przez traktat Ribbentrop-Mołotow. Czy było to realne? Przekonalibyśmy się, gdyby zamach się udał. W Polsce afront Putina nie wzbudził echa. Nie zareagowali, pożal się Boże „politycy”,  skoncentrowani na  łupieniu budżetu państwa i wyprzedaży majątku narodowego. Nie interesują się losem współobywateli, a dbają jedynie o złodziejskie zarobki swoich popleczników, więc dlaczegóż mieliby zadbać o godność Polaków. Nie podniosła też głowy opozycja, znająca swoje miejsce w szeregu, a społeczeństwo trenowane od ponad pół wieku w poprawnym myśleniu, nie dostrzegło w tym  nic niewłaściwego.

Górale mają takie znakomite powiedzonko: „to prawda, ale nie bardzo”. Niektórzy nasi „straszni mieszczanie” całe zło przypisują Żydom, dążącym do panowania nad Światem. Inni międzynarodowemu kapitałowi (zresztą, głównie żydowskiemu). Wystarczy rozejrzeć się po  okolicy, aby stwierdzić jak wiele fabryk, warsztatów, zakładów usługowych i sklepów zostało zamkniętych, a jak wiele rozpanoszyło się banków, celnie nazwanych przez Marksa „świątyniami pieniądza”, nie przysparzających dochodu narodowego, a utrzymujących się z lichwy, spekulacji i innej pasożytniczej działalności.  Są tacy, którzy całe zło przypisują  masonom, którzy za główne swoje  zadanie stawiają walkę z Kościołem katolickim i ze starym porządkiem, szerząc idee liberalne i libertyńskie, relatywizmu, oraz fałszywie pojmowanej wolności i demokracji,  będącej w swojej istocie kleptokracją.  Nie można pominąć komunistów, wpływów lewicy i lewactwa. Można wymienić korporacje monopolizujące rynek, reklamy wliczane w koszta produkcji odliczane od podatku, a stanowiące sposób prania pieniędzy, co w dochód państwa uderza dwukrotnie, finansującą  mass media  szerzące szkodliwą dla społeczeństwa propagandę. Można doliczyć wszechobecną korupcję, a także produkowanie tandety, przeznaczonej do szybkiego zużycia i konieczności zakupu nowej. Słowem, można wiele dorzucić, lecz trzeba ogarnąć zagadnienie w całości, by stwierdzić, że wszystkie te  czynniki składają się na chwałę szatana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział czwarty UPADEK

I. Klęska cywilizacji białego człowieka, był triumfem szatana.Szatan zawsze szuka wśród ludzi, a nader często znajduje, wykonawców swoich zamierzeń. Wspiera ich dopóki są mu użytecznymi. Trocki, Lenin, Stalin byli wykonawcami jego zamierzeń, wśród których znajdowało się unicestwienie Polski, państwa zamieszkanego przez prawych katolików, zahartowanych w krwawych bojach o niepodległość. W zorganizowanej przez niego wyprawie przeciwko Polsce w roku 1920, hart ducha Polaków, odwołanie się do pomocy Matki Bożej, przezwyciężył szatańskie zakusy, mimo że w swoich zmaganiach była całkowicie odosobniona, choć należy pamiętać, iż Węgrzy w przeddzień krytycznego momentu przyszli nam z pomocą. Aliści, szatan ma czas, nie liczony w latach, czy dziesięcioleciach, ale w perspektywie dziejów. Szatan, który poniósł porażkę w roku 1920, poszukał sobie lepszych wykonawców, niż Trocki i Lenin.

Stalin realizował plany szatana w Rosji, mordując i wyniszczając głodem liczne rzesze obywateli, a w Niemczech doszedł do władzy Hitler, nowe jego narzędzie. Byli to główni, lecz nie jedyni wykonawcy szatańskiego planu. We Francji pojawiła się grupa osób wpływowych i innych polityków tak liczna, że nie warto ich z nazwiska wymieniać, w Anglii dwóch kolejnych premierów, Chamberlain i Churchill, a w USA dwóch kolejnych prezydentów, Roosevelt i Truman, którzy dołączyli do tego towarzystwa już podczas wojny, wszyscy oni są zbrodniarzami wojennymi, gdyż ich polityka wspierała niemieckie i sowieckie zbrodnie ludobójstwa popełnianego na Polakach.

Po wojnie, mimo szalejącego żydo-komunistycznego terroru, śpiewaliśmy na nutę lwowskiej piosenki „Tam na rogu w białej chacie”, taką optymistyczną wersję: „Jedna bomba atomowa, a powrócim się do Lwowa, druga bomba, byle silna, a pojadziem znów do Wilna”. Naiwni, bo nasze losy były już przesadzone, a wszakże już tych bomb nie trzeba było zrzucać, wystarczyło nimi pogrozić, aby uzyskać od Stalina ustępstwa w kwestii granic Polski, ale Stalin był wówczas pieszczochem zachodnich demokracji.

Na marginesie, była kwestia marionetkowego rządu polskiego na emigracji, powołanego przez Francuzów i Anglików nielegalnie, gdyż z pogwałceniem prawa międzynarodowego. Ten rząd został powołany z inicjatywy polskiego Żyda, Józefa Retingera, mrocznej postaci, mającej liczne międzynarodowe koneksje. Został utworzony z jego pupili, wśród których szczególnym faworytem był Władysław Sikorski, desygnowany na premiera. Ten rząd miał zablokować legalny rząd polski, zaś Władysław Raczkiewicz powołany na prezydenta R.P. utrącić zaprzysiężonego już Wieniawe. Wystawienie owych figurantów, było jedynie częścią rozległych planów Retingera, nazywanego za plecami „kuzynkiem diabła”. To on był pomysłodawcą utworzenia Banku Światowego i grupy Bilderberg, mającej decydować o losach Świata. Kwestia „kuzynka diabła”, który wywierał zgubny wpływ na Sikorskiego (co do tego relacje są zgodne) a który przeprowadził realizację zmiany systemu bankowego, dyktującego Światu warunki egzystencji, stanowi niezmiernie ważny przyczynek do dziejów.

II Wojna Światowa była bezspornym zwycięstwem szatana, największym od czasów Oświecenia, w którym ludzie uwierzyli, że diabeł nie istnieje, a także w idee demokracji, które należy narzucić mordem i terrorem wobec opornych. Wówczas nie był to sukces zupełny, bo większość ludzi nadal wierzyła w Pana Boga, a co za tym idzie, w istnienie szatana.

II. Szatan jest mściwy, a zakarbował sobie policzek otrzymany od Polaków w roku 1920, aliści wojna 1939 nie była jego osobistą zemstą za uprzednią porażkę, lecz udaną tym razem próbą zniszczenia cywilizacji europejskiej i światowej. Wszelako, aby osiągnąć ten cel, należało uderzyć w jądro europejskiej cywilizacji, zaś tym była Polska. Nie jestem w tej opinii całkowicie odosobniony. Historyk średniego lotu, acz ulubieniec salonów, w książce „Serce Europy”, której sam tytuł jest jednoznaczny, zawarł następujące spostrzeżenie: „Pozycja Polski na arenie europejskich konfliktów jest jednym z niewielu wskaźników losu, jaki czeka cały kontynent. Każdy naród w Europie skłonny jest sądzić, że jest panem swego losu i że nawet jeśli Polska zginie, to on ocaleje. Jest to jednak największa iluzja. Agonia Polski grozi podważeniem wszystkiego. Dzwon nad Wisłą buje nam wszystkim. Polska jest bowiem miejscem, w którym najostrzej zderzają się rywalizujące kultury i filozofie naszego kontynentu, gdzie europejski dramat rozgrywa się na ciele i na duszy wielkiego narodu. Polska nie jest martwym ciałem, ani wyrostkiem Europy: jest jej s e r c e m”.

III. „Wielka Trójka” była przeświadczona, że wygrała wojnę, a w istocie wygrał ją szatan. Aby się o tym przekonać, wystarczy przyjrzeć się  jej owocom. Podczas wojny został wymordowany naród polski, uległ niemal doszczętnej zagładzie. To słowo „zagłada” zawłaszczyli sobie Żydzi, fałszując sens wydarzeń. Zagłada narodu polskiego walczącego z najeźdźcami, nie może być porównywalna z eksterminacją Żydów, niezdolnych do oporu, idących jak owce na rzeź. W wyniku II Wojny Światowej została wymordowana jedna czwarta narodu polskiego. W przeciwieństwie do Żydów, gdzie mordowano masy prostaków Ostjuden znienawidzone przez Żydów europejskich i amerykańskich, gdyż psuły ich wizerunek, Polaków mordowano najbardziej wartościowych. W oczach Pana Boga to prostaczkowie są zapewne dziećmi ulubionymi, lecz inna jest ich waga w strukturze społeczeństwa, o którego wartości decydują jednostki wybitne. Z perspektywy kilkudziesięciu lat przyjęliśmy do wiadomości, że tak się to potoczyło, ale dla ludzi ówczesnych te wydarzenia były nie do pojęcia i przekraczały wszelką wyobraźnię. Nic podobnego nie wydarzyło się dotychczas w relacjach pomiędzy cywilizowanymi, europejskimi państwami. Bez wypowiedzenia wojny, przed świtem uderza na Polskę wroga armia, która otrzymała dyrektywę, aby mordować nie oszczędzając nikogo, zaś tę dyrektywę realizuje z pełną brutalną siłą. A wszakże jest to armia regularna, którą obowiązują międzynarodowe konwencje, ustalające normy obowiązujące wobec przeciwnika, jeńców, a nade wszystko ludności cywilnej. Wszystkie te normy zostały złamane. Niemcy przejawiali niezwykłą żądzę mordu, bombardując miasta nie stanowiące celów strategicznych, ostrzeliwując ludność z broni pokładowej samolotów, a na zajętych przez siebie terenach aresztując ludzi przeznaczonych do natychmiastowych masowych egzekucji. Takie postępowanie było ewenementem w skali światowej. Wprawdzie w historii zdarzały się już mordy masowe, choć nigdy dotąd na tak wielką skalę, ale to podczas wojen religijnych, stanowiących haniebną plamę w dziejach, a także podczas rewolucji francuskiej i bolszewickiej, nie kierujących się żadnymi względami prawa, lecz anarchistycznym bezprawiem. III Rzesza przeprowadzając masowe mordy w Polsce znalazła się poza kręgiem państw cywilizowanych. Co się zaś tyczy drugiego najeźdźcy, a mianowicie Sowietów, to wobec niego nie mieliśmy złudzeń – była to azjatycka dzicz, zachowująca jedynie pozory praworządności.

Francuzi i Anglicy zachowali się haniebnie nie realizując wobec Polski swych zobowiązań skoordynowanego działania wobec ewentualnej agresji Niemiec, mimo że to oni wciągnęli nas w wojnę.. Co więcej, nie uznali legalnie powołanych władz Polski, odmawiając współpracy z prezydentem Wieniawą i blokując na drodze dyplomatycznej przyjazd polskich ministrów, uwięzionych w Rumunii. Powołali natomiast własnego prezydenta R.P., Raczkiewicza i własny rząd polski, całkowicie uzależniony od siebie. A działo się to już po zdradzie w Abbewille, kiedy zdecydowali, że nie wezmą udziału w działaniach wojennych, chodziło więc o uniemożliwienie Polakom składania w tej sprawie protestów.

A tym czasem Polacy mordowani byli codziennie tysiącami. Nawet nie znamy dokładnej liczby polskich ofiar tej wojny. Wiemy, że ponad sześć milionów, że nie obejmuje morderstw dokonywanych przez NKWD w latach trzydziestych na terytorium Związku Sowieckiego, ani tych powojennych, ale o ile więcej, tego nie wiemy. Niektórzy szacują na półtora do dwóch milionów, lecz może było jedynie (!) kilkaset tysięcy. Łatwość operowania setkami tysięcy w szacunkach liczby ofiar, jest wstrząsająca.

Często spotykam się z takim zdaniem płynącym z głębokiej ignorancji, że Niemcy po wymordowaniu Żydów, mieli zacząć mordować Polaków. Jest to twierdzenie zaczerpnięte z żydowskiej propagandy, przedstawiającej ich jako główne ofiary wojny. Tymczasem prawda jest całkowicie odmienna. W pierwszym etapie wojny Żydzi mogli czuć się całkowicie bezpiecznie, gdyż Niemcy zajęci mordowaniem i wysyłaniem do obozów koncentracyjnych Polaków, nie mieli żadnej koncepcji w kwestii żydowskiej. Po ponad roku okupacji, utworzono getta, przeznaczone wszelako na przetrwanie, a nie na zagładę. Ten slogan „najpierw Żydzi, a następnie Polacy” wpisuje się w narzucane społeczeństwu fałszywe schematy myślenia.

Na szczęście w życiu jest nieco inaczej niż w grze komputerowej, gdzie wystarczy posłużyć się odpowiednimi przyciskami, aby zlikwidować miliony ludzików. W życiu wymaga to zaangażowania znacznych sił, zastosowania odpowiednie techniki i organizacji całego przedsięwzięcia. Zdawali sobie z tego sprawę Niemcy, którzy chcieli przekształcić Polaków w naród niewolników. Dlatego mordowali przede wszystkim wybitne jednostki, ludzi nauki i artystów, działaczy politycznych i społecznych, księży, nauczycieli – słowem przedstawicieli inteligencji. Pozostać przy życiu miała jedynie bezwolna masa społeczeństwa, niezdolna do oporu. Gestapo współpracowało ściśle z NKWD. Aliści, to się im nie udało. W Polsce działało zarówno dobrze zorganizowane Państwo Podziemne, obejmujące całość życia publicznego, jak Konspiracyjne Siły Zbrojne – AK, NSZ i kilka mniejszych zgrupowań podporządkowanych Kwaterze Głównej AK. A oprócz tego istniały Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie. Więc na tyn etapie Wojny Światowej, plan szatana nie w pełni się powiódł.

Aliści, w planach szatana znajdowała się nie tylko Polska, lecz Europa i cały Świat, zaś tu odniósł znaczne sukcesy. Grzech pierworodny popełniony przez Francuzów i Anglików na początku, polegający na oszukańczym pakcie z Polakami, a przez to wciągnięcie ich w konflikt z Hitlerem, przypieczętowany zdradą popełnioną w Abbeville, musiał spowodować zgubne dla nich skutki, gdyż był to układ z szatanem, a taki układ musi obrócić się przeciwko tym, którzy go zawierają. Skutki nie objawiły się od razu, z początku wydawało się, iż nieprawość weźmie górę. Wprawdzie Francja, zaatakowana przez Hitlera poddała się właściwie bez walki, skapitulowała, czym potwierdziła swoją militarną klęskę, „odwróciła sojusze” i stała się aliantem III Rzeszy, ale pod protektoratem Niemiec utworzyła Państwo Francuskie, nie nazywane już kolejną republiką, zaś okupacja niemiecka miała cechy sielanki. Wielka Brytania, na razie bezpieczna na swoich wyspach, oraz w koloniach i dominiach w krajach zamorskich, nie miała wówczas żadnych sojuszników, poza Polakami. W jednej z bitew decydujących o losach wojny w lotniczej „Bitwie o Anglię” polscy piloci okazali się najskuteczniejszymi, dzięki świetnemu wyszkoleniu, a także szaleńczej odwadze, że ich walory bojowe sławiła prasa brytyjska, zaś dla londyńczyków stali się żywą legendą. Sławą bojową okrył się wówczas dywizjon myśliwski 303, to do nich odnosiły się słowa: „to oni ocalili Anglię” i stwierdzenie Churchilla, że „jeszcze nigdy tak wiele, nie zawdzięczano tak niewielu”. Aliści,unosiła się nad tym kwestia Abbeville, Polacy nie mogli zostać uznani za najlepszego i najwierniejszego sojusznika, bo jak wytłumaczyć wówczas zdradę we wrześniu 1939 roku. Ruszyła machina propagandy pomniejszająca bojowe zasługi Polaków, a były znaczne. To Brygada Podhalańska stanowiła trzon wojsk sojuszniczych w Norwegii, a Brygada Karpacka w Tobruku. To wojsko II Korpusu Andersa przełamało linię fortyfikacji niemieckich na Półwyspie Apenińskim, zdobywając Monte Cassino, a następnie Anconę stanowiącą drugi ważny punkt niemieckiej obrony, a tam ją celowo zatrzymano, aby nie wjechała do Rzymu, co stanowiłoby sukces propagandowy. To Brygada Pancerna generała Maczka, której nie skierowano na Paryż, z tego samego względu co powstrzymało marsz generała Andersa, wyzwoliła północną Francję, Belgię i Holandię.  Już kilka lat po wojnie Holendrzy chcieli nadać wysokie odznaczenie generałowi Maczkowi, a spotkali się wówczas z gwałtownym protestem Anglii i cała ta sprawa się odwlekła. Wszelako najbardziej haniebną jest sprawa generała Sosabowskiego. Generał , jeden z najlepszych dowódców tej wojny, któremu nie dano okazji do wykazania swoich walorów w boju, był dowódcą stworzonej przez siebie Samodzielnej Brygady Spadochronowej, przeznaczonej do wsparcia armii podziemnej w Polsce, co Anglicy gwarantowali i stąd ów wyraz „samodzielna” w nazwie brygady. Jego żołnierze byli znakomicie wyszkoleni i stanowili jednostkę komandosów w sile brygady. Sosabowski był prekursorem szkolenia tego typu wojsk. Zrzuceni do Polski mogliby zaważyć na losach wojny, lecz nie leżało to w zamiarach Anglików. Samodzielna Brygada Spadochronowa została zmarnowana dla zaspokojenia chorobliwej ambicji Montgomery’ego rywalizującego z Pattonem. Dyletant Montgomery wymyślił sobie wspaniałe zwycięstwo w Holandii, które przyćmi dokonania Pattona. Cała ta akcja, spadochronowo-desantowego ataku na Holandię, nie była przygotowana logistycznie. Nie zasięgnięto informacji od holenderskiego ruchu oporu, czy są tam,a jeśli to jakie, siły niemieckie.Postanowiono po prostu zrzucić tam spadochroniarzy, którzy z łatwością zlikwidują opór niemiecki. Wykonawcą operacji nazwanej Garden Market był brytyjski dowódca wojsk spadochronowych generał Browning. Jedynym generałem w jego sztabie, który wykazywał rażące błędy i bezsens całej tej koncepcji, był Sosabowski. Podnosił też kwestię, że jego brygada ma gwarancje użycia jej w innym miejscu, a mianowicie w Polsce. Brygada, dzięki stałemu napływowi jego oficerów, zrzucanych jako „cichociemni” była niezmiernie popularna w Kraju, w warunkach konspiracyjnych wyhaftowano dla niej sztandar i przesłano do Anglii, zaś doborowy batalion harcerski przybrał nazwę „Parasol”, a Brygada nazwę „Dzieci Warszawy”. Po wybuchu Powstania oczekiwano na przybycie Brygady z dnia na dzień, a gdy pod sam koniec Amerykanie wysłali 110 superfortec nad Warszawę, wszyscy byliśmy przekonani, że jest to desant naszej brygady. Był piękny, pogodny dzień na bezchmurnym, pogodnym niebie, ukazały się srebrzyste samolociki, lecące ponad zasięgiem niemieckiej artylerii. Zrzuciły wiele kolorowych spadochronów, wyraźnie widocznych na błękicie nieba. Niemcy otworzyli do nich wściekły ogień zenitówek i karabinów maszynowych, na niebie ukazały się chmurki pocisków artyleryjskich. Modliliśmy się o ich bezpieczne lądowanie. Tym czasem okazało się, że nie są to spadochroniarze, lecz pojemniki z zaopatrzeniem, którego lwia część dostała się w ręce Niemców, panujących już wówczas nad niemal całym miastem. Oddziały polskich spadochroniarzy zostały zrzucone po trzech dniach od rozpoczęcia operacji, gdyż pogoda była niesprzyjająca. Zrzutu Polaków dokonano na zgrupowanie wojsk niemieckich co od razu postawiło ich w sytuacji beznadziejnej. W dodatku nie istniała łączność, gdyż nie sprawdzone przed zrzutem radiostacje nie funkcjonowały. Desant polskiej brygady nastąpił w chwili absolutnego chaosu, a ponad to na teren zajęty i broniony przez Niemców. więc wielu spadochroniarzy zostało wystrzelanych w powietrzu. Na ziemi, pod nieustannym zmasowanym ostrzałem, podjęli nierówną walkę z Niemcami, okupując się i utrzymując swoje pozycje, a następnie zajęli bojem pobliskie miasteczko Driel. Utknęło, błędnie zaplanowane i źle przeprowadzone natarcie sił naziemnych mające wesprzeć spadochroniarzy zbyt daleko wysuniętych na przedpole.Korzyści, jeśli w ogóle można mówić o jakichkolwiek korzyściach, okazały się niewspółmierne do poniesionych ogromnych strat. Browning nie przyjął tego do wiadomości, ale oświadczył, że zasadnicze zamierzenia zostały osiągnięte, zaś winą za poniesione straty obciążył Sosabowskiego, który od początku nie wykazywał entuzjazmu dla tego przedsięwzięcia, zażądał więc odwołania go z funkcji. Tak się też stało. Generał Sosabowski znalazł się poza wojskiem i pozbawiono go nawet należnych mu świadczeń. Zdążył jedynie pożegnać się ze swoimi żołnierzami, wzywając ich aby zachowali dyscyplinę i karnie podporządkowali się nowemu dowódcy. Ona sam, z łaski Anglików, otrzymał posadę magazyniera i podzielił los innych polskich dowódców wykonujących po wojnie różne prace fizyczne.

IV. Winstona Churchilla nie obciąża bezpośrednio perfidna gra Anglii zmierzająca do wciągnięcia Polski w śmiertelną pułapkę wojny, ani zdrada w Abbeville, gdyż wówczas na czele rządu brytyjskiego stał Artur Chamberlain, choć Churchill już wówczas zajmował w rządzie wysokie stanowisko pierwszego lorda admiralicji. Aliści, po objęciu funkcji premiera kontynuował wobec Polaków zakłamaną politykę swojego poprzednika, prowadzoną po łajdacku. Miał pełną gębę wzniosłych frazesów i obietnic bez pokrycia. Jeszcze w maju 1944 roku, a więc już po Teheranie, chociaż przed Jałtą, zapewniał Andersa, że sprawy polskiej nie porzuci. Już wcześniej deklarował, iż jest to dla niego kwestią honoru, ale zabiegał przede wszystkim o względy Stalina. Co go skłoniło w roku 1941 do zawarcia sojuszu z tym największym zbrodniarzem XX wieku jest tajemnicą jego mrocznej duszy. W 1940 roku, w „Bitwie o Anglię” polscy piloci dokonali cudów waleczności i stali się dla Brytyjczyków bogami wojny. Po latach królowa Elżbieta II powiedziała, że bez polskich pilotów nie wygralibyśmy tej decydującej batalii. Mam do niej ogromny sentyment. W domu na moim uczniowskim biurku, miałem jej fotografię, szesnastoletniej drużynowej skautek. Podczas „Bitwy o Anglię” była niewiele starsza i jak większość jej rówieśniczek widziała w polskich pilotach ucieleśnienie cnót rycerskich. To piękne, że w wieku już całkowicie dojrzałym, odczuła potrzebę serca, oddania sprawiedliwości swoim niegdysiejszym bohaterom. Ja cieszę się, bo mój wizerunek szesnastoletniej skautki nie uległ zbrukaniu polityką.

W roku 1941, Stalin chciał uderzyć na dotychczasowego sojusznika, Hitlera. Udowodnił to bezspornie, bo przy pomocy szczegółowych analiz Wiktor Suworow. Hitler zagrożony atakiem Stalina, przeprowadził swoją błyskawiczną kampanię w Związku Sowieckim. Churchill mógł wówczas pozwolić, aby oba zbrodnicze reżimy zagryzły się nawzajem.

Po odkryciu grobów katyńskich w działaniach Churchilla widać nerwowość. Usunięcie Sikorskiego, który upominał się o komisję Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, jest tego dowodem, bo rząd londyński, znajdujący się na jego garnuszku, nie był zdolny do samodzielnego działania. Churchill wykorzystał Polaków do złamania oporu niemieckiego pod Monte Cassino, a następnie w Anconie, do wyzwolenia północnej Francji. Belgii i Holandii, ale nie dotrzymał zobowiązania zrzucenia naszej Brygady Spadochronowo-desantowej w Polsce. Podobno wściekał się na Stalina, iż ten nie pozwala na lądowanie brytyjskich samolotów na sowieckich lotniskach podczas Powstania Warszawskiego. Wściekał się, no i co? Chodziło o jego zadrażnioną ambicję, gdyż Stalin ukazał mu jasno, iż nie ma tu nic do powiedzenia, a nie o dobro Polaków, którzy już dawno zostali wykreśleni z wszelkich kalkulacji. Znamienne jest, że ten spektakularny zrzut zaopatrzenia we wrześniu, tych tysięcy kolorowych spadochronów, których nie zapomni nikt kto widział je na własne oczy, został dokonany przez flotyllę samolotów amerykańskich, które wylądowały bezpiecznie po jego dokonaniu na sowieckich lotniskach. Arogancja Churchilla okazała się w pełni po zakończeniu wojny. Jego następca Clement Attlee nie poczuwał się już do żadnych zobowiązań wobec Polskich Sił Zbrojnych. Urzędnicy brytyjscy odmawiali kombatantom należnych im świadczeń, zaś opinia publiczna była wrogo nastawiona przeciwko Polakom, domagającym się jakichś świadczeń od wyniszczonego wojną kraju. Zdarzyło się, że pobito dotkliwie polskiego lotnika, niegdyś należącego do „bogów wojny”.  Nie może więc dziwić, że na paradzie zwycięstwa w 1946 roku nie było Polaków, choć byli tam reprezentanci wielu narodów. Nie byli też reprezentowani na paradzie zwycięstwa we Francji, w Stanach Zjednoczonych, o Związku Sowieckim nie ma co mówić. Wcześniej, bo w roku 1945 na konferencji założycielskiej Organizacji Narodów Zjednoczonych, Polska nie była już reprezentowana, mimo iż jej podstawę prawną dawała Karta Atlantycka z 1941 roku, zaś Polska była jednym z dziewięciu państw jej sygnatariuszy. Wprawdzie Polska uczestniczyła w tej wojnie, stanowiąc czwartą pod względem liczebności armię, ale jej udział miał być całkowicie zapomniany.

V. Była taki chłopak, urodzony w Grecji, w polskiej żarliwie patriotycznej rodzinie. Jerzy Szajnowicz-Iwanow. Przez całe życie marzył, aby uznano go za Polaka i manifestował to na każdym kroku. Był znakomitym pływakiem. Podczas studiów w Louvain zdobył kilkakrotnie akademickie mistrzostwo Belgii. Po studiach, w roku 1938-39 został reprezentantem Polski w piłce wodnej. Wybuch wojny zastał go w Grecji, współpracował wówczas z polskim konsulatem, udzielając pomocy Polakom przedzierającym się do polskiej armii. Gdy weszli Niemcy, wypłynął swoim jachtem do Kairu, lecz trafił tam do obozu internowania wraz z innymi niepożądanymi przez rząd R.P. w Londynie, kandydatami do wojska. Wyłuskali go stamtąd Anglicy i bez trudu skłonili do konspiracyjnej działalności w Grecji, gdyż chciał w ten sposób pracować dla Polski. Po odpowiednim przeszkoleniu przerzucili go na greckie wybrzeże. W Grecji  od razu rozpoczął szeroko zakrojoną działalność. Założył rozbudowaną siatkę wywiadowczą, dywersyjną i łączności mając wśród Greków dobrych współpracowników. Jego dokonania przewyższają wielokrotnie akcje Agenta 0007 i Rambo, razem wziętych. Na szczególne wyróżnienie wśród indywidualnych akcji sabotażowych, zasługuje zatopienie przy pomocy min magnetycznych niemieckich okrętów i statków znajdujących się na redzie, do których dotarł dzięki swoim umiejętnościom pływackim. Ta akcja równająca się z atakiem kilku pancerników lub atakowi kilku eskadr bombowców, została przeprowadzona bez strat własnych, gdyż on sam powrócił szczęśliwie do dalszej pracy w konspiracji. Gestapo usiłowało go namierzyć, niestety im się to udało, gdyż miało swojego informatora, przyjaciela Jerzego z lat szkolnych. Wskutek donosu dwukrotnie go aresztowano. Za pierwszym razem udała mu się brawurowa ucieczka, lecz nie za drugim. Nie wyjawił Niemcom swojej siatki konspiracyjnej, o czym wiadomo, gdyż nie nastąpiły żadne aresztowania. Niemcy, dla których stał się bezużyteczny, zaproponowali Anglikom wymianę jeńca na jednego z generałów znajdującego się w niewoli brytyjskiej. Ale Anglicy nie podjęli tej propozycji. Uznali, że sprowadzenie Szajnowicza do Londynu, gdzie mógłby stać się żywą legendą, nie leży w ich interesie. Został stracony w roku 1943 w Grecji. O jego czynach Polacy nie dowiedzieli się podczas wojny. Dopiero po wojnie, Grecy uznali go za swojego bohatera narodowego, a na jego cześć organizowane są coroczne igrzyska sportowe.

VI. Aby przeprowadzić sensowne rozumowanie, należy rozpocząć od prawdziwych przesłanek. Przypomnę raz jeszcze stwierdzenie Arystotelesa, podjęte przez św. Tomasza z Akwinu, iż drobny błąd na początku rozumowania, w trakcie dowodzenia urasta do kolosalnych rozmiarów. Błąd popełniony na początku wojny w Abbeville, nie może być traktowany jako niewielki, skoro wielu analityków wskazuje, że możliwe było wówczas pokonanie Hitlera w ciągu paru miesięcy, przed końcem 1939 roku.Aliści, jeśli nawet przyjmiemy, że ich wyliczenia są zbyt optymistyczne, to z całą pewnością współdziałanie trzech państw sprzymierzonych byłoby bardziej skuteczne, niż opór każdego z nich w pojedynkę, zaś wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Stalin nie przystąpiłby wówczas do wojny i czekał na rozwój wydarzeń. Oczywiście, przy założeniu, że chodziło o zwycięstwo nad III Rzeszą, a nie o przywrócenie równowagi w Europie, w duchu Świętego Przymierza.Moja teza, że o to właśnie chodziło, ma mocne podstawy. Po pierwsze, postępowanie rządów Francji i Anglii w roku 1939, a później osamotnionej Wielkiej Brytanii, po zdradzie Francji.Polskie Państwo Podziemne stanowiło liczącą się siłę militarną i moralną w okupowanej Europie, wszelako nie doczekało się rzeczywistego wsparcia, w postaci zrzutów broni i amunicji, co było w możliwościach Anglii, jak o tym świadczą liczne loty pojedynczych samolotów na Polskę, dokonywane bez strat. Wydarzenia tej wojny świadczą o słuszności mojej tezy, zaś ukoronowaniem są ustalenia „Wielkiej Trójki” zapadłe w Teheranie, Jałcie i Poczdamie.

Ujmując rzecz powierzchownie, można stwierdzić, że jednak Anglia wygrała tę wojnę, gdyż obroniła własne terytorium, ponosząc stosunkowo niewielkie straty w ludziach. Jeszcze mniej strat w ludziach poniosła Francja, a to dzięki dwukrotnemu „odwróceniu sojuszy”. Tak rozumując można dojść do wniosku, że kunktatorsko przeniewiercza polityka popłaca – ale tak nie jest. Z paktu z szatanem można odnieść jedynie na początku pozorną korzyść, zaś pojawiające się później skutki muszą być opłakane, choć początek zawsze obiecujący, tak jak miało to miejsce z jabłkiem w Raju, które skusiło Ewę i Adama.

VII. Może ktoś całkiem słusznie zauważyć, że to Polska, nie zawierając żadnego paktu z szatanem, poniosła największe straty w tej wojnie i nadal je ponosi, znajdując się pod władzą legalnego rządu okupacyjnego. Ta kwestia wymaga wszechstronnego rozważenia. Otóż po pierwsze, Polska ma także swój udział w grzechu pierworodnym państw, popełnionym we wrześniu 1939, a to przez zgodę na powołanie owego rządu z nieprawego łoża i uznanie go za legalny. Jest kwestią kontrowersyjną, w jakiej mierze narody ponoszą odpowiedzialność za poczynania władzy państwowej. Jestem zdania, że w pełni, bo skoro czerpią z tego ewentualne korzyści, muszą również ponosić odpowiedzialność.Emigracyjny rząd powołany spośród wrogów legalnego Rządu R.P. w Paryżu, zesłany wkrótce na głuchą prowincję do Angers, a następnie przeniesiony do Londynu, oddziałał zgubnie na sprawę Polski prześladując polskich patriotów zgłaszających się do Wojska Polskiego, jeśli uznawał ich za zwolenników porządku prawnego w przedwojennej Polsce, a więc za swoich wrogów, a ponad to wtrącając się do spraw Kraju, w którym działało Państwo Podziemne. Układ Sikorski-Majski, podpisany pod dyktando Churchilla i Stalina, umożliwił wprawdzie powstanie II Korpusu Andersa, ale zaniedbał wiele kwestii zasadniczych, a wśród nich kształtu granic Polski powojennej. Miarę hańby tego rządu dopełniło porzucenie go przez premiera Mikołajczyka i jego wyjazd do Moskwy, mający na celu uzyskanie przez niego stanowiska w rządzie komunistycznym. Jego wyjazd do Moskwy, który zorganizowali mu Anglicy, nie tylko kompromitował doszczętnie rząd emigracyjny, co ułatwiło jego delegalizację, a uznanie przez państwa zachodnie rządu komunistycznego, co pierwsi uczynili (a jakże by inaczej) Francuzi, ale spowodował ogromne szkody wewnątrz Kraju. Nie tylko bowiem zaakceptował oderwanie Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej, Lwowa, Wilna, Grodna, a także krwawy terror wobec polskich sił patriotycznych, jak również politykę gospodarczą komunistów, zubażającą polskich obywateli, lecz w dodatku zdekonspirował Polskie Stronnictwo Ludowe. Chciał mieć zaplecze polityczne, więc skłonił PSL do ujawnienia swoich podziemnych struktur. Komuniści zamordowali kilkuset działaczy PSL, a kilkadziesiąt tysięcy uwięzili, zaś Mikołajczyk salwował się wówczas ucieczką z Polski. Jego kariera polityczna była skończona. Odszedł w niesławie „Mikołajczik” żegnany łzami wdów i sierot po działaczach Polskiego Stronnictwa Ludowego. Po upływie pół wieku, nowe PSL, mające ze starym jedynie wspólną nazwę, kreuje go jako swego bohatera, premiera Rządu R.P. Pytam,  którego rządu, czy tego który porzucił po łajdacku, czy tego z którego uciekł sromotnie?!

Należy wszakże zauważyć, iż ten grzech karierowiczostwa, popełniony przez garstkę wrogów Państwa Polskiego na emigracji, wobec ofiarności całego narodu w służbie Ojczyzny, nie powinien był wywrzeć tak dalekosiężnych skutków. Jest zatem inny aspekt, który trzeba wziąć pod rozwagę, a mianowicie plan Opatrzności Bożej. Niewątpliwie w Bożym planie znajdowała się ofiara cierpień i krwi Polaków, oraz upadek państwa trwający do dzisiaj. Z racjonalnego punktu widzenia trudno się z tym pogodzić, lecz z mistycznego ma to z pewnością swój głęboki sens. Pytaniem jakie sobie zadaję, jest czy ofiara naszego narodu jest już dostateczną aby Polska mogła zmartwychwstać w chwale?!

VIII. Cztery państwa zostały uznane za zwycięskie w pokonaniu III Rzeszy: Związek Radziecki, co nie ulega dyskusji, Wielka Brytania, która w roku 1939 wypowiedziała wojnę, a która walczyła z Niemcami na kilku frontach, Stany Zjednoczone, których udział materialny i militarne był imponujący, oraz Francja, której udział w wojnie był minimalny, żeby nie powiedzieć, że żaden. Co na tym zyskały? Związek Radziecki najwięcej. Zajęcie i skolonizowanie Europy Wschodniej i znacznej części Środkowej. Prestiż głównego zwycięzcy, dający mu wpływ na politykę światową i umacniający pozycję władzy komunistycznej wewnątrz własnego państwa. Wcielenie Królewca do ZSRR i przekształcenie go w bazę wojskową stanowiącą punkt wypadowy do dalszego podboju Europy i Świata. Wielka Brytania zrealizowała swój zamysł o wspólnej granicy Niemiec i Rosji, a przy tej okazji „ostateczne rozwiązanie” kwestii polskiej. No cóż, przy realizacji wielkiej idei jakieś ofiary być muszą, dobrze że nie brytyjskie. Stany Zjednoczone, realnie zyskały niewiele. Po czasowej okupacji części Niemiec i Austrii, wycofały się za Wielką Wodę i rozpoczęły nową politykę imperialistyczną. Francja, tak jak leżała na uboczu wojny, tak pozostała. De Gaulle próbował zbudować jej mocarstwowość, doprowadził do skazania Petaina, uchronił Francję od zniszczeń, łez i krwi, zaś lud francuski ogolił głowy kilku prostytutkom zadającym się z Niemcami, choć należałoby się to całej francuskiej elicie politycznej i kulturalnej.

A więc, gdzież są te zatrute owoce paktu z szatanem? Ależ są, to oczywiste! Rajskie jabłka zawsze wyglądają ponętnie, zaś ich jadowitość skrywa się pod piękną skórką. Zostawmy polityków, którzy okazali się niedouczonymi głupcami bez wyobraźni, z wyjątkiem Stalina, który jedyny wiedział dokładnie co robi, a zajmijmy się losem zwykłych ludzi. Obywatele ZSRR żyli (i żyją nadal) w skrajnej nędzy i ustawicznym lęku przed aresztowaniem. Rozpad Związku Sowieckiego nie przyniósł powszechnego dobrobytu,, przeciwnie, nędza pozostała taka sama, wyłonił natomiast złodziei majątku narodowego, toczących między sobą walkę szakali nad ścierwem państwa. Wielkie znaczenie ma fakt, że większość owych szakali stanowią Żydzi, czyli jak się to obecnie określa Rosjanie „mający żydowskie korzenie”. II Wojnę Światową wygrali Żydzi, chociaż nie brali w niej udziału. Wcielenie Żydów do Armii Czerwonej, głównie do NKWD, oraz niewielki ich udział w Armii Krajowej, o którym należy pamiętać, nie zmienia ogólnego obrazu, iż Żydzi w wojnie udziału nie brali. A zyskali na niej wiele. Przede wszystkim własne państwo w Palestynie, początkowo pod protektoratem brytyjskim, które dość szybko uzyskało niezależność. Żydom udało się również postawienie w nowym świetle „kwestii żydowskiej”, która obejmuje wiele aspektów, od żydowskich bankierów, po Żydów  wschodnich Ostjuden. Prekursorem był Karol Marks, w świetnej książce, tak właśnie zatytułowanej, w której opisał bankierów, a także mentalność  żydowską związaną z kultem pieniądza. Żydowscy bankierzy mieli i mają się dobrze, natomiast Ostjuden stanowili dla Żydów emancypowanych istotny problem. Nienawidzili ich jako społeczność kompromitującą wizerunek żydostwa. Nienawiść Żydów do tych, których uznają za swoich wrogów jest absolutna i irracjonalna, a taka była nienawiść do Ostjuden. Przykładem może być Julius Streicher, redaktor antysemickiego pisma „Der Stürmer”, który był zgermanizowanym Żydem, zaś pod szubienicą w Norymberdze zawołał po hebrajsku „Mam ufność w Bogu”. Niemcy wymordowali większość Żydów Wschodnich, rozwiązując tym samym Żydom Zachodnim ich problem, dając im zarazem asumpt do wygłaszania jeremiad o zagładzie Narodu. Jest to brutalne stwierdzenie, które sformułowała już dawno temu Żydówka Hannnah Arendt, pisząc o Żydach amerykańskich, że byli bierni i cisi podczas zagłady, a rozgęgali się jak gęsi po wojnie. Na tym gęganiu zbudowano nie tylko państwo Izrael, któremu eksterminacja Palestyńczyków uchodzi na sucho, choć wiele związanych z nią wydarzeń kwalifikuje się jako zbrodnia ludobójstwa, ale utworzyli „przemysł holokaustu”, organizację czerpiącą ogromne zyski z roszczeń wysuwanych wobec różnych państw europejskich, z tytułu mienia pożydowskiego. Roszczenia te, zwłaszcza wobec Polski, która uczyniła tak wiele podczas wojny dla ratowania swoich żydowskich obywateli, są całkowicie bezpodstawne, a to z kilku powodów.

Należałoby najpierw określić, kogo rozumie się pod pojęciem „Żydzi”, a takiej definicji brak. Żydzi nie stanowią jednolitej grupy ludności, ani pod względem kulturowym, ani rasowym, ani religijnym, ani politycznym. Tak więc pojęcie „narodu żydowskiego”, używane jest zależnie od okoliczności zupełnie dowolnie i nie opiera się na żadnych przesłankach naukowych, ani na jasno sprecyzowanych przepisach prawnych. Dowolnie zalicza się do Żydów osoby zmarłe, jeśli wysuwa się w ich imieniu roszczenia majątkowe, ale usuwa się spośród Żydów zbrodniarzy UB i NKWD, bo „jako komuniści nie byli już Żydami”. Żydom udało się również przedstawić siebie jako główne, jeśli nie jedyne ofiary tej wojny, co jest oczywistą nieprawdą. Przyczyną wojny, twierdzą żydowscy propagandyści, był antysemityzm, a zatem, dowodzą, trzeba zwalczać w zarodku wszelkie jego objawy, aby zapobiec następnej. Brak jest rzetelnej definicji antysemityzmu, więc przyjmuje się iż jest nim to, co Żydzi tak zakwalifikują.Tego co piszę o Żydach nie należy uogólniać  na wszystkich Żydów, gdyż „Żyd uniwersalny” po prostu nie istnieje, ani na „naród żydowski”, bo można mówić jedynie o narodzie izraelskim, obejmując tym pojęciem również Izraelitów zamieszkujących w diasporze, ale mówienie o narodzie żydowskim w niesprecyzowanym, szerokim zakresie, jest błędem semantycznym. Tak więc , to co piszę o Żydach odnosi się jedynie do bardzo licznej, agresywnej grupy, występujących w imieniu wszystkich, do czego nie mają prawa,, choć uzyskali milczącą zgodę ogółu.

IX. Skutkiem II Wojny był podział Świata na dwa potężne bloki państw nawzajem wrogich wobec siebie. Nie od razu tak było, gdyż na początku państwa zachodnie przejawiały gorący entuzjazm dla Związku Radzieckiego, później nastała „zimna wojna”, następnie ocieplenie i rozpad ZSRR, co rozbudziło nowy entuzjazm, lecz bez pokrycia, gdyż Rosja rychło okazała, że nie ma zamiaru zmieniać swojej polityki. O ile w bloku państw wschodnich ocena czterdziestu pięciu lat minionych była w miarę klarowna, to w państwach zachodnich nastąpiła schizofrenia i brak zdecydowania w kwestii dalszej polityki. Należy zauważyć, iż polityka Anglii zmierzająca do wprowadzenia po wojnie europejskiego ładu z okresu „Świętego Przymierza”, poniosła fiasko. Wprawdzie Rosja, jako ZSRR, przesunęła granice swojej administracji w stronę Niemiec, lecz Niemcy zostały rozparcelowane pomiędzy państwa okupacyjne, a kiedy znów się złączyły, pomiędzy nimi a Rosją, legła Polska. Wielka Brytania straciła też wiele ze swoich terytoriów zamorskich, kolonii, dominiów i mandatów. Przestała się liczyć jako mocarstwo, rozgrywające w światowej polityce. Świat po wojnie ogarnęła zaraza demokracji, głoszonej przez wszystkie państw, zarówno w bloku wschodnim, jak i w zachodnim. Przez ponad czterdzieści lat żyłem pod rządami demokracji „socjalistycznej”, zaś następne ćwierćwiecze demokracji „liberalnej”. Ta druga jest bardziej uciążliwa dla obywateli ponoszących znaczne ciężary na rzecz państwa, a pozbawionych wszelkich praw gwarantowanych konstytucją, poza iluzorycznym prawem wyborczym, dającym możność uczestnictwa w kolejnych farsach. Demokracja jest utopią opartą na pięknie brzmiących sloganach dalekich od realizmu, cechuje ją anonimowość decyzji, podejmowanych w tajnych gremiach, zaś ich realizacja rozkłada się na różne organizacje nie ponoszące z tego tytułu żadnej odpowiedzialności.

Niewiele wiem na temat demokracji w USA i Kanadzie, tyle co z prasy, książek, literatury pięknej i filmów. To, o czym mogę mówić z pełnym rozeznaniem, to stosunki w Polsce Z pewnością występują różnice, choć większość problemów jest wspólnych. Do nich należy ucisk obywateli ze strony urzędników, z szczególnym uwzględnieniem urzędników skarbowych i policji dopuszczającej się często samowoli. Wzrost biurokracji w Polsce jest kolosalny, przewyższający wielokrotnie administrację z okresu „demokracji ludowej”. Na armii tych urzędników państwowych i samorządowych, stabilizujących ustrój, wspiera się państwo, gdyż są oni przeciwni wszelkim zmianom mogącym ich pozbawić źródła dochodu, czemu dają wyraz uczestnicząc w wyborach wspierając władzę.

X. Specyfika polskiej demokracji, jest że została przywieziona na sowieckich tankach i stanowiła jeden z elementów walki z polskością. Wprawdzie już po I Wojnie były demokratyczne zapędy – zniesienie przywilejów rodowych, równość wobec praw, w tym równouprawnienie kobiet, będące w ówczesnym świecie ewenementem, powszechne prawo wyborcze, czynne i bierne, prawo pracy oparte na zasadach socjalistycznych, a także szereg ustaw, o których  w demokracji liberalnej nawet nie może być mowy, a mianowicie o ochronie lokatorów przed nadmiernymi czynszami, o robotach publicznych zapobiegających bezrobociu, o przymusowym ubezpieczeniu przez pracodawcę (!) pracowników i ich rodzin w kasach chorych zapewniających bezpłatną opiekę lekarską, o powszechnej oświacie obejmującej wszystkie dzieci przymusem szkolnym, a także jedna z niezmiernie ważnych zasad wpisania do prawa, iż transakcja zawarta w złej wierze jest nieważna. Prawo handlowe i finansowe regulowało stosunki między obywatelami na cywilizowanym poziomie. Niezmiernie ważnym było prawo o kooperatywach, dzięki któremu rozwinął się ruch spółdzielczy, zapobiegający spekulacji żywnością.

Nikt wówczas nie nazywał tego demokracją, nie było takiej potrzeby, były to zasady przestrzegane przez w państwie dbającym o dobro publiczne. Jest rzeczą znamienną, że o zasadach demokratycznych mówi się w państwach w których są gwałcone.

Upadek cywilizacyjny Polski można wyjaśnić układając ciąg przyczynowo-skutkowy, który go spowodował, natomiast upadek państw zachodnich jest irracjonalny. We wrześniu 1939 roku napadły na Polskę dwa sąsiadujące z nią barbarzyńskie państwa socjalistyczne i odtąd od pierwszego dnia wojny nastąpiły masowe mordy Polaków. Codziennie mordowano wielokrotnie więcej ludzi, niż ich zginęło w owym ataku na WTC, który wstrząsnął Ameryką i całym Światem. Polskie ofiary II Wojny pokrył kurz niepamięci, zaś Litwini i Ukraińcy, którzy mieli udział w masowych mordach Polaków, nie mają sobie nic do zarzucenia. Podobnie zresztą jak nasi fałszywi sojusznicy, Anglicy i Francuzi, którzy wciągnęli nas w konflikt z Hitlerem, zdradzili w Abbeville, zachęcając tym samym Stalina do napaści na osamotniona Polskę, zaś zdradzili powtórnie w roku 1945, wydając na łup morderców z żydo-komuny. Nie piszę o tym, po to, aby rozdrapywać rany, ale żeby uzmysłowić Czytelnikom, jak wielką traumę odczuwaliśmy wszyscy w powojennej Polsce, pod bolszewickim terrorem, oczekując, że nastąpi inny, prawdziwy koniec wojny.

Okupacja niemiecka nie wszędzie przebiegała tak samo. Inne były przejawy terroru na Pomorzu, inne na Śląsku i pozostałych terenach przyłączonych do Rzeszy, inne na Kresach, a jeszcze inne w Generalnej Guberni, gdzie również występowały różnice między Warszawą a poszczególnymi miastami i regionami. Różne też były doświadczenia wojenne Polaków, ale wspólne były trzy elementy – poczucie ustawicznego zagrożenia, podporządkowanie władzom konspiracyjnym, oraz chęć przyczynienia się do odzyskania niepodległości. W całej naszej historii naród polski nie był tak zjednoczony, solidarny i świadomy celu do którego zdąża. Naszą nadzieję stanowiły Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie: „… lecą nasze eskadry, płyną nasze okręty. My pokażemy światu, że Polski jesteśmy warci …” Lata powojenne były dla nas okresem zawiedzionych nadziei, zaś represje dnia powszedniego nie przykryły wojennej traumy.

Przeżyłem okupację niemiecka w Warszawie, mieście największego ryzyka. Po ulicach krążyły patrole żandarmów, wyrywkowo legitymujące przechodniów, niekiedy dokonujące aresztowań, raczej z błahych powodów, bo poważnymi sprawami zajmowało się Gestapo, lecz były również przekupne – „masz górala i mnie puść”. Góralem nazywano banknot pięćset złotowy. Po mieście jeździły też samochody z żandarmami na bocznych ławkach odkrytej paki, i karabinem maszynowym na dachu szoferki, używające przenikliwej syreny, które mogły przejąć od pieszych patroli osoby aresztowane. Czym innym były natomiast tak zwane „budy”, samochody ciężarowe, kryte plandekami, przeznaczone do przewożenia ludzi pojmanych w tak zwanych „łapankach” czyli obławach na ludzi, przeprowadzanych w różnych punktach miasta. Kordon żandarmów blokował wybrane ulice, ładowano przechodniów bez żadnego legitymowania, byle prędzej, wygarniano też z tramwajów, kawiarń i sklepów. Dowiezionych z łapanki selekcjonowano na jakimś placu, najczęściej na boisku zlikwidowanej szkoły. Część wypuszczano natychmiast, na przykład jeśli byli zatrudnieni w jakiejś firmie przydatnej dla Niemców, niektórym jeszcze udawało się wykupić, zaś pozostali byli przeznaczeni na rozstrzelanie w egzekucji ulicznej, do obozu koncentracyjnego lub do wywozu na roboty do Niemiec. Komuś, kto tego nie przeżył, trudno się wczuć w ową atmosferę permanentnego zagrożenia, gdyż wystarczyło znaleźć się w nieodpowiednim czasie i miejscu, aby nie wrócić do domu. Ja znalazłem się w takim miejscu i czasie 1 lutego 1944 roku, w drodze do szkoły. Byłem z siostrą, pod opieką cioci Hali, która nas odprowadzała. Dzień był pogodny, a że na pętli na Placu Trzech Krzyży, nie było tramwaju, ani nie było widać by jakiś nadjeżdżał, postanowiliśmy pójść spacerkiem do następnego przystanku, na rogu Alej Ujazdowskich i Piusa XI. Tego dnia w odległości około dwudziestu metrów od przystanku rozgrywał się zamach na Kutscherę. Ten widok tak mnie zafascynował, że nie mogłem oderwać wzroku. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że jestem sam na przystanku, gdyż wszyscy schronili się pod murkiem okalającym sąsiednią posesję. Na trotuarze rykoszetowały pociski wystrzeliwane wzdłuż ulicy z broni automatycznej, tworząc srebrzyste smugi. Kiedy tak stałem niezdecydowany z pod murka poderwał się granatowy policjant, podbiegł do mnie, złapał za rękę i przeciągnął biegiem pod ów murek, dający względną osłonę. Niemieckie pociski do pistoletów i automatów, zwanych potocznie rozpylaczami, miały niklowane płaszcze i stąd te srebrzyste smugi, które śniły mi się jeszcze wiele lat po wojnie, mimo że miałem za sobą Powstanie Warszawskie z całą jego grozą. Incydenty uliczne nie stanowiły dla nas, tak jak dla większości warszawiaków największego zagrożenia. Niemal każda rodzina była zaangażowana w działalność konspiracyjną, w tajnych  kompletach, w kolportażu konspiracyjne prasy, w rozpowszechnianiu wiadomości wysłuchanych z radia (posiadanie radia zagrożone  było karą śmierci) bądź uzyskanych z innych źródeł, przenoszenie grypsów, w pomocy ukrywającym się Żydom, Warszawa oddychała konspiracją, a mimo to, trzymała fason.W naszym mieszkaniu, za zgodą i aprobatą rodziców, stryj Mietek, który był w komendzie „Wachlarza” AK pod pseudonimem „Miś”, urządził punkt kontaktowy dla swoich podkomendnych, zaś kuzyn Porowski, ukrywając się jako „Sowa” podał nasz adres jako pewny, pod którym można się z nim kontaktować. Sytuację ułatwiało to, że ojciec miał swój prywatny gabinet lekarski, o czym informowała tabliczka obok bramy i na drzwiach, łatwo więc było trafić i wmieszać się między pacjentów, a następnie dyskretnie przejść w głąb mieszkania. Nie były to sytuacje codzienne, gdyż nasz adres wykorzystywany był jedynie w razie konieczności. „Miś” nie wiedział o naszych kontaktach z „Sową”, a „Sowa” o „Misiu”, a jeśli ich ludzie z różnych konspiracyjnych kręgów spotkali się przypadkiem w naszym mieszkaniu nie groziło to dekonspiracją, gdyż rozmowy głośno prowadzone dotyczyły jedynie spraw ogólnych. My dzieci, orientowałyśmy się z grubsza w tej grze, zwłaszcza że zapowiedziano nam surowo, iż nie wolno nikomu powiedzieć co dzieje się w domu, że jest to kwestia naszego życia i śmierci. Wzięliśmy to sobie do serca, ale nie pamiętam by stresowało nas to szczególnie, zwłaszcza że zaprzyjaźniliśmy się z niektórymi ludźmi z „Wachlarza”, pozostającymi u nas na nocleg. Wszelako nasze przeżycia z dzieciństwa trudno jest porównać z przeżyciami dzieci z Wołynia i Podola, dzieci z Zamojszczyzny, czy innych pacyfikowanych wsi na Kielecczyźnie czy Podlasiu, a także dzieci żydowskich, które przeżywały podwójną traumę, najpierw gdy ich rodzice powierzali je Polakom, aby zachować przy życiu, a później kiedy Żydzi odbierali je polskim rodzinom, w których znalazły schronienie i opiekę. Zaraz po wojnie powołano komitet żydowski mający na celu przeprowadzenie tej akcji. W rodzinach przechowujących żydowskie dzieci, jeśli sprawa została ujawniona, pojawiał się żydowski komisarz, w asyście uzbrojonych Żydów z UB, którzy siłą je zabierali. Rozpacz dzieci i przybranych rodziców, którzy je pokochali, a przez kilka lat chronili je ryzykując życiem własnej rodziny, nie miała żadnego znaczenia. W dodatku opowiadanie o tych wydarzeniach, groziło aresztowaniem. Niemcy, którzy podczas okupacji wywieźli z Polski około dwustu tysięcy dzieci, odebranych rodzicom i z sierocińców, do dziś uważają tę sprawę za wstydliwą i nie ujawniają dokumentacji, natomiast Żydzi chełpią się odzyskiwaniem dzieci „uratowanych z holokaustu”.

Istnieje pamięć zbiorowa, jest też zbiorowa żałoba, natomiast nie ma nic takiego jak zbiorowa trauma, gdyż ta wynika z indywidualnych przeżyć. Nie można porównać tego co czuli żołnierze podziemia niepodległościowego, torturowani, mordowani, osadzani w więzieniach i zsyłani na Sybir, przez oprawców w polskich mundurach oficerskich, z tym co przeżywali żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zdradzeni przez dotychczasowych sojuszników u boku których walczyli wiernie i ofiarnie, od początku do zakończenia wojny. Po wojnie okazało się, że są nie tylko zbędni, lecz również uciążliwi dla brytyjskiego imperium, że powinni się z niego wynosić i wrócić do własnego kraju pod sowiecką okupacją. Trudno opisać te zawiedzione nadzieje i tę bezsilność. Polacy na Zachodzie doskonale wiedzieli co dzieje się w Kraju, z relacji osób, które licznie przybyły z okupowanej przez Sowiety Polski. Mieli do rozwiązania trudny dylemat – czy wracać narażając się na niemal pewne aresztowanie, aby wraz z rodziną stawić czoła przeciwnościom, cy starać się osiedlić w którymkolwiek z innych państw, oddalając możliwość połączenia się z bliskimi. W Kraju sytuacja była klarowna, ale wybory również niełatwe. W lasach stacjonowała ponad trzystutysięczna armia podziemna, a gdy komendant AK „Niedźwiadek” ogłosił w styczniu 1945 roku rozwiązanie organizacji, część żołnierzy wróciła do domu. Ogłoszenie amnestii 2 sierpnia 1945 roku, dla żołnierzy konspiracji i działaczy podziemia, spowodowało, że część oddziałów ujawniła się składając broń, zaś pozostali kontynuowali walkę. Amnestia działała czas jakiś, lecz wkrótce nastąpiły aresztowania wśród tych, którzy w nią uwierzyli. Stryj Mietek zginął zakatowany przez Gestapo na Sucha, lecz kuzyn Porowski przeżył a po wojnie ukrywał się w Krakowie. Kiedy go tam odwiedziliśmy, był kompletnie zrezygnowany i powiedział: „jestem zbyt stary i schorowany, żeby z pepeszą iść do lasu”. Ujawnił się, a nawet objął wysokie stanowisko w administracji państwowej, do czasu, gdy został aresztowany, skazany na karę śmierci, zamienionej na dożywocie, a wyszedł wskutek następnej amnestii w roku 1957. A z drugiej strony, wytworzyła się wówczas koniunktura dla wszelkiego plugastwa, kolaborującego podczas okupacji z Niemcami, a następnie z Ruskimi, napływającego teraz do UB, MO i urzędów państwowych. Zapisywali się do PPR, zapewniając sobie i swoim rodzinom uprzywilejowane stanowiska. Posady urzędnicze obsadzano ludźmi, mającymi często „nie w pełni udokumentowane wykształcenie podstawowe”, ale legitymującymi się nienagannym pochodzeniem społecznym, a czyniono to pod hasłami „awansu społecznego” i zadośćuczynienia „klasowych krzywd”. Dzieci z rodzin inteligenckich, miały utrudniony dostęp do szkół średnich, gdyż obowiązywał wysoki procent uczniów z rodzin robotniczych i chłopskich, zaś niewielki dla pozostałych. Podanie o przyjęcie na studia składało się w szkole, która przesyłała je na uczelnię, opatrując je niejawną opinią własną oraz szkolnego koła ZMP, a zapewne innymi, jeszcze bardziej utajnionymi. Egzamin wstępny, pisany i ustny, był oceniany w punktach, do których doliczano, bądź odejmowano punkty za pochodzenie społeczne, a na ogólny wynik wpływały wspomniane już opinie, oraz partyjność lub bezpartyjność rodziców kandydatów na studia. Kandydaci mający rekomendacje z resortu UB byli poza konkurencją. Aliści wszyscy moi krewni i kuzyni, oraz koledzy szkolni z rodzin inteligenckich, dostali się na studia, jeśli nie za pierwszym , to za następnym podejściem, a w takim przypadku należało przedłożyć opinię zakładu pracy, w którym przepracowało się ten rok. Byłby w błędzie, kto dopatrywałby się w tym elementów walki klasowej, gdyż w Polsce żadnych nastrojów rewolucyjnych nie było, a wręcz przeciwnie, panował pełny solidaryzm społeczny. Naród polski był zjednoczony wokół idei niepodległości, a wszelkie hasła o „sprawiedliwości społecznej” traktował jako wrogą propagandę. Dalsza kariera absolwentów zależała od wielu czynników. Nakazy pracy przydzielały im konkretne miejsca, w których musieli pracować w określonym prawem okresie pięciu lat, a po jego upływie mogli dopiero rozglądać się za inną pracą. Gra więc toczyła się o to, aby po dyplomie nie wylądować na stażu w jakiejś dziurze na głębokiej prowincji. Na takie właśnie przydziały byli skazani przede wszystkim absolwenci o niewłaściwym pochodzeniu społecznym. Najprostszą drogą wiodącą do kariery, było zapisanie się do partii. Znamienne jest, że Polska była jedynym państwem, w którym partia nie nazwała się komunistyczną, lecz robotniczą, aby nie budzić w Polakach wrogich skojarzeń. Pomimo to, ten skrót powszechnie rozszyfrowywano jako „Płatni Zdrajcy Pachołkowie Rosji”, . Dlatego tak niewielu decydowało się na wstąpienie do partii, mogę dodać, że nikt z mojej bliskiej i dalszej rodziny nie zapisał się do partii, a wszakże nie tracili możliwości ułożenia sobie życia. Istniała bowiem grupa przedwojennych profesjonalistów, których komuniści nie mogli usunąć z zajmowanych przez nich stanowisk, gdyż nie mieli ich kim zastąpić. Ci ludzie nie musieli robić żadnych ukłonów w stronę władzy ludowej, a przeciwnie, mogli stawiać warunki. Rzecz jasna, że na stanowiska asystentów na politechnice, czy wydziale lekarskim uniwersytetu, przyjmowali absolwentów którzy wykazali się rzeczywistymi kwalifikacjami, najchętniej spośród rodzin kolegów ze studiów. Dzięki temu moja siostra Hania, która przez studia przeszła brawurowo z ocenami celującymi, dzięki protekcji wuja Henryka Waleckiego, dostała pracę w Państwowym Zakładzie Higieny, w którym wuj Henryk był jednym z dyrektorów, a uniknęła przydziału do jakichś Kusiąt pod Częstochową. Nie otwierało to jeszcze drogi do naukowej kariery, ale dawało mocny punkt zaczepienia. Kiedy opublikowała swoją pracę na temat czerwonki, napisanej przy życzliwym wsparciu Zakładu Higieny, otrzymała kilka zaproszeń z zagranicy. Wybrała Instytut Pasteura. Ponieważ zaproszenie było imienne, nie można było wysłać w jej miejsce kogoś z partyjnej nomenklatury. I tak znalazła się w Paryżu, gdzie ukończyła z wyróżnieniem dwa równolegle kursy bakteriologii i serologii, na Sorbonie studiowała medycynę, a ponad to uzyskała dyplom Alliance Française, dający jej prawo nauczania języka francuskiego. Nawiązane przez nią kontakty naukowo-towarzyskie otwierały przed nią drogę dalszej kariery, choć utrudniały ją ograniczenia ze strony administracji państwowej. Zwieńczeniem jej był tytuł profesora nadany przez prezydenta R.P. Mógłbym podać jeszcze kilkanaście podobnych przykładów, zarówno z kręgu mojej rodziny, jak i kolegów z młodości. Chcę wszakże zwrócić uwagę na to, że dla ludzi z poza nomenklatury kariera naukowa wymagała dużej determinacji i pracowitości a także przysłowiowego szczęścia, a nie przebiegała lekko i przyjemnie a racji ułatwień ze strony władz komunistycznych.

XI. Rozglądam się wokół siebie i widzę świat całkowicie odmienny od tego, w jakim upłynęła moja młodość. Nie mówię już o czasach dzieciństwa, o latach przedwojennych i okupacji niemieckiej, ale o powojennych, w których ukształtował się mój charakter i światopogląd. Różnice są ogromne, zarówno w kwestiach fundamentalnych, jak i w drobiazgach, które wszelako składają się na całość oglądu świata. Rozpocznę go od techniki w środowisku domowym, bo to najbardziej oczywiste i nie podlega dyskusji. Elektroniki nie było, zaś wszelkie urządzenia techniczne, takie jak radio, oświetlenie, żelazko i maszynka do gotowania, zasilane były elektrycznością. Do telefonu wiódł oddzielny kabel, o telefonii bezprzewodowej oczywiście mowy nie było, podobnie jak o telewizji, komputerach i Internecie – ba, nie było również lodówek, a brudną bieliznę odbierała praczka, odnosząc czystą. Węglem paliliśmy w piecach i pod kuchnią, w którą wmontowane były rury od bojlera nad nią umieszczonego, dostarczającego gorącą wodę do łazienki. W naszym warszawskim mieszkaniu nie mieliśmy bojlera, natomiast gorącą wodę zapewniał piecyk gazowy umieszczony w łazience. Pomimo owych uciążliwości powszednich, paradoksalnie żyło nam się łatwiej, ciekawiej i przyjemniej. W naszym warszawskim mieszkaniu przepadły nasze meble z których część była zabytkowa, obrazy i książki zbierane od kilku pokoleń. Ponieważ nie spłonęły podczas Powstania, więc sądzę że padły łupem Raubkommando podążające przed Brandkommando palącym wnętrza kamienic. Dla mnie odeszły w niebyt, razem z dzieciństwem.

XII. Większość mebli w moim mieszkaniu ma ponad sto lat. W salonie dominuje siedemnastowieczny dębowy kredens gdański, bogato rzeźbiony w sceny biblijne, którego blat wsparty jest na trzech kariatydach. W kącie wisi lustro w barokowej gipsowej pozłacanej ramie, a pod nim stolik z mosiężnym okrągłym blatem na którym wytłoczony jest  arabski napis i arabeski, wspartym na czterech solidnych nogach, kształtowanych na wzór barokowych kolumn, stoją też dwa barokowe fotele, kanapka i krzesła. Czarny dębowy stół, pasujący do wnętrza, jest dużo od nich młodszy, choć liczy sobie ponad sto lat z okładem, podobnie jak czarna przeszklona szafka na porcelanę. Z końca dziewiętnastego wieku jest okrętowy kufer obity blachą, który okrążył kulę ziemską. Wyprodukowany w St. Petersburgu, trafił do Gromadzyna, gdyż zawierał część wyprawy ślubnej babci mojej żony, Marii Filipkowskiej, Śleszyńskiej z domu. Wybuch Wojny Światowej spowodował exodus wielu Polaków z zaboru rosyjskiego i kufer powędrował wówczas do majątku Aleksandra Filipkowskiego pod Władywostokiem. Po wybuchu Rewolucji Rosyjskiej kufer pojechał do Chin, wraz ze Stefanią Paterson, młodziutką żoną amerykańskiego konsula, a trzydzieści lat później, gdy powstały Chiny Ludowe, do Argentyny. Ciocia Stefania wróciła do Polki w roku 1971, a że dwór w Gromadzynie znajdował się już w obcych rękach petersburski kufer pozostał w naszym salonie. Salonie, którego ostatni element dekoracyjny stanowią czarne tralki zasłaniające kaloryfer, obudowa parapetu i półki zaprojektowane przez moją żonę, a wykonane przez stolarza. Zestaw dziewiętnastowiecznych mebli, rozstawionych we wszystkich pokojach, otwiera klasycystyczna oszklona serwantka z czasów Księstwa Warszawskiego, znajdująca się w korytarzu, obok niej mała etażerka, a jest tam jeszcze wielka, pojemna komoda. W gabinecie piękne biureczko z połowy dziewiętnastego wieku, a nad nim perski modlitewny kobierczyk. Wielka sofa, chippendale’owski stolik, dopełniają wystrój gabinetu, którego ściany są zastawione współczesnymi, prostymi pólkami zapełnionymi książkami, zaś w sypialni znajduje się również piękna oszklona szafa wypełniona książkami. Książki znajdują się u nas we wszystkich pokojach i w korytarzu. Mieszkam w bloku. Na drzwiach zrobionych na zamówienie widnieje napis kredą: K+M+B i data aktualnego roku, jest to informacja, że tu mieszkają katolicy, nie życzący sobie żadnych wizyt „świadków Jehowy” i innych sekt. Poniżej jest kredą wypisana łacińska informacja: „Leones hic habitant”, co nawiązuje do naszego znaku zodiaku, a jest również wyrazem naszej niezależności. Pod tymi inskrypcjami znajduje się żeliwna kołatka w kształcie lwiej głowy z kółkiem w nozdrzach. Drzwi oddzielają nas od brudnego, nieciekawego świata. Po przekroczeniu progu naszego mieszkania, znajdujemy się w świecie dla nas przyjaznym, wśród naszych książek, obrazów oraz tych mebli ponadczasowych. Nie kupowaliśmy ich, wszystkie pochodzą z zasobów rodzinnych, z tego co ocalało pomimo wojen, rewolucji i reformy rolnej. Jedne z tych mebli wywodzą się z dworu w Pieńkach, inne z dworu w Gromadzynie, a jeszcze inne z różnych rodzinnych dworów. W naszym mieszkaniu oddycha się tradycją, która jest w całkowitej opozycji do dzisiejszego świata.

Meble mające służyć pokoleniom, a nie rozsychać się po paru latach, są dobrym przykładem zmian. Władysław Reymont, który dostał Nobla za „Chłopów”, napisał rewelacyjną powieść „Ziemia Obiecana”, opisuje w niej rozwój kapitalizmu w Łodzi. Przeciwstawia w niej solidnych przedsiębiorców, żydowskim spekulantom i producentom tandety.

W świecie mojego dzieciństwa i młodości byliśmy wdrażani do oszczędzania. W gospodarstwie domowym nie mogło się nic marnować. Odkładaliśmy do szuflady korki, sznurki i papiery z opakowań, sreberka i bibułki z czekoladek. Myliśmy słoiki i butelki. Część z tych butelek oddawaliśmy do skupu, jak również makulaturę. Teraz żyjemy w świecie jednorazowego użycia. Nikt nie chce od nas zwrotów butelek, słoików i makulatury. Produkcja towarów krótkiego użytkowania, czyli tandety, kwitnie. Wyprodukować,sprzedaż i znowu produkować, jest wyznacznikiem naszych czasów. Świat wokół mnie jest tak odmienny od tego z przed półwieku, że gdyby mi ktoś wówczas powiedział jak będzie wyglądał, nie starczyłoby mi wyobraźni, aby to przyjąć do wiadomości. Wszystkie pojęcia odnoszące się do imponderabiliów wyszły z użycia, bądź co jest o wiele groźniejsze, znaczą coś odwrotnego, co do ich istoty. Mimo, że w dzisiejszą epokę nie zostałem przeniesiony przy pomocy wellsowskiego wehikułu czasu, a miałem możność obserwować zmiany, które do niej doprowadziły, nie jestem w stanie jej zaakceptować, a tym bardziej z nią się utożsamić. Ludzie stracili swoją indywidualność, a stali się masami. Najpierw rewolucyjnymi, później mięsem armatnim, następnie żołnierskimi, robotniczymi i chłopskimi. Ten etap rozwoju ludzkości szczęśliwie nie dotarł do Polski, Polska dopiero po roku 1945 znalazła się w tym globalnym systemie postępu, ale Polacy jeszcze przez lat kilkanaście stawiali temu opór. Znaleźli się w ustroju demokracji, zaś demokracja, nieważne czy socjalistyczna, czy liberalna, jest najbardziej tyrańskim systemem politycznym. W demokracji władza jest anonimowa, wykonywana w imieniu wszystkich, czyli konkretnie nikogo, a to zapewnia pełną bezkarność działań jej egzekutorów. Ważnym czynnikiem sprzyjającym zniewoleniu ludzi jest zamulenie ich świadomości. W Polsce wiązało się to z tłumieniem uczuć narodowych, zaś w skali globalnej z eliminacją Chrystusa Pana z powszechnej świadomości. O ile to pierwsze zagadnienie jest już przez wielu dostrzegane, to drugie nie budzi żadnych refleksji, Odnosi się to zarówno do na pozór drobnych elementów, jakim jest zastąpienie krzyża w oznakowaniu karetek pogotowia i ambulansów, w których krzyż zastąpiono stylizowaną śnieżynką, jak i w kwestiach zasadniczych – zmian w liturgii Mszy świętej po drugim Soborze Watykańskim i usunięcia Tabernakulum z nawy głównej.

Zajmuję się tym w rozdziale „Dominus meus et Deus meus”, napisze więc tu jedynie o Święcie Bożego Narodzenia, sprowadzonym do groteski. Wspomniałem już jak Polacy bronili się przed wprowadzeniem Dziadka Mroza, w miejsce Świętego Mikołaja, który 6 grudnia dawał dzieciom prezenty. 24 grudnia był Świętem narodzin Dzieciątka Jezus i Świętej Rodziny. Wszyscy dostawali prezenty pod choinkę, a dodatkowo ukryty w sianku pod obrusem jakiś drobny przedmiot, najczęściej książkę, lecz mogło to być wieczne pióro, lub zegarek, od świętego Józefa. Obecnie wysypują się stada jakichś agentów handlowych, uzurpujących sobie nazwę Świętych Mikołajów, przybyłych rzekomo z pod Bieguna Północnego, odzianych w czerwone kubraki i czapeczki, zaprojektowane przez koncern Coca Cola, razem ze swoimi reniferami, elfami i workami prezentów. Buszują przez cały grudzień, głownie w centrach handlowych, stają się dla wielu symbolem Świąt, nie bardzo wiadomo jakich.

Rozdział trzeci – Klęska

Latem 1939 roku cywilizacja białego człowieka poniosła klęskę, po której w latach następnych nastąpił jej dalszy upadek. To określenie, używane do połowy XX wieku, razi dzisiejszego czytelnika, co świadczy dowodnie o zaniku tego pojęcia. W jego miejsce mówi się o cywilizacji łacińskiej, bądź
europejskiej. Pierwsze z tych określeń jest ana-chroniczne, zaś drugie zawężające, a wszakże ta cywilizacja rozprzestrzeniała się wszędzie tam, gdzie żyli ludzie białej rasy, wychowani według określonych kryteriów cywilizacyjnych. Pod wpływem cywilizacji łacińskiej, Europejczycy znajdowali się wówczas, kiedy łacina była językiem ludzi wykształconych, używanym powszechnie, nie tylko w instytucjach, lecz i w życiu codziennym. W tym języku pisano rozprawy naukowe, które przez to uzyskiwały zasięg międzynarodowy, sporządzano akty prawne, tworzono litera-turę. Tak było w Średniowieczu i do końca epoki Renesansu. Później językiem ludzi wy-kształconych stał się francuski, a warto wspomnieć, że języka angielskiego jeszcze do czasu panowania królowej Elżbiety, w ogóle nie było. Wraz z rozwojem niemieckiej nauki i filozofii, która zajęła miejsce poczesne, język niemiecki zyskał pozycję międzynarodową, choć nie zagroził prymatowi francuskiego.
Łacina, której uczono we wszystkich szkołach średnich, na równi z greką, już daw-no utraciła swoją pozycję języka potocznego ludzi wykształconych. Chętnie posługiwano się łacińskimi przysłowiami, niektóre zasady prawa rzymskiego traktowane były jako uniwersalne – ale to wszystko. System prawa, ustrój państwa i jego instytucje, były w świecie nowożytnym nie do przyjęcia. Tak więc o kulturze łacińskiej w czasach obecnych można mówić jedynie w sensie przenośnym, chyba że ma się na względzie filozofię Kościoła katolickiego i wynikające z niej normy moralne.
Wśród nauk o społeczeństwie, naczelne miejsce zajmuje socjologia, wraz ze statystyką i ekonomią. Należy wszakże podkreślić, że stosując podział na science i lettres,  z których ta pierwsza jest wiedzą opartą na kryteriach naukowych, zaś druga teoriami wynikającymi z fantazji, ekonomia znajduje się wśród lettres, bliższa jest filozofii, niż nauce którą można eksperymentalnie zweryfikować.
Od drugiej połowy XIX wieku rozwijała się bujnie etnografia, której liczne publikacje przyciągnęły rzesze czytelników, zafascynowanych egzotyką. Spośród wielu autorów polskich i obcych, zacytuję jedynie książkę Bronisława Malinowskiego, mieszkającego w Londynie, który opublikował po angielsku „Życie seksualne dzikich”, a to dlatego, że w czasach dzisiejszych ten tytuł z racji niepoprawności politycznej, nie mógłby się ukazać. Z tych samych politycznych powodów wyeliminowano z powszechnej świadomości naukę o rasach ludzkich, a jeszcze w moich latach szkolnych uczyliśmy się o różnicach rasowych na lekcjach geografii. Chodziło nie tylko o wygląd zewnętrzny, lecz również o różnice obyczajowe, religijne i mentalne.
Antropologia, która tak wiele mogłaby wnieść do rozumienia otaczającego nas świata, została zmarginalizowana. Wyniki jej badań, a już szczególnie antropologii porównawczej, nie są nagłaśniane, zaś wyciąganie wniosków ogólnych surowo zakazane, gdyż stanowiłyby prostą drogę do uprzedzeń rasowych.
II

Cywilizacja  białego człowieka wywodziła się z trzech źródeł – z kultury starożytnej Grecji, starożytnego Rzymu i z chrześcijaństwa, rozdzielonego od razu na dwa nurty, bizantyjski i rzymski, znajdujące się w teologicznym sporze, w kwestii dogmatów wiary.  W ten sposób zrodziły się, a następnie utrwaliły, podział na Europę Wschodnią, której ośrodkiem religijnym było Bizancjum i Zachodnią, na którą składał się szereg szczepów barbarzyńskich, do czasów Karola Wielkiego pozbawionych jednolitego przywództwa. W czasach Karola Wielkiego wytworzył się etos rycerski, nieznany cywilizacji wschodniej. Rycerzem nie był po prostu mężny zabijaka, lecz człowiek wielorakich cnót, wzorowanych na bohaterach Plutarcha. Męstwo było jedną z nich, lecz nie jedyną. Znajdowało swoje miejsce w zestawie rycerskich cnót, do których należał honor, pojmowany szeroko. Podstawą była dbałość o swoje dobre imię, dotrzymywanie danego słowa, a tym samym wierność suzerenowi, któremu rycerz złożył przysięgę. Rycerzy powoływali królowie, a odbywało się to z wielkim ceremoniałem podczas turniejów rozgrywanych przed obliczem władcy i jego dworu. Rycerz klękał przed królem i składał ślubowanie. Otrzymywał z rąk władcy rycerski pas i ostrogi, stawał się wówczas rycerzem pasowanym. Król potwierdzał to lekkim uderzeniem płazem miecza w ramię, zatwierdzał herb rycerski dla niego i jego rodu. Rycerze pasowani stanowili elitę ponad granicami państw. Kolebką rycerstwa była Francja. Do stanu rycerskiego wstępowali rycerze walczący konno, stąd ich nazwa chevaliers, a niemiecka ritters. Nie wiemy skąd wzięła się idea, aby z tych konnych rycerzy utworzyć elitę kierującą się zasadami moralnymi. Rycerze ślubowali wierność Kościołowi, cześć dla kobiet, oraz obronę wdów, sierot i uciśnionych. Rycerz musiał być sans reproche, czyli bez skazy. W razie popełnienia czynu niegodnego, rycerz mógł być wykluczony ze stanu rycerstwa, jego tarcza herbowa zostawała uroczyście zła-mana, zaś w herbie, którym posługiwali się członkowie rodu wprowadzano istotną zmianę.
Czyny rycerskie opiewane były w pieśniach sławiących ich męstwo i wierność suzerenowi. Wspaniałym eposem jest „Pieśń o Rolandzie”, który w Pirenejach poległ odpierając najazd Saracenów, a równie piękny jest opis miłości Tristana do małżonki króla Izoldy, w którym oboje dochowują wierności.
Wojny krzyżowe spowodowały zanik cnót rycerskich, iż były to wyprawy łupież-cze, prowadzone przez powoływane w tym celu rycerskie zakony, a nabór do nich ograniczony był jedynie koniecznością nabycia rycerskiego ekwipunku. Polacy nie brali udziału w wyprawach krzyżowych, a ich pierwsze zetknięcie się z krzyżowcami, nastąpiło gdy na północy kraju rozpanoszył się zdeprawowany Zakon Krzyżacki.
W Polsce tradycja rycerska przeniosła się w sposób naturalny na szlachtę, która wyrastała z rodów rycerskich. Nie wszystkie, gdyż w miarę upływu czasu i zanikiem rycerstwa, jako takiego, wskutek zmian w uzbrojeniu, gdy miejsce miecza, tarczy i kopii zajęła szabla, powstawały nowe rody szlacheckie, powoływane przez sejm, a zatwierdzane przez króla,  lecz zawsze za zasługi wojenne.  Inaczej było na Zachodzie Europy, gdzie odpowiednika polskiego sejmu nie było, więc władca, król lub cesarz, powoływał do stanu szlacheckiego wedle własnego uznania. Stara szlachta wywodząca się z rycerstwa, usiłowała podkreślić różnicę pomiędzy „noblesse d’épée”, czyli wywodzącą się od miecza, a „noblesse de robe”, mianowaną za zasługi cywilne, lecz nie miało to żadnego praktycznego znaczenia.
III

Tradycje rycerskie były żywe wśród Polaków do połowy XX wieku, do czasu gdy ostatni żołnierze niezłomni polskiego podziemia umierali za Ojczyznę w walce, lub w ubeckich katowniach.
Kiedy po odzyskaniu niepodległości w Odrodzonej Polsce zniesiono formalnie wszelkie przywileje rodowe, było to posunięcie słuszne i sprawiedliwe, bowiem w wielkim Powstaniu Narodowym jakim dla Polaków były kampanie lat 1914-1920 zasłużyło się  tak wielu obywateli Rzeczypospolitej Polskiej że zniesienie różnicy wynikającej z urodzenia, stało się koniecznością. W praktyce nie miało to znaczenia, gdyż dziedzic pozostawał dla chłopów i żydów dziedzicem, zaś szlachta zaściankowa szczyciła się swoimi herbami i miała za lepszą od chłopstwa. A z drugiej strony, szlachta jako odrębny stan, już dawno utraciła swoją społeczną pozycję na rzecz inteligencji.
Wojsko polskie chociaż w kampanii wrześniowej 1939 roku w większości pochodziło z poboru, zachowało rycerską tradycję. Niemożna tej kampanii nazwać klęską, gdyż po pierwszych porażkach już w połowie  września sytuacja na froncie została opanowana, polski kontratak nad Bzurą powstrzymał napór Niemców, a mimo ich przewagi w wojskach pancernych i lotnictwie, wynik jej nie był przesądzony. Przesądziła sprawę bierność naszych fałszywych aliantów, a ostatecznie haniebna narada w Abbeville, stanowią-ca zaproszenie Stalina do napaści. Polacy bronili się jeszcze przez trzy tygodnie. Po prze-granej kampanii armia polska nie poszła  w rozsypkę, ani nie podpisała aktu kapitulacji. Kapitulowały poszczególne oddziały i zgrupowania wojska, gdy dalsza obrona stawała się beznadziejna, ale nie armia jako całość sił zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
Jakże inaczej przebiegało to kilka miesięcy później we Francji. Armia rozsypała się po pierwszych uderzeniach niemieckich, a w dwa i pół  tygodnia od rozpoczęcia kampanii marszałek Petain, słusznie nazwany putain skamlał o przyjęcie jego kapitulacji. Polska broniła się przed Niemcami i Sowietami przez prawie  pięć tygodni.
O rycerskości Polaków świadczy nie tylko zacięta walka jaką toczyli, bohaterska obrona Wizny, Westerplatte, Helu, Grodna, Wilna i Lwowa, a w tych trzech miastach walczyli głównie ochotnicy, ale stosunek do przeciwnika. Mimo bestialstwa Niemców i Sowietów, mordowanie przez nich jeńców i ludności cywilnej, Polacy nie mordowali jeńców, nawet w tak trudnych warunkach jak Powstanie Warszawskie.
W Częstochowie, gdzie znalazłem się po upadku Powstania, widziałem kilkakrotnie przemarsz kolumn jenieckich, najpierw sowieckich, a następnie niemieckich. W obu tych przypadkach, z szpaleru gapiów, wybiegały pojedyncze osoby, brutalnie odpędzane przez konwojentów, aby podać jeńcom chleb i papierosy. Wiem z opisów, że jeńcy alianccy w Niemczech przepędzani byli wśród rozwrzeszczanego tłumu, głównie kobiet, plujących na nich i dopuszczających się czynnej napaści.
Można to uznać za rzecz mało ważną, ale jakże znaczącą. Otóż, piloci RAF, używa-li wobec niemieckich lotników określenia „bandyci”. Ostrzegali się na przykład  przez radio: „bandyci na trzeciej”. Ten obyczaj rozpowszechnił się również w armii amerykańskiej i tak lotnicy nazywają swoich wrogów. Aliści, Polacy służący w RAF nie nazywali tak Niemców, chociaż ich postępowanie w Polsce było tak bestialskie, że przeraziłoby zwykłego bandytę. Już to powinno dać do myślenia.
Wszelako kwestią najistotniejszą, która umyka naszej uwadze, gdyż uważamy ją za oczywistą, jest że po wrześniu ’39 Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, były niemal w całości armią ochotniczą. Wprawdzie część wojska pochodziła z poboru i w zwartych grupach przedostała się na Zachód, ale żołnierzom dano możliwość opuszczenia szeregów i powrotu do domu, z której nie skorzystali. Najliczniejsi natomiast byli ochotnicy, którzy na własną rękę przedzierali się z Kraju do Francji, bądź przybywali z emigracji, aby za-ciągnąć się do wojska. Było to ostatnie w historii pospolite ruszenie.

IV

Jeszcze wiosną 1939 roku, Hitler nie miał w swoich planach inwazji na Polskę. Jego obsesją było pokonanie Anglii. Nie skrywał jej zresztą, więc wiadomo było o tym opinii publicznej, a nie tylko wywiadom wojskowym. Zagrożona też była Francja i kraje Bene-luksu, które leżały na drodze Hitlera do inwazji na Wyspy Brytyjskie. Anglia zawarła sojusz militarny z Francją, ale nie czuła się dostatecznie zabezpieczona, więc szukała innych sojuszników. Rozpoczęła dyplomatyczne zabiegi wobec Stalina, co nie było wszak-że dobrym pomysłem, gdyż ten uważał imperialistyczną Wielką Brytanię za głównego wroga Związku Sowieckiego. Aliści, zwrócił Brytyjczykom uwagę na fakt, iż ZSRR nie graniczy z III Rzeszą, więc aby ją zaatakować musiałby przejść przez Polskę. Próby na-mówienia Becka, aby się na to zgodził, oczywiście były bez sensu. Dopiero wówczas, co jest znamienne, zrodziła się w Anglii koncepcja wciągnięcia Polski do wojny z Niemca-mi.
Domorośli stratedzy na wyprzódki doradzają Beckowi jak miał postąpić w roku 1939, a mianowicie, że należało wspólnie z Niemcami pokonać ZSRR, a za ustępstwa na Pomorzu uzyskać Ziemie Ukrainne i dostęp do Morza Czarnego. Warto wiedzieć, że ta koncepcja sojuszu z Hitlerem, nie zrodziła się w głowach naszych amatorów gier komputerowych żyjących w świecie wirtualnym, ale wyłonił ją Jerzy Łojek, w broszurze na te-mat 1939 roku. Twierdził w niej, że Polska  powinna była  w sojuszu z Hitlerem napaść na Związek Sowiecki, a następnie, po zmianie wojennej koniunktury, odwrócić sojusze, tak jak uczynił to niegdyś Piłsudski i wraz z aliantami dobić III Rzeszę. Byłem zdumiony, gdyż Łojek jest wytrawnym historykiem, a tu wykazał się kompletnym brakiem rozeznania sytuacji. Piłsudski nie odwrócił sojuszy, co byłoby zdradą, lecz przeciwstawił się złożeniu przez Legiony przysięgi na wierność cesarzowi Austrii, gdyż godziłoby to w sens walki o Niepodległość Polski. Został uwięziony przez Prusaków, a jego Legiony internowano Został tym samym sprzymierzeńcem Ententy, zaś działający w jego imieniu Wieniawa nawiązał odpowiednie kontakty dyplomatyczne w Rosji i we Francji, dzięki którym zorganizowano w tych państwach wojsko polskie. Należy pamiętać o tym, że Piłsudski później oparł się propozycji Ententy w poparciu ich wojsk w wojnie z bolszewikami, w celu przywrócenia w Rosji monarchii, gdyż ta od dwustu lat była nieprzejednanie wroga Polakom i idei niepodległości Polski. W roku 1920 mógłby pójść dalej i zapewne zająć Moskwę, ale co potem?! Nasi wirtualni stratedzy nie zadają sobie trudnych pytań, a jest ich wiele.
Można wspomnieć, jako anegdotyczny przyczynek, że odmowa złożenia przysięgi cesarzowi Austrii miała przede wszystkim sens moralny,  lecz był i drugi, praktyczny,  który wyniknął sam przez się . Wojsko Piłsudskiego internowane, zostało wyłączone z krwawych zmagań Wielkiej Wojny. Internowani w obozie w Szczypiornie grali w piłkę, według nowych zasad nazwanych od ich obozu „szczypiorniakiem”. Kiedy komuniści doszli w Polsce do władzy i zacierali tradycję Legionów Piłsudskiego, nazwali tę grę „piłką ręczną” i pod tą nazwą istnieje dzisiaj jako konkurencja międzynarodowa.
III Rzesza utrzymywała poprawne stosunki z Rzeczpospolitą Polską, a nawet kurtuazyjne, ale jej propaganda na użytek wewnętrzny przedstawiała Polaków jako nieokrzesanych brudasów, którym trzeba odebrać utracone przez Niemców na skutek Traktatu Wersalskiego terytoria dawniej należące do Prus. Nazistowski ustrój Niemiec, diametralnie różny od parlamentarnego systemu politycznego Polski, wykluczał równorzędne partnerstwo rasy panów ze słowiańskimi podludźmi. Niemcy kilkakrotnie proponowali Polsce przystąpienie do paktu antykominternowskiego, przeciwko ZSRR, więc bardzo chętnie przyjęliby z jej strony wsparcie militarne, ale Beck nie chciał żadnego agresywnego aktu-paktu z Hitlerem.
Powstanie Państwa Polskiego zachodnie elity polityczne, a także klasa robotnicza, przyjęły z wrogością. Dla tych pierwszych stanowiło to bowiem naruszenie ładu europejskiego ustanowionego na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku, opierającego się na wspólnej granicy między Niemcami a Rosją, zaś dla drugich kraj nieprzyjazny „państwu robotników i chłopów”. Kongres powołał Królestwo Polskie, ale pod berłem cara Aleksandra, który do tytułu cesarza Rosji dodał tytuł króla polskiego. Podczas dwudziestolecia Polski Odrodzonej, te poglądy nie uległy rewizji. Dyplomacja sowiecka była profesjonalna, zaś propaganda odnosiła niebywałe sukcesy, malując ZSRR jako państwo demokratyczne, zapewniające szczęśliwe życie swoim obywatelom.
Całkiem odmienna była sytuacja Polski, która już na Kongresie Wersalskim musiała odpierać żydowskie pomówienia o antysemityzm i ucisk innych mniejszości narodowych. Obradami Kongresu manipulowali żydowscy bankierzy, więc te pomówienia znajdowały posłuch. Spowodowało to nałożenie na Polskę wielu restrykcji, mających zabezpieczyć prawa mniejszości. Ten termin „mniejszości narodowe” powstał właśnie wówczas i miał zabezpieczyć żydowskie interesy w Polsce. W ocenie dyplomatów powołanie niepodległego Państwa Polskiego było błędem, chociaż to nie Kongres Wersalski utworzył Państwo Polskie, które zdobyliśmy „krwią i blizną”. Z tej perspektywy należy spojrzeć na sytuację Rzeczypospolitej Polskiej w roku 1938.
Gdyby Polska uwikłała się w pakt z Hitlerem, żadne odwrócenie sojuszy nie byłoby możliwe, gdyż celem państw zachodnich była likwidacja Państwa Polskiego. Z kart historii odeszlibyśmy w hańbie, jako kolaboranci Hitlera. Czy Polska miałaby wówczas szansę utrzymania własnej państwowości, choćby wasalne?!

V

Pułkownik Józef Beck był najlepszym ministrem spraw zagranicznych, jakiego mieliśmy w naszych dziejach, przewyższającym swoich odpowiedników w innych państwach. Wprawdzie Ribbentrop i Mołotow byli zręcznymi graczami, ich sojusz zawarty dla pokonania i unicestwienia Polski okazał się skuteczny, lecz od początku było wiadomo, że nie wytrzyma próby czasu, że ze względu na wybujałe ambicje przywódców obu państw socjalistycznych, w których władzę sprawował aparat partyjny, przy pomocy policji politycznej. Ponieważ oba te państwa dążyły do podboju Europy, więc prędzej czy później musiało dojść między nimi do militarnej konfrontacji, zaś jedyną niewiadomą było kiedy to nastąpi.
Nie tylko Józef Piłsudski i Józef Beck zdawał sobie sprawę ze śmiertelnego  zagrożenia Polski, leżącej pomiędzy dwiema wrogimi militarnymi potęgami. Hitler dążył do anulowania Traktatu Wersalskiego domagał się zwrotu niegdyś niemieckich terytoriów wschodnich znajdujących się w Polsce, zaś Stalin dyszał żądzą zemsty za przegraną przez ZSRR wojnę 1920 roku, w której sam brał niechlubny udział, uciekając wraz z Armią Czerwoną przed naporem Polaków.
Beck prowadził do czasu zręczną grę dyplomatyczną z III Rzeszą i ZSRR. Nawiązał przyjazne stosunki z królestwem Rumunii i z królestwem Italii, podtrzymywał przyjaźń z Węgrami. W 1938 roku odebrał Czechom Śląsk Cieszyński zamieszkały niemal wyłącz-nie przez Polaków, aby nie zawdzięczać jego zwrotu Hitlerowi, nie zapędził się wszakże po Karwinę, w której mieszkali również Polacy, co było wówczas do osiągnięcia. W tym samym roku zawarł traktat pokojowy z Litwą co umożliwiło normalizację stosunków miedzy obydwoma państwami, gdyż do tej pory nie było połączeń drogowych i kolejowych, ani nie funkcjonowała poczta, telefony i telegraf.
Czy mógł przewidzieć zdradę Anglików i Francuzów? Otóż nie! W cywilizowanym świecie było to nie do pomyślenia. To było tak nieprawdopodobne, jak gdyby Wisła po-płynęła od Gdańska do Beskidów, zwłaszcza, że oba te państwa kwestię honoru podnosiły bardzo wysoko, wszak pojęcie dżentelmena zrodziło się w Anglii, podobnie jak fair play,  zaś francuskim najwyższym odznaczeniem była Legia Honorowa. Nie mógł tego przewidzieć, że słowo gentleman zdegraduje się do informacji na drzwiach publicznej toalety.
Beck w żadnym razie nie mógł przewidzieć, że  kwestia honoru jest dla Anglików i Francuzów bez znaczenia. Przyjął brytyjską propozycję wspólnej obrony przed ewentualną agresją Hitlera w dobrej wierze. Nie można mieć pretensji do Anglików, że wciągnęli Polskę do wojny, aby odwrócić uderzenie na Wielką Brytanię, zwłaszcza że układ o wspólnej obronie przed agresja niemiecką, był również dla Polski korzystny. Aliści, jest rzeczą haniebną i niewybaczalną , że był to układ fałszywy, że brak w nim było konsekwencji.

VI

Omawiając sytuację Polski roku 1939, trzeba wziąć pod uwagę, że nie miała wielu przyjaciół wśród elit politycznych i opiniotwórczych. Hitler miał zwolenników w Wielkiej Brytanii, we Francji i Stanach Zjednoczonych. Natomiast Stalin, przywódca państwa robotników i chłopów, budził niezmiernie ciepłe uczucia. Wyłaniają się trudne pytania, zaś podstawowym jest, czy Wielka Brytania i Francja chciały pokonać III Rzeszę, czy Polskę wymazać z mapy Europy.
W 1939 roku, już po wciągnięciu przez Anglików Polski do wojny, Hitler był w trudnej sytuacji, wręcz beznadziejnej. Włochy, zaprzyjaźnione z Polską, odmówiły mu wzięcia udziału w wojnie,  wysuwając jakieś nieistotne preteksty. Podobnie zachowała się Hiszpania, mająca wszakże zobowiązania wobec III Rzeszy, za pomoc w stłumieniu rewolucji komunistycznej. Hitler był do pokonania w roku 1939 przez połączone siły Pol-ski, Francji i Anglii, bez względu na to, które z państw zostanie zaatakowane jako pierwsze. Potencjał militarny tych trzech państw, nie pozostawia co do tego wątpliwości.
Hitler jeszcze w maju 1939 roku planował uderzenie na Wielką Brytanię, ale po zawarciu przez nią układu militarnego, skorygował swoją strategię, za cel uderzenia obie-rając Polskę. Chciał bowiem uniknąć wojny na dwa fronty, której się słusznie obawiał. Wiedział, że jeśli zaatakuje państwa zachodnie Polska natychmiast przystąpi do wojny, wypełniając swoje traktatowe zobowiązanie. Po doświadczeniu z Monachium uznał, że wyliniały Lew Albionu znowu stchórzy w godzinie próby, zaś zdemoralizowanych, tkwiących za swoją Linią Maginote’a Francuzów, po prostu lekceważył. Nie przeliczył się, niestety. Wczesnym rankiem 1 września, bez wypowiedzenia wojny, na uśpioną Polskę runęła horda morderców Luftwaffe, której Hitler polecił aby zabijali wszystko co się porusza. To nie od salwy armatniej na Westerplatte rozpoczęła się II Wojna Światowa, ale od zmasowanego nalotu  niemieckich bombowców na całkowicie bezbronne miasto Wieluń, w którym nie było wojska, a więc obrony przeciwlotniczej. Miasto zostało doszczętnie zrujnowane, a tysiące jego mieszkańców poniosło śmierć, lub ciężkie obrażenia. Było to w historii wydarzenie bez precedensu, bo trudno porównywać niewielkie straty jakie w roku 1937 poniosła Guerenica, z tym co wydarzyło się w Wieluniu. Tego samego dnia 1 września, została śmiertelne postrzelona przez niemieckiego lotnika moja babcia, Celina z Hryniewieckich Pieńkowska powracająca w Częstochowie z Jasnej Góry do do-mu. Jej obraz, pięknej kobiety, szlachetnej i pobożnej, zatarł się powoli w mojej dziecięcej pamięci
Już od pierwszego dnia wojny, postępujące w głąb Kraju wojska niemieckie popełniały zbrodnie, mordując jeńców i ludność cywilną. Ujawniły się też liczne oddziały tak zwanej samoobrony (Selbschutz) umundurowane i uzbrojone, mordujące swoich polskich sąsiadów. Wszystkie te zbrodnie uchodziły Niemcom bezkarnie, gdyż Anglia i Francja poprzestały na formalnym wypowiedzeniu Niemcom wojny i pozostały bezczynne.
Nasi fałszywi alianci doskonale wiedzieli o zbrodniach wojennych popełnianych przez Niemców Polsce, z różnych źródeł, a również z bieżących informacji nadawanych przez polskie rozgłośnie radiowe. Nie wzruszał ich los ludności cywilnej ginącej tysiącami pod gruzami bombardowanych miast, mordowanych z powietrza na drogach ucieczki przed hordami morderców. A wszakże ludność cywilna, to przede wszystkim kobiety, starcy, niemowlęta i dzieci. Obojętność na los tak licznych niewinnych ofiar godziło w zasadę humanitaryzmu, odstąpienie od zobowiązań traktatowych było haniebne, zaś przypieczętowanie tej hańby nastąpiło 12 września w Abbeville. W tym dniu w kuracyjnej miejscowości na północy Francji miała miejsce sekretna narada połączonych sztabów, angielskiego i francuskiego. Tego samego dnia ofensywa wojsk niemieckich utknęła wskutek oporu Wojska Polskiego, gdyż za czołgami nie nadążało zaopatrzenie. Hitler słał rozpaczliwe monity do Stalina, aby zgodnie z umową najechał na Polskę, lecz Stalin pykając fajeczkę spokojnie czekał na rozwój wydarzeń w teatrze wojny.
Uczestnicy narady w Abbeville wiedzieli o postępach ofensywy niemieckiej. Od sierpnia 1939 roku znali też tajny układ Ribbentrop-Mołotow, o którym nie poinformowali Polaków, mimo że byli przez nich informowani o wszystkich ustaleniach wywiadu, a trzeba też wspomnieć o otrzymanej w prezencie „Enigmy”, z kluczem do jej rozszyfrowania i metodzie szyfrów.
W Abbeville uznano pochopnie, że inwazja Stalina na Polskę jest nieuchronna, a wobec tego postanowiono ją poświęcić, dla bezpieczeństwa państw zachodnich. O tej haniebnej decyzji, nie wykonania zobowiązań traktatowych, Stalin dowiedział się w tym samym dniu od swoich szpiegów. Zdecydował się napaść na Polskę, której po doświadczeniach 1920 roku, wciąż się obawiał.
12 września 1939 roku w Abbeville, tę datę i tę miejscowość należy zapamiętać, gdyż właśnie wówczas i  w tym miejscu, zadano śmiertelny cios zachodniej cywilizacji, śmiertelny, bo już się z niego nie podniosła, zaś lata następne pogłębiały jej upadek, który trwa do dnia dzisiejszego.
VII

Rzeczpospolita Polska, państwo które odrodziło się ze zniewolenia, stworzyło jednolity system prawny i administracyjny, zreformowało prawo w duchu demokratycznym ( prawa pracownicze, prawa kobiet, zniesienie przywilejów rodowych)  zreformowało finanse ustanawiając silny złoty oparty na parytecie złota, zapobiegło bezrobociu przez program robót publicznych, w wyniku którego powstała Gdynia i Centralny Okręg Przemysłowy. Ustawodawstwo sprzyjało zarówno wielkim zakładom pracy, jak średnim i małym przedsiębiorstwom. Wprowadzono powszechne, obowiązkowe kształcenie podstawowe (przymus szkolny) i szereg stypendiów w szkołach średnich, dla wyrównania szans uczniów z rodzin niezamożnych, zaś na uczelniach wyższych  działał tak zwany „Bratniak”, Kasy Bratniej Pomocy, finansowane przez „filistrów”, z których studenci mogli czerpać dowolnie, wszelako pod warunkiem spłaty długu po uzyskaniu dyplomu i przejścia do kategorii „filistrów”, wspierających finansowo  Bratniaka.
Opieka zdrowotna była zabezpieczona, pod wieloma względami. Pracodawcy byli zobowiązani do ubezpieczenia siebie, swoich pracowników i ich rodzin w „Kasach Chorych”, zapewniających  bezpłatne świadczenia medyczne. Z pomocy Kas Chorych nie korzystali ludzie zamożni, mając do dyspozycji szereg gabinetów lekarskich. Bezpłatne przychodnie lekarskie, przeznaczone dla osób nigdzie nie zatrudnionych, a więc nie należących do Kas Chorych, były zakładane przez różne instytucje pozarządowe (PCK, Caritas i inne). W naukach medycznych Polska wówczas przodowała na świecie, z Państwo-wym Zakładem Higieny, współpracującym z wydziałami medycznymi na uniwersytetach. Nie tylko w medycynie odnosiliśmy wówczas sukcesy naukowe, studia politechniczne dorównywały światowej czołówce, humanistyczne – były wartością samą w sobie. Kultura rozwijała się harmonijnie od Średniowiecza. Była wówczas kultura łacińska. W tym języku tworzono poezję i prozę. Renesans rozbudził piśmiennictwo polskie, choć długo jeszcze łacina była  językiem rozpraw naukowych, a także konwersacji osób wykształconych. W rozważaniach o polskiej kulturze nie można pominąć jej łacińskiego okresu, gdyż miał on istotny wpływ na naszą świadomość narodową.
Od Renesansu, od wspaniałych poetów i prozaików piszących po polsku, rozpoczyna się nowy okres  polskiej kultury. Piśmiennictwo polskie dominuje w dziełach literackich i łagodnie przechodzi w literaturę nowożytną.
Kwitło życie kulturalne i towarzyskie. Przedstawienia w teatrach operowych, dramatycznych i kabaretach, koncerty w filharmoniach szły kompletami. Liczne muzea i urządzane w nich wystawy cieszyły się dużą frekwencją. Filmy, produkowane w kilku niezależnych od siebie wytwórniach, przyciągały widzów do kin, a występujący w nich artyści stawali się ulubieńcami publiczności. Kilkadziesiąt tytułów prasowych, nakłady książek luksusowych i popularnych w wydawnictwach groszowych, stanowiły pożywkę rozmów kawiarnianych, gdyż życie kawiarniane rozwijało się bujnie. Rauty i bale, pokazy mody, oraz liczne konkursy, stanowiły sensacje prasowe.
To oczywiście nie wyczerpuje tematu, życia towarzyskiego, należy wspomnieć o licznych stowarzyszeniach, zarówno kulturalnych, jak na przykład „Zachęta”, finansująca sztuki piękne, jak pospolitych, w rodzaju Ligi Ochrony Przyrody dbających o środowisko naturalne. Polskie Towarzystwo Tatrzańskie i Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, opie-rające się wyłącznie na społecznych działaczach podobnie jak Liga Morska i Kolonialna, Liga Obrony Przeciw Powietrznej miały licznych członków. Nie sposób pominąć kluby sportowe, a także związki młodzieżowe, Harcerstwo, Sokoła, Wici, Sodalicję Mariańską, korporacje akademickie. Dodać należy, ożywioną działalność ruchu spółdzielczego, zrzeszającego tysiące akcjonariuszy dbającego o interesy ekonomiczne, a także o interes moralny wynikający z kultury handlu .
Państwo Polskie nie było państwem Królestwa Bożego, w duchu św. Augustyna. Miało wiele problemów, z którymi musiało się zmierzyć. Jednym z nich były mniejszości narodowe, których prawa zabezpieczał Traktat Wersalski. Owe mniejszości, to byli  przede wszystkim Żydzi, którzy korzystając z ówczesnej tolerancji powołali partię Komunistyczną Partię Polski, będącą agenturą sowiecką. KPP prowadziła też działalność dywersyjną i terrorystyczną, była nieprzejednanym wrogiem „burżuazyjnej” Polski, dążyła do odłączenia Kresów, założyła własne agentury na Zachodniej Ukrainie i Zachodniej Białorusi (KPZU, KPZB), oraz na Wileńszczyźnie, zaś na terytorium niegdyś należącym do Prus, współpracowała z KPD. Również szkodliwe, choć w mniejszym stopniu było działanie polskich partii politycznych, opozycyjnych wobec rządu R.P. Wśród nich na pierwszy plan wysunęła się Narodowa Demokracja, której fanatyczny zwolennik Eligiusz Niewiadomski dokonał zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza. Nie otrzeźwiło to jej członków, którzy aż do 1939 roku przejawiali chorobliwą niechęć do Piłsudskiego, nawet po jego śmierci, przenosząc swoją wrogość na piłsudczyków.
Partyjniactwo zgubiło Polskę stając się przyczyną Jej politycznej klęski, bo militarnie poniosła jedynie porażkę, zachowując swe siły do walki o Niepodległość.                                                                                                                                   VIII

Polska we wrześniowej kampanii roku 1939 stawiła skuteczny opór armii niemieckiej, pomimo jej przewagi w sprzęcie i liczebności wojsk. Wyposażenie wojska polskiego było wówczas na wysokim poziomie, lecz trudno się spodziewać, aby dorównało armii przygotowywanej na podbój Europy ”und morgen die ganze Welt”. Harmonijnie rozwijające się Państwo Polskie nie tworzyło kosztem obywateli ogromnej armii, lecz tylko taką, która będzie w stanie obronić jej granice. Niemcy wprowadziły hasło „armaty zamiast masła” i stopa życia ich obywateli była rażąco niższa od sytuacji materialnej Polaków. O warunkach życia w Związku Sowieckim, nawet nie ma co mówić. Zbrojenia w celu rozpętania rewolucji światowej, były od zarania państwa sowieckiego priorytetem. Miliony obywateli  zmarłych z głodu, były wliczone w koszta rewolucji. Niestety, marszałek Pol-ski Edward Śmigły-Rydz, nie dorósł do wysokości zadania. Wziął sobie do serca wskazówkę Piłsudskiego, iż „nie wygracie wojny na dwa fronty” i zinterpretował ją po swojemu. Zabezpieczył granicę z Niemcami, co dało pozytywne efekty, lecz całkowicie zaniedbał granicę wschodnią. Co więcej, już po ataku Armii Czerwonej, wydał dyrektywę aby z nią nie walczyć , gdyż są to nasi sprzymierzeńcy w wojnie z Niemcami. Jego kardynalnym błędem było opuszczenie walczącej armii i ucieczka do Rumunii, gdzie został internowany, a zatem pozbawiony wszelkiej możliwości wpływu na bieg wydarzeń. Na szczęście nie wywołało to defetyzmu w polskiej armii, która walczyła do upadłego, w Polsce i na Jej wschodnich terytoriach. Bohaterska obrona miast – Grodna, Wilna, Lwowa i Twierdzy Brzeskiej – wsparta przez rzesze ochotników, głównie młodzieży,  powinna była przejść do historii, lecz czyni się wiele, aby została zapomniana.
Zgodnie z owym nieszczęsnym planem obrony Polski, istniał też „wariant B”, w razie porażki wojska polskiego na froncie rząd R.P. miał udać się na emigrację, której stacją docelową miała być jedna ze stolic naszych sojuszników, tą samą drogą miały podążyć resztki wojska. Wyjechał prezydent Ignacy Mościcki, Józef Beck, oraz Rydz-Śmigły, jedyny, który nie powinien był opuszczać walczącej armii. Ewakuowany z Polski rząd R.P. utknął w Rumunii w obozach internowania. Rumunia złamała tym samym dotychczasowe traktaty wsparte deklaracjami o przyjaźni, które gwarantowały swobodne przejście Polaków przez ich kraj. Uwięziony prezydent Mościcki, posłużył się przepisem w Konstytucji R.P., przewidującej możliwość ustąpienia ze stanowiska, w razie niemożności sprawowania władzy, a w takim przypadku wyznaczenia swojego następcy. Powołał Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Był to wybór trafny, gdyż Wieniawa był ze wszech miar najlepszym kandydatem na to stanowisko, był jedną z wybitnych postaci Polski Odrodzonej. Łączył w sobie walory ziemianina inteligenta. Doktór medycyny, ukończył również Akademię Sztuk Pięknych w Paryżu,  gdzie przez kilka lat prowadził wraz z żoną salon literacko-artystyczny. Władał poprawnie i biegle co najmniej pięcioma językami obcymi – niemieckim, francuskim, włoskim, angielskim i rosyjskim, znał łacinę i zapewne rumuński. Był poetą, malarzem, a przede wszystkim kawalerzystą, odważnym do szaleństwa, lecz nie narażającym niepotrzebnie życia swoich żołnierzy.  Należał do tych dowódców, którzy umieją „myśleć w galopie”, według jego własnego określenia.
Nic dziwnego, że wcześnie dostrzegł go i docenił komendant Piłsudski, uczynił go swoim adiutantem przeznaczonym do wykonywania szczególnie trudnych zadań bojowych, a wykorzystywał również jako asystenta do rozmów w sztabie austriackim i pruskim.
25 września Wieniawa Długoszowski został zaprzysiężony przez ambasadora Łukaszewicza i objął urząd prezydenta R.P., co zostało  tegoż dnia ogłoszone w „Monitorze Polskim”. W nocy z 25 na 26 września, gdy tylko pierwsze egzemplarze „Monitora” wy-szły z pod prasy, ambasador Łukaszewicz formalną notą powiadomił o tym fakcie vice ministra spraw zagranicznych Francji Augusta Champetier de Ribes, co zostało przychyl-nie przyjęte. Aliści, w południe tego samego dnia, Champetier de Ribes wezwał ambasadora Łukaszewicza, aby go poinformować, że wybór następcy Mościckiego „nie jest szczęśliwy”, że rządy państw sprzymierzonych, nie widzą możliwości współpracy z Wieniawą, jako prezydentem R.P.  A ponieważ nie wysunął żadnych zastrzeżeń formalnych, Łukaszewicz „nie przyjął tej opinii do wiadomości”. W tej sytuacji Wieniawa po naradzie z ambasadorami Łukaszewiczem i Raczyńskim (ambasadorem w Wlk. Brytanii, który przyjechał do Paryża, aby być na miejscu najważniejszych wydarzeń) wysłał do prezydenta prośbę o zwolnienie go z tego obowiązku, aby nie eskalować konfliktu .
Niestety, w tym czasie pojawiła się w Paryżu grupa wypędków, przeciwników rządu R.P. którzy korzystając z trudnej sytuacji Polski  chcieli zrobić karierę polityczną. Ci pieczeniarze, swoimi intrygami, ułatwili naszym fałszywym sojusznikom wybrnięcie z kłopotliwej pozycji w jakiej się znaleźli po zdradzie w Abbeville, o której Polacy, nie tylko wówczas, lecz również wiele lat po wojnie, nie wiedzieli. Legalny rząd polski mógłby się twardo domagać realizacji zobowiązań traktatowych. W zupełnie odmiennych warunkach znajdował się alternatywny rząd, powołany przez Francuzów z pogwałceniem norm prawa międzynarodowego, a więc w gruncie rzeczy nielegalny. Dwuznaczną jest postawa Edwarda Raczyńskiego, pełniącego obowiązki ambasadora R.P. w Wlk. Brytanii, który dał się wysunąć na urząd prezydenta. Nie chcę go usprawiedliwiać, ani stanowczo potępiać, być może kierowały nim dobre intencje, ratowania tego, co tylko się da. Aliści, nic zgoła nie dało się już uratować. Na czele tego fikcyjnego rządu, fikcyjnego podwójnie, bo pozbawionego bezpośredniego kontaktu z obywatelami, stanął Władysław Sikorski, w podwójnej roli – premiera i naczelnego wodza. Zawistnik Piłsudskiego, wróg piłsudczyków, endeków i narodowców, żywiący zadawnioną osobistą urazę do Wieniawy Długoszowskiego. Ten „rząd”, nie mając żadnego pola działania, skupił się na zwalczaniu wy-mienionych Polaków, uznanych przez siebie za wrogą opozycję. Główną jego troską stało się  zablokowanie w obozach internowania  w Rumunii prezydenta R.P.  i członków rządu, co przy pomocy dyplomatów francuskich, którym również na tym zależało, okazało się skuteczne. Gdyby Mościckiemu udało się dotrzeć do Paryża, wówczas powołanie jego następcy, byłoby bezprzedmiotowe, i nie byłoby perspektywy na stworzenie jakiegoś alternatywnego rządu, bo legalny rząd istniał, a należało jedynie wydobyć go z rumuńskiej pułapki. Mościcki nie wyjechał z Polski „wymachując szwajcarskim paszportem”, ale wytrwał na stanowisku do końca, dopóki mógł jeszcze coś zrobić w sprawie Polski, a o paszport wystąpił dopiero wówczas, gdy na jego miejsce został zatwierdzony przez na-szych fałszywych aliantów, Raczkiewicz. Wówczas on sam stał się osobą prywatną i nie było żadnego sensu pozostawania w internowaniu.
My w Kraju o tych brudnych grach, głęboko utajnionych przed opinią publiczną, nic nie wiedzieliśmy, bo i skąd. Powołany bezpośrednio po przegranej kampanii wrześniowej, konspiracyjny rząd polski, w skład którego weszli przedstawiciele wszystkich partii i stronnictw, z wyjątkiem komunistów, którzy wówczas jawnie współpracowali z Niemcami, podporządkował się rządowi na emigracji, co znalazło swój wyraz w nazwie „Delegatura Rządu na Kraj”. Polskie Państwo Podziemne, stanowiące naturalną kontynuację Rzeczypospolitej Polskiej, było najwyższym przejawem ducha narodowego. Jego struktury zaczęto tworzyć już we wrześniu 1939 roku w przewidywaniu  militarnej porażki. Polacy zaznali kilku porażek w ciągu ponad stu dwudziestu lat niewoli przed odzyskaniem niepodległości i utworzeniem państwa. Wiedzieli, że militarna porażka nie jest klęską, ale wymaga zbiorowego działania w nowych warunkach. Porażka Powstania Listopadowego nie osłabiła ducha , przeciwnie – zrodziła Wielką Emigrację, stanowiącą wielkie osiągnięcie kulturalne, kształtujące kila następnych pokoleń Polaków. Porażka Powstania Styczniowego  wzmocniła naszą świadomość narodową i zrodziła potrzebę „pracy u podstaw”, obok przygotowań do następnego czynu zbrojnego. Józef Piłsudski, urodzony już po Powstaniu, napisał ważną pracę historyczną na jego temat. Wysnuł z niego wnioski , które ukształtowały jego myśli na temat sposobu działań w walce o nie-podległość. Mógłbym zacytować wiele maksym z tej pracy historyczno-politycznej,  lecz nie widzę takiej potrzeby, gdyż wyrażały one ogólne odczucia społeczeństwa polskiego. Aliści, istnieje pewna kwestia, nieznana szerszemu ogółowi, a niedoceniana przez  wielu historyków. Podczas Powstania Styczniowego, władze powstańcze utworzyły wiele struktur działalności państwa, między innymi finansów, a znaczną zasługę na tym polu można przypisać Leopoldowi Kronenbergowi członkowi Rządu Narodowego. Żyd z urodzenia a Polak z duszy. Mój profesor Stefan Kieniewicz napisał książkę na temat Po-wstania Styczniowego, wydał ją w PRL, a stanowi ona ważny przyczynek do tematu.
Polacy w roku 1939 mieli doświadczenie wychodzenia z porażek militarnych, a na-wet obracania ich na własną korzyść. Jestem głęboko przeświadczony, że gdyby konspiracyjne władze nie podporządkowały się klice z Paryża, następnie z Angers, a potem z Londynu mogłyby więcej zdziałać dla Polski. Destrukcyjna działalność tego marionetkowego rządu ingerującego w sprawy krajowe jest haniebna i niebywała, lecz nie miejsce, aby ją tu rozważać, gdyż chcę powrócić do wiodącego tematu tego rozdziału, a mianowicie klęski cywilizacji białego człowieka.

IX

Zdrada w Abbeville, wymierzona przeciwko Polsce, była również zgubna dla na-szych fałszywych aliantów. We wrześniu 1939, jak twierdzi większość poważnych analityków, Hitler był do pokonania siłami sprzymierzonymi w ciągu kilku miesięcy. Gdyby chodziło o pokonanie Hitlera, działania byłyby oczywiste. Aliści, wszystko wskazuje na to, że cel był inny. Hitler miał wielu zwolenników zarówno we Francji, jak i w Wielkiej Brytanii. Od ponad stu lat panowała doktryna, że pokój w Europie może zapewnić jedynie równowaga sił Rosji i Niemiec. Nie miało znaczenia w perspektywie historii, że na czele Rosji stał jakiś tam Stalin, a w Niemczech Hitler. Przywódcy państw się zmieniają, zaś dzieje toczą się własnym trybem. Fałszywość tej ideologii jest oczywista po II Wojnie Światowej.
Jeżeli przyjmiemy hipotezę, ze celem Francuzów i Brytyjczyków nie było zniszczenie Hitlera, ale że rzeczywistym dążeniem było przywrócenie ładu europejskiego, które-mu na zawadzie stała Polska, to w tym aspekcie zrozumiałe są zaniechania ze strony obu tych państw. Jest to teza o wiele łatwiejsza do udowodnienia, niż że chodziło o co innego. W Polsce rozgrywał się dramat. Zbrodnie wojenne dokonywane przez obu najeźdźców były przerażające. Oczywiście rządy Francji i Anglii były o tym poinformowane z licznych źródeł. Aliści, jak już wspomniałem, nie wzbudziło to żadnej reakcji, zaś Polacy by-li mamieni do końca, nawet do końca wojny,  obiecywaną pomocą – najpierw militarną, a później dyplomatyczną. Światowa opinia publiczna nie była informowana o wydarzeniach w Polsce. Konieczność utrzymywania narady w Abbeville w tajemnicy, a później wyjaśnienie dlaczego Polska została oddana pod władzę Stalina,  spowodowała, że kwestia polska pociągnęła za sobą szereg kłamstw. Propaganda przypisywała Polakom najgorsze cechy, a nawet zbrodnie, jak mordowanie Żydów w kolaboracji z Niemcami, a po wojnie na własną rękę. Można zaobserwować, jak w ciągu minionych pięćdziesięciu lat osaczała nas kłamliwa propaganda, wobec której byliśmy bezradni, bo pozbawieni głosu na forum międzynarodowym, a jesteśmy pozbawieni go nadal, gdyż pod tym względem niewiele się zmieniło.
Od  X wieku wschodnia granica Polski wyznaczała granicę cywilizacji europejskiej. Nie chodzi tu o granicę Państwa Polskiego bo z tym bywało różnie, lecz o terytorium zamieszkane przez Polaków. Przyjmuje się, że Polacy żyli w niewoli państw zaborczych przez 123 lata, od roku 1795 do 1918. nie jest to ścisłe, gdyż  owa niewola miała  różne aspekty i pojawiała się niekiedy „jutrzenka wolności”. Księstwo Warszawskie było państwem wasalnym wobec Napoleona, tak dalece, iż ten nawet nie przywrócił nazwy Pol-ska, aby dogodzić swoim ówczesnym sprzymierzeńcom, Rosji i Prusom. Kongres Wiedeński przywrócił Królestwo Polskie, było to państwo wobec którego analogie z PRL są oczywiste. Aliści, skoro mowa o wasalizacji Polski, nie można  pominąć całego okresu opłakanych rządów Stanisława Augusta, a może  jeszcze wcześniejszego, datowanego od 1717 roku, gwarancji cara Piotra dla Polski. Wszelako pod rządami Poniatowskiego deprawacja następowała niezmiernie szybko. Jeszcze car Piotr ubolewał, że nie może zna-leźć w Polsce ludzi przekupnych, to już Najjaśniejsza Imperatrica nie miała z tym żadne-go problemu.
Jeśli istotnie celem Anglików i Francuzów było przywrócenie wiedeńskiego ładu z 1815 roku, to cel ten został osiągnięty. Francuzi już w 1940 roku, po przegranej kampanii z armią niemiecką podpisali akt kapitulacji i weszli w sojusz z Hitlerem. Anglia jako główny rozgrywający, zawarła w roku następnym sojusz ze Stalinem,  zbrodniarzem znacznie większego kalibru od Hitlera. Zbrodnie Sowietów popełniane prze nich w miarę postępu wojsk na terytorium Polski, nie czyniły na nich większego wrażenia, niż zbrodnie wojenne zapoczątkowane w roku 1939. Łatwo wybaczono Francuzom ich kolaborację z Niemcami i Francja dołączyła do grona państw zwycięskich, bo takie były założenia ładu europejskiego. Anihilacja Polski była jego częścią, dopuszczał on istnienie Polski pod władzą Stalina, jak po Kongresie Wiedeńskim pod berłem Aleksandra.
Nikczemność Anglików wobec Polaków, wielu tłumaczy względami praktycznymi, ale ci, którzy usprawiedliwiają ją w ten sposób, nie dostrzegają, że praktycyzm wyparł moralność stanowiącą wszakże filar cywilizacji. Podczas tamtych wydarzeń, nikt nie ośmieliłby się tak jasno postawić kwestii, iż cel uświęca środki. „ Chcieliśmy, aby z tej wojny wyszły zwycięsko Anglia i Francja, oraz Rosja i Niemcy”. Dlatego jakaś tam uczciwość wobec Polski nie miała żadnego znaczenia. Należało tego wariata Hitlera po-zbawić władzy, a dobrotliwego wujka Joe przekształcić w sprzymierzeńca. Był to pierwszy krok na drodze ku upadkowi cywilizacji. Nieuchronnie pociągnął za sobą następne, które omówię w rozdziale zatytułowanym „Upadek”.

łacińskiej, bądź europejskiej. Pierwsze z tych określeń jest ana-chroniczne, zaś drugie zawężające, a wszakże ta cywilizacja rozprzestrzeniała się wszę-dzie tam, gdzie żyli ludzie białej rasy, wychowani według określonych kryteriów cywili-zacyjnych. Pod wpływem cywilizacji łacińskiej, Europejczycy znajdowali się wówczas, kiedy łacina była językiem ludzi wykształconych, używanym powszechnie, nie tylko w instytucjach, lecz i w życiu codziennym. W tym języku pisano rozprawy naukowe, które przez to uzyskiwały zasięg międzynarodowy, sporządzano akty prawne, tworzono litera-turę. Tak było w Średniowieczu i do końca epoki Renesansu. Później językiem ludzi wy-kształconych stał się francuski, a warto wspomnieć, że języka angielskiego jeszcze do czasu panowania królowej Elżbiety, w ogóle nie było. Wraz z rozwojem niemieckiej na-uki i filozofii, która zajęła miejsce poczesne, język niemiecki zyskał pozycję międzyna-rodową, choć nie zagroził prymatowi francuskiego.
Łacina, której uczono we wszystkich szkołach średnich, na równi z greką, już daw-no utraciła swoją pozycję języka potocznego ludzi wykształconych. Chętnie posługiwano się łacińskimi przysłowiami, niektóre zasady prawa rzymskiego traktowane były jako uniwersalne – ale to wszystko. System prawa, ustrój państwa i jego instytucje, były w świecie nowożytnym nie do przyjęcia. Tak więc o kulturze łacińskiej w czasach obecnych można mówić jedynie w sensie przenośnym, chyba że ma się na względzie filozofię Ko-ścioła katolickiego i wynikające z niej normy moralne.
Wśród nauk o społeczeństwie, naczelne miejsce zajmuje socjologia, wraz ze staty-styką i ekonomią. Należy wszakże podkreślić, że stosując podział na science i lettres,  z których ta pierwsza jest wiedzą opartą na kryteriach naukowych, zaś druga teoriami wy-nikającymi z fantazji, ekonomia znajduje się wśród lettres, bliższa jest filozofii, niż nauce którą można eksperymentalnie zweryfikować.
Od drugiej połowy XIX wieku rozwijała się bujnie etnografia, której liczne publika-cje przyciągnęły rzesze czytelników, zafascynowanych egzotyką. Spośród wielu autorów polskich i obcych, zacytuję jedynie książkę Bronisława Malinowskiego, mieszkającego w Londynie, który opublikował po angielsku „Życie seksualne dzikich”, a to dlatego, że w czasach dzisiejszych ten tytuł z racji niepoprawności politycznej, nie mógłby się ukazać. Z tych samych politycznych powodów wyeliminowano z powszechnej świadomości na-ukę o rasach ludzkich, a jeszcze w moich latach szkolnych uczyliśmy się o różnicach ra-sowych na lekcjach geografii. Chodziło nie tylko o wygląd zewnętrzny, lecz również o różnice obyczajowe, religijne i mentalne.
Antropologia, która tak wiele mogłaby wnieść do rozumienia otaczającego nas świata, została zmarginalizowana. Wyniki jej badań, a już szczególnie antropologii po-równawczej, nie są nagłaśniane, zaś wyciąganie wniosków ogólnych surowo zakazane, gdyż stanowiłyby prostą drogę do uprzedzeń rasowych.

II

Cywilizacja  białego człowieka wywodziła się z trzech źródeł – z kultury starożyt-nej Grecji, starożytnego Rzymu i z chrześcijaństwa, rozdzielonego od razu na dwa nurty, bizantyjski i rzymski, znajdujące się w teologicznym sporze, w kwestii dogmatów wiary.  W ten sposób zrodziły się, a następnie utrwaliły, podział na Europę Wschodnią, której ośrodkiem religijnym było Bizancjum i Zachodnią, na którą składał się szereg szczepów barbarzyńskich, do czasów Karola Wielkiego pozbawionych jednolitego przywództwa. W czasach Karola Wielkiego wytworzył się etos rycerski, nieznany cywilizacji wschod-niej. Rycerzem nie był po prostu mężny zabijaka, lecz człowiek wielorakich cnót, wzo-rowanych na bohaterach Plutarcha. Męstwo było jedną z nich, lecz nie jedyną. Znajdowa-ło swoje miejsce w zestawie rycerskich cnót, do których należał honor, pojmowany sze-roko. Podstawą była dbałość o swoje dobre imię, dotrzymywanie danego słowa, a tym samym wierność suzerenowi, któremu rycerz złożył przysięgę. Rycerzy powoływali kró-lowie, a odbywało się to z wielkim ceremoniałem podczas turniejów rozgrywanych przed obliczem władcy i jego dworu. Rycerz klękał przed królem i składał ślubowanie. Otrzy-mywał z rąk władcy rycerski pas i ostrogi, stawał się wówczas rycerzem pasowanym. Król potwierdzał to lekkim uderzeniem płazem miecza w ramię, zatwierdzał herb rycer-ski dla niego i jego rodu. Rycerze pasowani stanowili elitę ponad granicami państw. Ko-lebką rycerstwa była Francja. Do stanu rycerskiego wstępowali rycerze walczący konno, stąd ich nazwa chevaliers, a niemiecka ritters. Nie wiemy skąd wzięła się idea, aby z tych konnych rycerzy utworzyć elitę kierującą się zasadami moralnymi. Rycerze ślubowali wierność Kościołowi, cześć dla kobiet, oraz obronę wdów, sierot i uciśnionych. Rycerz musiał być sans reproche, czyli bez skazy. W razie popełnienia czynu niegodnego, rycerz mógł być wykluczony ze stanu rycerstwa, jego tarcza herbowa zostawała uroczyście zła-mana, zaś w herbie, którym posługiwali się członkowie rodu wprowadzano istotną zmia-nę.
Czyny rycerskie opiewane były w pieśniach sławiących ich męstwo i wierność su-zerenowi. Wspaniałym eposem jest „Pieśń o Rolandzie”, który w Pirenejach poległ od-pierając najazd Saracenów, a równie piękny jest opis miłości Tristana do małżonki króla Izoldy, w którym oboje dochowują wierności.
Wojny krzyżowe spowodowały zanik cnót rycerskich, iż były to wyprawy łupież-cze, prowadzone przez powoływane w tym celu rycerskie zakony, a nabór do nich ogra-niczony był jedynie koniecznością nabycia rycerskiego ekwipunku. Polacy nie brali udziału w wyprawach krzyżowych, a ich pierwsze zetknięcie się z krzyżowcami, nastąpi-ło gdy na północy kraju rozpanoszył się zdeprawowany Zakon Krzyżacki.
W Polsce tradycja rycerska przeniosła się w sposób naturalny na szlachtę, która wy-rastała z rodów rycerskich. Nie wszystkie, gdyż w miarę upływu czasu i zanikiem rycer-stwa, jako takiego, wskutek zmian w uzbrojeniu, gdy miejsce miecza, tarczy i kopii zajęła szabla, powstawały nowe rody szlacheckie, powoływane przez sejm, a zatwierdzane przez króla,  lecz zawsze za zasługi wojenne.  Inaczej było na Zachodzie Europy, gdzie odpowiednika polskiego sejmu nie było, więc władca, król lub cesarz, powoływał do sta-nu szlacheckiego wedle własnego uznania. Stara szlachta wywodząca się z rycerstwa, usi-łowała podkreślić różnicę pomiędzy „noblesse d’épée”, czyli wywodzącą się od miecza, a „noblesse de robe”, mianowaną za zasługi cywilne, lecz nie miało to żadnego praktycz-nego znaczenia.

III

Tradycje rycerskie były żywe wśród Polaków do połowy XX wieku, do czasu gdy ostatni żołnierze niezłomni polskiego podziemia umierali za Ojczyznę w walce, lub w ubeckich katowniach.
Kiedy po odzyskaniu niepodległości w Odrodzonej Polsce zniesiono formalnie wszelkie przywileje rodowe, było to posunięcie słuszne i sprawiedliwe, bowiem w wiel-kim Powstaniu Narodowym jakim dla Polaków były kampanie lat 1914-1920 zasłużyło się  tak wielu obywateli Rzeczypospolitej Polskiej że zniesienie różnicy wynikającej z urodzenia, stało się koniecznością. W praktyce nie miało to znaczenia, gdyż dziedzic po-zostawał dla chłopów i żydów dziedzicem, zaś szlachta zaściankowa szczyciła się swoimi herbami i miała za lepszą od chłopstwa. A z drugiej strony, szlachta jako odrębny stan, już dawno utraciła swoją społeczną pozycję na rzecz inteligencji.
Wojsko polskie chociaż w kampanii wrześniowej 1939 roku w większości pocho-dziło z poboru, zachowało rycerską tradycję. Niemożna tej kampanii nazwać klęską, gdyż po pierwszych porażkach już w połowie  września sytuacja na froncie została opanowana, polski kontratak nad Bzurą powstrzymał napór Niemców, a mimo ich przewagi w woj-skach pancernych i lotnictwie, wynik jej nie był przesądzony. Przesądziła sprawę bier-ność naszych fałszywych aliantów, a ostatecznie haniebna narada w Abbeville, stanowią-ca zaproszenie Stalina do napaści. Polacy bronili się jeszcze przez trzy tygodnie. Po prze-granej kampanii armia polska nie poszła  w rozsypkę, ani nie podpisała aktu kapitulacji. Kapitulowały poszczególne oddziały i zgrupowania wojska, gdy dalsza obrona stawała się beznadziejna, ale nie armia jako całość sił zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
Jakże inaczej przebiegało to kilka miesięcy później we Francji. Armia rozsypała się po pierwszych uderzeniach niemieckich, a w dwa i pół  tygodnia od rozpoczęcia kampa-nii marszałek Petain, słusznie nazwany putain skamlał o przyjęcie jego kapitulacji. Polska broniła się przed Niemcami i Sowietami przez prawie  pięć tygodni.
O rycerskości Polaków świadczy nie tylko zacięta walka jaką toczyli, bohaterska obrona Wizny, Westerplatte, Helu, Grodna, Wilna i Lwowa, a w tych trzech miastach walczyli głównie ochotnicy, ale stosunek do przeciwnika. Mimo bestialstwa Niemców i Sowietów, mordowanie przez nich jeńców i ludności cywilnej, Polacy nie mordowali jeń-ców, nawet w tak trudnych warunkach jak Powstanie Warszawskie.
W Częstochowie, gdzie znalazłem się po upadku Powstania, widziałem kilkakrotnie przemarsz kolumn jenieckich, najpierw sowieckich, a następnie niemieckich. W obu tych przypadkach, z szpaleru gapiów, wybiegały pojedyncze osoby, brutalnie odpędzane przez konwojentów, aby podać jeńcom chleb i papierosy. Wiem z opisów, że jeńcy alianccy w Niemczech przepędzani byli wśród rozwrzeszczanego tłumu, głównie kobiet, plujących na nich i dopuszczających się czynnej napaści.
Można to uznać za rzecz mało ważną, ale jakże znaczącą. Otóż, piloci RAF, używa-li wobec niemieckich lotników określenia „bandyci”. Ostrzegali się na przykład  przez radio: „bandyci na trzeciej”. Ten obyczaj rozpowszechnił się również w armii amerykań-skiej i tak lotnicy nazywają swoich wrogów. Aliści, Polacy służący w RAF nie nazywali tak Niemców, chociaż ich postępowanie w Polsce było tak bestialskie, że przeraziłoby zwykłego bandytę. Już to powinno dać do myślenia.
Wszelako kwestią najistotniejszą, która umyka naszej uwadze, gdyż uważamy ją za oczywistą, jest że po wrześniu ’39 Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, były niemal w ca-łości armią ochotniczą. Wprawdzie część wojska pochodziła z poboru i w zwartych gru-pach przedostała się na Zachód, ale żołnierzom dano możliwość opuszczenia szeregów i powrotu do domu, z której nie skorzystali. Najliczniejsi natomiast byli ochotnicy, którzy na własną rękę przedzierali się z Kraju do Francji, bądź przybywali z emigracji, aby za-ciągnąć się do wojska. Było to ostatnie w historii pospolite ruszenie.

IV

Jeszcze wiosną 1939 roku, Hitler nie miał w swoich planach inwazji na Polskę. Jego obsesją było pokonanie Anglii. Nie skrywał jej zresztą, więc wiadomo było o tym opinii publicznej, a nie tylko wywiadom wojskowym. Zagrożona też była Francja i kraje Bene-luksu, które leżały na drodze Hitlera do inwazji na Wyspy Brytyjskie. Anglia zawarła so-jusz militarny z Francją, ale nie czuła się dostatecznie zabezpieczona, więc szukała in-nych sojuszników. Rozpoczęła dyplomatyczne zabiegi wobec Stalina, co nie było wszak-że dobrym pomysłem, gdyż ten uważał imperialistyczną Wielką Brytanię za głównego wroga Związku Sowieckiego. Aliści, zwrócił Brytyjczykom uwagę na fakt, iż ZSRR nie graniczy z III Rzeszą, więc aby ją zaatakować musiałby przejść przez Polskę. Próby na-mówienia Becka, aby się na to zgodził, oczywiście były bez sensu. Dopiero wówczas, co jest znamienne, zrodziła się w Anglii koncepcja wciągnięcia Polski do wojny z Niemca-mi.
Domorośli stratedzy na wyprzódki doradzają Beckowi jak miał postąpić w roku 1939, a mianowicie, że należało wspólnie z Niemcami pokonać ZSRR, a za ustępstwa na Pomorzu uzyskać Ziemie Ukrainne i dostęp do Morza Czarnego. Warto wiedzieć, że ta koncepcja sojuszu z Hitlerem, nie zrodziła się w głowach naszych amatorów gier kompu-terowych żyjących w świecie wirtualnym, ale wyłonił ją Jerzy Łojek, w broszurze na te-mat 1939 roku. Twierdził w niej, że Polska  powinna była  w sojuszu z Hitlerem napaść na Związek Sowiecki, a następnie, po zmianie wojennej koniunktury, odwrócić sojusze, tak jak uczynił to niegdyś Piłsudski i wraz z aliantami dobić III Rzeszę. Byłem zdumiony, gdyż Łojek jest wytrawnym historykiem, a tu wykazał się kompletnym brakiem rozezna-nia sytuacji. Piłsudski nie odwrócił sojuszy, co byłoby zdradą, lecz przeciwstawił się zło-żeniu przez Legiony przysięgi na wierność cesarzowi Austrii, gdyż godziłoby to w sens walki o Niepodległość Polski. Został uwięziony przez Prusaków, a jego Legiony interno-wano Został tym samym sprzymierzeńcem Ententy, zaś działający w jego imieniu Wie-niawa nawiązał odpowiednie kontakty dyplomatyczne w Rosji i we Francji, dzięki któ-rym zorganizowano w tych państwach wojsko polskie. Należy pamiętać o tym, że Piłsud-ski później oparł się propozycji Ententy w poparciu ich wojsk w wojnie z bolszewikami, w celu przywrócenia w Rosji monarchii, gdyż ta od dwustu lat była nieprzejednanie wro-ga Polakom i idei niepodległości Polski. W roku 1920 mógłby pójść dalej i zapewne zająć Moskwę, ale co potem?! Nasi wirtualni stratedzy nie zadają sobie trudnych pytań, a jest ich wiele.
Można wspomnieć, jako anegdotyczny przyczynek, że odmowa złożenia przysięgi cesarzowi Austrii miała przede wszystkim sens moralny,  lecz był i drugi, praktyczny,  który wyniknął sam przez się . Wojsko Piłsudskiego internowane, zostało wyłączone z krwawych zmagań Wielkiej Wojny. Internowani w obozie w Szczypiornie grali w piłkę, według nowych zasad nazwanych od ich obozu „szczypiorniakiem”. Kiedy komuniści doszli w Polsce do władzy i zacierali tradycję Legionów Piłsudskiego, nazwali tę grę „piłką ręczną” i pod tą nazwą istnieje dzisiaj jako konkurencja międzynarodowa.
III Rzesza utrzymywała poprawne stosunki z Rzeczpospolitą Polską, a nawet kurtu-azyjne, ale jej propaganda na użytek wewnętrzny przedstawiała Polaków jako nieokrze-sanych brudasów, którym trzeba odebrać utracone przez Niemców na skutek Traktatu Wersalskiego terytoria dawniej należące do Prus. Nazistowski ustrój Niemiec, diametral-nie różny od parlamentarnego systemu politycznego Polski, wykluczał równorzędne part-nerstwo rasy panów ze słowiańskimi podludźmi. Niemcy kilkakrotnie proponowali Pol-sce przystąpienie do paktu antykominternowskiego, przeciwko ZSRR, więc bardzo chęt-nie przyjęliby z jej strony wsparcie militarne, ale Beck nie chciał żadnego agresywnego aktu-paktu z Hitlerem.
Powstanie Państwa Polskiego zachodnie elity polityczne, a także klasa robotnicza, przyjęły z wrogością. Dla tych pierwszych stanowiło to bowiem naruszenie ładu europej-skiego ustanowionego na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku, opierającego się na wspólnej granicy między Niemcami a Rosją, zaś dla drugich kraj nieprzyjazny „państwu robotników i chłopów”. Kongres powołał Królestwo Polskie, ale pod berłem cara Alek-sandra, który do tytułu cesarza Rosji dodał tytuł króla polskiego. Podczas dwudziestolecia Polski Odrodzonej, te poglądy nie uległy rewizji. Dyplomacja sowiecka była profesjonal-na, zaś propaganda odnosiła niebywałe sukcesy, malując ZSRR jako państwo demokra-tyczne, zapewniające szczęśliwe życie swoim obywatelom.
Całkiem odmienna była sytuacja Polski, która już na Kongresie Wersalskim musiała odpierać żydowskie pomówienia o antysemityzm i ucisk innych mniejszości narodowych. Obradami Kongresu manipulowali żydowscy bankierzy, więc te pomówienia znajdowały posłuch. Spowodowało to nałożenie na Polskę wielu restrykcji, mających zabezpieczyć prawa mniejszości. Ten termin „mniejszości narodowe” powstał właśnie wówczas i miał zabezpieczyć żydowskie interesy w Polsce. W ocenie dyplomatów powołanie niepodle-głego Państwa Polskiego było błędem, chociaż to nie Kongres Wersalski utworzył Pań-stwo Polskie, które zdobyliśmy „krwią i blizną”. Z tej perspektywy należy spojrzeć na sy-tuację Rzeczypospolitej Polskiej w roku 1938.
Gdyby Polska uwikłała się w pakt z Hitlerem, żadne odwrócenie sojuszy nie byłoby możliwe, gdyż celem państw zachodnich była likwidacja Państwa Polskiego. Z kart histo-rii odeszlibyśmy w hańbie, jako kolaboranci Hitlera. Czy Polska miałaby wówczas szansę utrzymania własnej państwowości, choćby wasalnej?!

V

Pułkownik Józef Beck był najlepszym ministrem spraw zagranicznych, jakiego mie-liśmy w naszych dziejach, przewyższającym swoich odpowiedników w innych pań-stwach. Wprawdzie Ribbentrop i Mołotow byli zręcznymi graczami, ich sojusz zawarty dla pokonania i unicestwienia Polski okazał się skuteczny, lecz od początku było wiado-mo, że nie wytrzyma próby czasu, że ze względu na wybujałe ambicje przywódców obu państw socjalistycznych, w których władzę sprawował aparat partyjny, przy pomocy po-licji politycznej. Ponieważ oba te państwa dążyły do podboju Europy, więc prędzej czy później musiało dojść między nimi do militarnej konfrontacji, zaś jedyną niewiadomą by-ło kiedy to nastąpi.
Nie tylko Józef Piłsudski i Józef Beck zdawał sobie sprawę ze śmiertelnego  zagro-żenia Polski, leżącej pomiędzy dwiema wrogimi militarnymi potęgami. Hitler dążył do anulowania Traktatu Wersalskiego domagał się zwrotu niegdyś niemieckich terytoriów wschodnich znajdujących się w Polsce, zaś Stalin dyszał żądzą zemsty za przegraną przez ZSRR wojnę 1920 roku, w której sam brał niechlubny udział, uciekając wraz z Armią Czerwoną przed naporem Polaków.
Beck prowadził do czasu zręczną grę dyplomatyczną z III Rzeszą i ZSRR. Nawiązał przyjazne stosunki z królestwem Rumunii i z królestwem Italii, podtrzymywał przyjaźń z Węgrami. W 1938 roku odebrał Czechom Śląsk Cieszyński zamieszkały niemal wyłącz-nie przez Polaków, aby nie zawdzięczać jego zwrotu Hitlerowi, nie zapędził się wszakże po Karwinę, w której mieszkali również Polacy, co było wówczas do osiągnięcia. W tym samym roku zawarł traktat pokojowy z Litwą co umożliwiło normalizację stosunków miedzy obydwoma państwami, gdyż do tej pory nie było połączeń drogowych i kolejo-wych, ani nie funkcjonowała poczta, telefony i telegraf.
Czy mógł przewidzieć zdradę Anglików i Francuzów? Otóż nie! W cywilizowanym świecie było to nie do pomyślenia. To było tak nieprawdopodobne, jak gdyby Wisła po-płynęła od Gdańska do Beskidów, zwłaszcza, że oba te państwa kwestię honoru podnosi-ły bardzo wysoko, wszak pojęcie dżentelmena zrodziło się w Anglii, podobnie jak fair play,  zaś francuskim najwyższym odznaczeniem była Legia Honorowa. Nie mógł tego przewidzieć, że słowo gentleman zdegraduje się do informacji na drzwiach publicznej to-alety.
Beck w żadnym razie nie mógł przewidzieć, że  kwestia honoru jest dla Anglików i Francuzów bez znaczenia. Przyjął brytyjską propozycję wspólnej obrony przed ewentual-ną agresją Hitlera w dobrej wierze. Nie można mieć pretensji do Anglików, że wciągnęli Polskę do wojny, aby odwrócić uderzenie na Wielką Brytanię, zwłaszcza że układ o wspólnej obronie przed agresja niemiecką, był również dla Polski korzystny. Aliści, jest rzeczą haniebną i niewybaczalną , że był to układ fałszywy, że brak w nim było konse-kwencji.

VI

Omawiając sytuację Polski roku 1939, trzeba wziąć pod uwagę, że nie miała wielu przyjaciół wśród elit politycznych i opiniotwórczych. Hitler miał zwolenników w Wiel-kiej Brytanii, we Francji i Stanach Zjednoczonych. Natomiast Stalin, przywódca państwa robotników i chłopów, budził niezmiernie ciepłe uczucia. Wyłaniają się trudne pytania, zaś podstawowym jest, czy Wielka Brytania i Francja chciały pokonać III Rzeszę, czy Polskę wymazać z mapy Europy.
W 1939 roku, już po wciągnięciu przez Anglików Polski do wojny, Hitler był w trudnej sytuacji, wręcz beznadziejnej. Włochy, zaprzyjaźnione z Polską, odmówiły mu wzięcia udziału w wojnie,  wysuwając jakieś nieistotne preteksty. Podobnie zachowała się Hiszpania, mająca wszakże zobowiązania wobec III Rzeszy, za pomoc w stłumieniu rewolucji komunistycznej. Hitler był do pokonania w roku 1939 przez połączone siły Pol-ski, Francji i Anglii, bez względu na to, które z państw zostanie zaatakowane jako pierw-sze. Potencjał militarny tych trzech państw, nie pozostawia co do tego wątpliwości.
Hitler jeszcze w maju 1939 roku planował uderzenie na Wielką Brytanię, ale po zawarciu przez nią układu militarnego, skorygował swoją strategię, za cel uderzenia obie-rając Polskę. Chciał bowiem uniknąć wojny na dwa fronty, której się słusznie obawiał. Wiedział, że jeśli zaatakuje państwa zachodnie Polska natychmiast przystąpi do wojny, wypełniając swoje traktatowe zobowiązanie. Po doświadczeniu z Monachium uznał, że wyliniały Lew Albionu znowu stchórzy w godzinie próby, zaś zdemoralizowanych, tkwiących za swoją Linią Maginote’a Francuzów, po prostu lekceważył. Nie przeliczył się, niestety. Wczesnym rankiem 1 września, bez wypowiedzenia wojny, na uśpioną Pol-skę runęła horda morderców Luftwaffe, której Hitler polecił aby zabijali wszystko co się porusza. To nie od salwy armatniej na Westerplatte rozpoczęła się II Wojna Światowa, ale od zmasowanego nalotu  niemieckich bombowców na całkowicie bezbronne miasto Wieluń, w którym nie było wojska, a więc obrony przeciwlotniczej. Miasto zostało do-szczętnie zrujnowane, a tysiące jego mieszkańców poniosło śmierć, lub ciężkie obrażenia. Było to w historii wydarzenie bez precedensu, bo trudno porównywać niewielkie straty jakie w roku 1937 poniosła Guerenica, z tym co wydarzyło się w Wieluniu. Tego samego dnia 1 września, została śmiertelne postrzelona przez niemieckiego lotnika moja babcia, Celina z Hryniewieckich Pieńkowska powracająca w Częstochowie z Jasnej Góry do do-mu. Jej obraz, pięknej kobiety, szlachetnej i pobożnej, zatarł się powoli w mojej dziecię-cej pamięci
Już od pierwszego dnia wojny, postępujące w głąb Kraju wojska niemieckie popeł-niały zbrodnie, mordując jeńców i ludność cywilną. Ujawniły się też liczne oddziały tak zwanej samoobrony (Selbschutz) umundurowane i uzbrojone, mordujące swoich polskich sąsiadów. Wszystkie te zbrodnie uchodziły Niemcom bezkarnie, gdyż Anglia i Francja poprzestały na formalnym wypowiedzeniu Niemcom wojny i pozostały bezczynne.
Nasi fałszywi alianci doskonale wiedzieli o zbrodniach wojennych popełnianych przez Niemców Polsce, z różnych źródeł, a również z bieżących informacji nadawanych przez polskie rozgłośnie radiowe. Nie wzruszał ich los ludności cywilnej ginącej tysią-cami pod gruzami bombardowanych miast, mordowanych z powietrza na drogach ucieczki przed hordami morderców. A wszakże ludność cywilna, to przede wszystkim kobiety, starcy, niemowlęta i dzieci. Obojętność na los tak licznych niewinnych ofiar go-dziło w zasadę humanitaryzmu, odstąpienie od zobowiązań traktatowych było haniebne, zaś przypieczętowanie tej hańby nastąpiło 12 września w Abbeville. W tym dniu w kura-cyjnej miejscowości na północy Francji miała miejsce sekretna narada połączonych szta-bów, angielskiego i francuskiego. Tego samego dnia ofensywa wojsk niemieckich utknę-ła wskutek oporu Wojska Polskiego, gdyż za czołgami nie nadążało zaopatrzenie. Hitler słał rozpaczliwe monity do Stalina, aby zgodnie z umową najechał na Polskę, lecz Stalin pykając fajeczkę spokojnie czekał na rozwój wydarzeń w teatrze wojny.
Uczestnicy narady w Abbeville wiedzieli o postępach ofensywy niemieckiej. Od sierpnia 1939 roku znali też tajny układ Ribbentrop-Mołotow, o którym nie poinformo-wali Polaków, mimo że byli przez nich informowani o wszystkich ustaleniach wywiadu, a trzeba też wspomnieć o otrzymanej w prezencie „Enigmy”, z kluczem do jej rozszyfro-wywania i metodzie szyfrów.
W Abbeville uznano pochopnie, że inwazja Stalina na Polskę jest nieuchronna, a wobec tego postanowiono ją poświęcić, dla bezpieczeństwa państw zachodnich. O tej ha-niebnej decyzji, nie wykonania zobowiązań traktatowych, Stalin dowiedział się w tym samym dniu od swoich szpiegów. Zdecydował się napaść na Polskę, której po doświad-czeniach 1920 roku, wciąż się obawiał.
12 września 1939 roku w Abbeville, tę datę i tę miejscowość należy zapamiętać, gdyż właśnie wówczas i  w tym miejscu, zadano śmiertelny cios zachodniej cywilizacji, śmiertelny, bo już się z niego nie podniosła, zaś lata następne pogłębiały jej upadek, który trwa do dnia dzisiejszego.

VII

Rzeczpospolita Polska, państwo które odrodziło się ze zniewolenia, stworzyło jed-nolity system prawny i administracyjny, zreformowało prawo w duchu demokratycznym ( prawa pracownicze, prawa kobiet, zniesienie przywilejów rodowych)  zreformowało fi-nanse ustanawiając silny złoty oparty na parytecie złota, zapobiegło bezrobociu przez program robót publicznych, w wyniku którego powstała Gdynia i Centralny Okręg Prze-mysłowy. Ustawodawstwo sprzyjało zarówno wielkim zakładom pracy, jak średnim i ma-łym przedsiębiorstwom. Wprowadzono powszechne, obowiązkowe kształcenie podsta-wowe (przymus szkolny) i szereg stypendiów w szkołach średnich, dla wyrównania szans uczniów z rodzin niezamożnych, zaś na uczelniach wyższych  działał tak zwany „Brat-niak”, Kasy Bratniej Pomocy, finansowane przez „filistrów”, z których studenci mogli czerpać dowolnie, wszelako pod warunkiem spłaty długu po uzyskaniu dyplomu i przej-ścia do kategorii „filistrów”, wspierających finansowo  Bratniaka.
Opieka zdrowotna była zabezpieczona, pod wieloma względami. Pracodawcy byli zobowiązani do ubezpieczenia siebie, swoich pracowników i ich rodzin w „Kasach Cho-rych”, zapewniających  bezpłatne świadczenia medyczne. Z pomocy Kas Chorych nie ko-rzystali ludzie zamożni, mając do dyspozycji szereg gabinetów lekarskich. Bezpłatne przychodnie lekarskie, przeznaczone dla osób nigdzie nie zatrudnionych, a więc nie nale-żących do Kas Chorych, były zakładane przez różne instytucje pozarządowe (PCK, Cari-tas i inne). W naukach medycznych Polska wówczas przodowała na świecie, z Państwo-wym Zakładem Higieny, współpracującym z wydziałami medycznymi na uniwersytetach. Nie tylko w medycynie odnosiliśmy wówczas sukcesy naukowe, studia politechniczne dorównywały światowej czołówce, humanistyczne – były wartością samą w sobie. Kultu-ra rozwijała się harmonijnie od Średniowiecza. Była wówczas kultura łacińska. W tym języku tworzono poezję i prozę. Renesans rozbudził piśmiennictwo polskie, choć długo jeszcze łacina była  językiem rozpraw naukowych, a także konwersacji osób wykształco-nych. W rozważaniach o polskiej kulturze nie można pominąć jej łacińskiego okresu, gdyż miał on istotny wpływ na naszą świadomość narodową.
Od Renesansu, od wspaniałych poetów i prozaików piszących po polsku, rozpoczy-na się nowy okres  polskiej kultury. Piśmiennictwo polskie dominuje w dziełach literac-kich i łagodnie przechodzi w literaturę nowożytną.
Kwitło życie kulturalne i towarzyskie. Przedstawienia w teatrach operowych, dra-matycznych i kabaretach, koncerty w filharmoniach szły kompletami. Liczne muzea i urządzane w nich wystawy cieszyły się dużą frekwencją. Filmy, produkowane w kilku niezależnych od siebie wytwórniach, przyciągały widzów do kin, a występujący w nich artyści stawali się ulubieńcami publiczności. Kilkadziesiąt tytułów prasowych, nakłady książek luksusowych i popularnych w wydawnictwach groszowych, stanowiły pożywkę rozmów kawiarnianych, gdyż życie kawiarniane rozwijało się bujnie. Rauty i bale, poka-zy mody, oraz liczne konkursy, stanowiły sensacje prasowe.
To oczywiście nie wyczerpuje tematu, życia towarzyskiego, należy wspomnieć o licznych stowarzyszeniach, zarówno kulturalnych, jak na przykład „Zachęta”, finansująca sztuki piękne, jak pospolitych, w rodzaju Ligi Ochrony Przyrody dbających o środowisko naturalne. Polskie Towarzystwo Tatrzańskie i Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, opie-rające się wyłącznie na społecznych działaczach podobnie jak Liga Morska i Kolonialna, Liga Obrony Przeciw Powietrznej miały licznych członków. Nie sposób pominąć kluby sportowe, a także związki młodzieżowe, Harcerstwo, Sokoła, Wici, Sodalicję Mariańską, korporacje akademickie. Dodać należy, ożywioną działalność ruchu spółdzielczego, zrze-szającego tysiące akcjonariuszy dbającego o interesy ekonomiczne, a także o interes mo-ralny wynikający z kultury handlu .
Państwo Polskie nie było państwem Królestwa Bożego, w duchu św. Augustyna. Miało wiele problemów, z którymi musiało się zmierzyć. Jednym z nich były mniejszości narodowe, których prawa zabezpieczał Traktat Wersalski. Owe mniejszości, to byli  przede wszystkim Żydzi, którzy korzystając z ówczesnej tolerancji powołali partię Ko-munistyczną Partię Polski, będącą agenturą sowiecką. KPP prowadziła też działalność dywersyjną i terrorystyczną, była nieprzejednanym wrogiem „burżuazyjnej” Polski, dąży-ła do odłączenia Kresów, założyła własne agentury na Zachodniej Ukrainie i Zachodniej Białorusi (KPZU, KPZB), oraz na Wileńszczyźnie, zaś na terytorium niegdyś należącym do Prus, współpracowała z KPD. Również szkodliwe, choć w mniejszym stopniu było działanie polskich partii politycznych, opozycyjnych wobec rządu R.P. Wśród nich na pierwszy plan wysunęła się Narodowa Demokracja, której fanatyczny zwolennik Eligiusz Niewiadomski dokonał zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza. Nie otrzeźwiło to jej członków, którzy aż do 1939 roku przejawiali chorobliwą niechęć do Piłsudskiego, nawet po jego śmierci, przenosząc swoją wrogość na piłsudczyków.
Partyjnictwo zgubiło Polskę stając się przyczyną Jej politycznej klęski, bo militar-nie poniosła jedynie porażkę, zachowując swe siły do walki o Niepodległość.

VIII

Polska we wrześniowej kampanii roku 1939 stawiła skuteczny opór armii niemiec-kiej, pomimo jej przewagi w sprzęcie i liczebności wojsk. Wyposażenie wojska polskiego było wówczas na wysokim poziomie, lecz trudno się spodziewać, aby dorównało armii przygotowywanej na podbój Europy ”und morgen die ganze Welt”. Harmonijnie rozwija-jące się Państwo Polskie nie tworzyło kosztem obywateli ogromnej armii, lecz tylko taką, która będzie w stanie obronić jej granice. Niemcy wprowadziły hasło „armaty zamiast masła” i stopa życia ich obywateli była rażąco niższa od sytuacji materialnej Polaków. O warunkach życia w Związku Sowieckim, nawet nie ma co mówić. Zbrojenia w celu roz-pętania rewolucji światowej, były od zarania państwa sowieckiego priorytetem. Miliony obywateli  zmarłych z głodu, były wliczone w koszta rewolucji. Niestety, marszałek Pol-ski Edward Śmigły-Rydz, nie dorósł do wysokości zadania. Wziął sobie do serca wska-zówkę Piłsudskiego, iż „nie wygracie wojny na dwa fronty” i zinterpretował ją po swo-jemu. Zabezpieczył granicę z Niemcami, co dało pozytywne efekty, lecz całkowicie za-niedbał granicę wschodnią. Co więcej, już po ataku Armii Czerwonej, wydał dyrektywę aby z nią nie walczyć , gdyż są to nasi sprzymierzeńcy w wojnie z Niemcami. Jego kar-dynalnym błędem było opuszczenie walczącej armii i ucieczka do Rumunii, gdzie został internowany, a zatem pozbawiony wszelkiej możliwości wpływu na bieg wydarzeń. Na szczęście nie wywołało to defetyzmu w polskiej armii, która walczyła do upadłego, w Polsce i na Jej wschodnich terytoriach. Bohaterska obrona miast – Grodna, Wilna, Lwo-wa i Twierdzy Brzeskiej – wsparta przez rzesze ochotników, głównie młodzieży,  powin-na była przejść do historii, lecz czyni się wiele, aby została zapomniana.
Zgodnie z owym nieszczęsnym planem obrony Polski, istniał też „wariant B”, w ra-zie porażki wojska polskiego na froncie rząd R.P. miał udać się na emigrację, której sta-cją docelową miała być jedna ze stolic naszych sojuszników, tą samą drogą miały podą-żyć resztki wojska. Wyjechał prezydent Ignacy Mościcki, Józef Beck, oraz Rydz-Śmigły, jedyny, który nie powinien był opuszczać walczącej armii. Ewakuowany z Polski rząd R.P. utknął w Rumunii w obozach internowania. Rumunia złamała tym samym dotych-czasowe traktaty wsparte deklaracjami o przyjaźni, które gwarantowały swobodne przej-ście Polaków przez ich kraj. Uwięziony prezydent Mościcki, posłużył się przepisem w Konstytucji R.P., przewidującej możliwość ustąpienia ze stanowiska, w razie niemożno-ści sprawowania władzy, a w takim przypadku wyznaczenia swojego następcy. Powołał Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Był to wybór trafny, gdyż Wieniawa był ze wszech miar najlepszym kandydatem na to stanowisko, był jedną z wybitnych postaci Polski Odrodzonej. Łączył w sobie walory ziemianina inteligenta. Doktór medycyny, ukończył również Akademię Sztuk Pięknych w Paryżu,  gdzie przez kilka lat prowadził wraz z żoną salon literacko-artystyczny. Władał poprawnie i biegle co najmniej pięcioma językami obcymi – niemieckim, francuskim, włoskim, angielskim i rosyjskim, znał łacinę i zapewne rumuński. Był poetą, malarzem, a przede wszystkim kawalerzystą, odważnym do szaleństwa, lecz nie narażającym niepotrzebnie życia swoich żołnierzy.  Należał do tych dowódców, którzy umieją „myśleć w galopie”, według jego własnego określenia.
Nic dziwnego, że wcześnie dostrzegł go i docenił komendant Piłsudski, uczynił go swoim adiutantem przeznaczonym do wykonywania szczególnie trudnych zadań bojo-wych, a wykorzystywał również jako asystenta do rozmów w sztabie austriackim i pru-skim.
25 września Wieniawa Długoszowski został zaprzysiężony przez ambasadora Łuka-szewicza i objął urząd prezydenta R.P., co zostało  tegoż dnia ogłoszone w „Monitorze Polskim”. W nocy z 25 na 26 września, gdy tylko pierwsze egzemplarze „Monitora” wy-szły z pod prasy, ambasador Łukaszewicz formalną notą powiadomił o tym fakcie vice ministra spraw zagranicznych Francji Augusta Champetier de Ribes, co zostało przychyl-nie przyjęte. Aliści, w południe tego samego dnia, Champetier de Ribes wezwał ambasa-dora Łukaszewicza, aby go poinformować, że wybór następcy Mościckiego „nie jest szczęśliwy”, że rządy państw sprzymierzonych, nie widzą możliwości współpracy z Wie-niawą, jako prezydentem R.P.  A ponieważ nie wysunął żadnych zastrzeżeń formalnych, Łukaszewicz „nie przyjął tej opinii do wiadomości”. W tej sytuacji Wieniawa po naradzie z ambasadorami Łukaszewiczem i Raczyńskim (ambasadorem w Wlk. Brytanii, który przyjechał do Paryża, aby być na miejscu najważniejszych wydarzeń) wysłał do prezy-denta prośbę o zwolnienie go z tego obowiązku, aby nie eskalować konfliktu .
Niestety, w tym czasie pojawiła się w Paryżu grupa wypędków, przeciwników rzą-du R.P. którzy korzystając z trudnej sytuacji Polski  chcieli zrobić karierę polityczną. Ci pieczeniarze, swoimi intrygami, ułatwili naszym fałszywym sojusznikom wybrnięcie z kłopotliwej pozycji w jakiej się znaleźli po zdradzie w Abbeville, o której Polacy, nie tyl-ko wówczas, lecz również wiele lat po wojnie, nie wiedzieli. Legalny rząd polski mógłby się twardo domagać realizacji zobowiązań traktatowych. W zupełnie odmiennych warun-kach znajdował się alternatywny rząd, powołany przez Francuzów z pogwałceniem norm prawa międzynarodowego, a więc w gruncie rzeczy nielegalny. Dwuznaczną jest postawa Edwarda Raczyńskiego, pełniącego obowiązki ambasadora R.P. w Wlk. Brytanii, który dał się wysunąć na urząd prezydenta. Nie chcę go usprawiedliwiać, ani stanowczo potę-piać, być może kierowały nim dobre intencje, ratowania tego, co tylko się da. Aliści, nic zgoła nie dało się już uratować. Na czele tego fikcyjnego rządu, fikcyjnego podwójnie, bo pozbawionego bezpośredniego kontaktu z obywatelami, stanął Władysław Sikorski, w podwójnej roli – premiera i naczelnego wodza. Zawistnik Piłsudskiego, wróg piłsudczy-ków, endeków i narodowców, żywiący zadawnioną osobistą urazę do Wieniawy Długo-szowskiego. Ten „rząd”, nie mając żadnego pola działania, skupił się na zwalczaniu wy-mienionych Polaków, uznanych przez siebie za wrogą opozycję. Główną jego troską stało się  zablokowanie w obozach internowania  w Rumunii prezydenta R.P.  i członków rzą-du, co przy pomocy dyplomatów francuskich, którym również na tym zależało, okazało się skuteczne. Gdyby Mościckiemu udało się dotrzeć do Paryża, wówczas powołanie jego następcy, byłoby bezprzedmiotowe, i nie byłoby perspektywy na stworzenie jakiegoś al-ternatywnego rządu, bo legalny rząd istniał, a należało jedynie wydobyć go z rumuńskiej pułapki. Mościcki nie wyjechał z Polski „wymachując szwajcarskim paszportem”, ale wytrwał na stanowisku do końca, dopóki mógł jeszcze coś zrobić w sprawie Polski, a o paszport wystąpił dopiero wówczas, gdy na jego miejsce został zatwierdzony przez na-szych fałszywych aliantów, Raczkiewicz. Wówczas on sam stał się osobą prywatną i nie było żadnego sensu pozostawania w internowaniu.
My w Kraju o tych brudnych grach, głęboko utajnionych przed opinią publiczną, nic nie wiedzieliśmy, bo i skąd. Powołany bezpośrednio po przegranej kampanii wrze-śniowej, konspiracyjny rząd polski, w skład którego weszli przedstawiciele wszystkich partii i stronnictw, z wyjątkiem komunistów, którzy wówczas jawnie współpracowali z Niemcami, podporządkował się rządowi na emigracji, co znalazło swój wyraz w nazwie „Delegatura Rządu na Kraj”. Polskie Państwo Podziemne, stanowiące naturalną kontynu-ację Rzeczypospolitej Polskiej, było najwyższym przejawem ducha narodowego. Jego struktury zaczęto tworzyć już we wrześniu 1939 roku w przewidywaniu  militarnej po-rażki. Polacy zaznali kilku porażek w ciągu ponad stu dwudziestu lat niewoli przed odzy-skaniem niepodległości i utworzeniem państwa. Wiedzieli, że militarna porażka nie jest klęską, ale wymaga zbiorowego działania w nowych warunkach. Porażka Powstania Li-stopadowego nie osłabiła ducha , przeciwnie – zrodziła Wielką Emigrację, stanowiącą wielkie osiągnięcie kulturalne, kształtujące kila następnych pokoleń Polaków. Porażka Powstania Styczniowego  wzmocniła naszą świadomość narodową i zrodziła potrzebę „pracy u podstaw”, obok przygotowań do następnego czynu zbrojnego. Józef Piłsudski, urodzony już po Powstaniu, napisał ważną pracę historyczną na jego temat. Wysnuł z niego wnioski , które ukształtowały jego myśli na temat sposobu działań w walce o nie-podległość. Mógłbym zacytować wiele maksym z tej pracy historyczno-politycznej,  lecz nie widzę takiej potrzeby, gdyż wyrażały one ogólne odczucia społeczeństwa polskiego. Aliści, istnieje pewna kwestia, nieznana szerszemu ogółowi, a niedoceniana przez  wielu historyków. Podczas Powstania Styczniowego, władze powstańcze utworzyły wiele struktur działalności państwa, między innymi finansów, a znaczną zasługę na tym polu można przypisać Leopoldowi Kronenbergowi członkowi Rządu Narodowego. Żyd z uro-dzenia a Polak z duszy. Mój profesor Stefan Kieniewicz napisał książkę na temat Po-wstania Styczniowego, wydał ją w PRL, a stanowi ona ważny przyczynek do tematu.
Polacy w roku 1939 mieli doświadczenie wychodzenia z porażek militarnych, a na-wet obracania ich na własną korzyść. Jestem głęboko przeświadczony, że gdyby konspi-racyjne władze nie podporządkowały się klice z Paryża, następnie z Angers, a potem z Londynu mogłyby więcej zdziałać dla Polski. Destrukcyjna działalność tego marionet-kowego rządu ingerującego w sprawy krajowe jest haniebna i niebywała, lecz nie miej-sce, aby ją tu rozważać, gdyż chcę powrócić do wiodącego tematu tego rozdziału, a mia-nowicie klęski cywilizacji białego człowieka.

IX

Zdrada w Abbeville, wymierzona przeciwko Polsce, była również zgubna dla na-szych fałszywych aliantów. We wrześniu 1939, jak twierdzi większość poważnych anali-tyków, Hitler był do pokonania siłami sprzymierzonymi w ciągu kilku miesięcy. Gdyby chodziło o pokonanie Hitlera, działania byłyby oczywiste. Aliści, wszystko wskazuje na to, że cel był inny. Hitler miał wielu zwolenników zarówno we Francji, jak i w Wielkiej Brytanii. Od ponad stu lat panowała doktryna, że pokój w Europie może zapewnić jedy-nie równowaga sił Rosji i Niemiec. Nie miało znaczenia w perspektywie historii, że na czele Rosji stał jakiś tam Stalin, a w Niemczech Hitler. Przywódcy państw się zmieniają, zaś dzieje toczą się własnym trybem. Fałszywość tej ideologii jest oczywista po II Wojnie Światowej.
Jeżeli przyjmiemy hipotezę, ze celem Francuzów i Brytyjczyków nie było zniszcze-nie Hitlera, ale że rzeczywistym dążeniem było przywrócenie ładu europejskiego, które-mu na zawadzie stała Polska, to w tym aspekcie zrozumiałe są zaniechania ze strony obu tych państw. Jest to teza o wiele łatwiejsza do udowodnienia, niż że chodziło o co innego. W Polsce rozgrywał się dramat. Zbrodnie wojenne dokonywane przez obu najeźdźców były przerażające. Oczywiście rządy Francji i Anglii były o tym poinformowane z licz-nych źródeł. Aliści, jak już wspomniałem, nie wzbudziło to żadnej reakcji, zaś Polacy by-li mamieni do końca, nawet do końca wojny,  obiecywaną pomocą – najpierw militarną, a później dyplomatyczną. Światowa opinia publiczna nie była informowana o wydarze-niach w Polsce. Konieczność utrzymywania narady w Abbeville w tajemnicy, a później wyjaśnienie dlaczego Polska została oddana pod władzę Stalina,  spowodowała, że kwe-stia polska pociągnęła za sobą szereg kłamstw. Propaganda przypisywała Polakom naj-gorsze cechy, a nawet zbrodnie, jak mordowanie Żydów w kolaboracji z Niemcami, a po wojnie na własną rękę. Można zaobserwować, jak w ciągu minionych pięćdziesięciu lat osaczała nas kłamliwa propaganda, wobec której byliśmy bezradni, bo pozbawieni głosu na forum międzynarodowym, a jesteśmy pozbawieni go nadal, gdyż pod tym względem niewiele się zmieniło.
Od  X wieku wschodnia granica Polski wyznaczała granicę cywilizacji europejskiej. Nie chodzi tu o granicę Państwa Polskiego bo z tym bywało różnie, lecz o terytorium za-mieszkane przez Polaków. Przyjmuje się, że Polacy żyli w niewoli państw zaborczych przez 123 lata, od roku 1795 do 1918. nie jest to ścisłe, gdyż  owa niewola miała  różne aspekty i pojawiała się niekiedy „jutrzenka wolności”. Księstwo Warszawskie było pań-stwem wasalnym wobec Napoleona, tak dalece, iż ten nawet nie przywrócił nazwy Pol-ska, aby dogodzić swoim ówczesnym sprzymierzeńcom, Rosji i Prusom. Kongres Wie-deński przywrócił Królestwo Polskie, było to państwo wobec którego analogie z PRL są oczywiste. Aliści, skoro mowa o wasalizacji Polski, nie można  pominąć całego okresu opłakanych rządów Stanisława Augusta, a może  jeszcze wcześniejszego, datowanego od 1717 roku, gwarancji cara Piotra dla Polski. Wszelako pod rządami Poniatowskiego de-prawacja następowała niezmiernie szybko. Jeszcze car Piotr ubolewał, że nie może zna-leźć w Polsce ludzi przekupnych, to już Najjaśniejsza Imperatrica nie miała z tym żadne-go problemu.
Jeśli istotnie celem Anglików i Francuzów było przywrócenie wiedeńskiego ładu z 1815 roku, to cel ten został osiągnięty. Francuzi już w 1940 roku, po przegranej kampanii z armią niemiecką podpisali akt kapitulacji i weszli w sojusz z Hitlerem. Anglia jako główny rozgrywający, zawarła w roku następnym sojusz ze Stalinem,  zbrodniarzem znacznie większego kalibru od Hitlera. Zbrodnie Sowietów popełniane prze nich w miarę postępu wojsk na terytorium Polski, nie czyniły na nich większego wrażenia, niż zbrodnie wojenne zapoczątkowane w roku 1939. Łatwo wybaczono Francuzom ich kolaborację z Niemcami i Francja dołączyła do grona państw zwycięskich, bo takie były założenia ładu europejskiego. Anihilacja Polski była jego częścią, dopuszczał on istnienie Polski pod władzą Stalina, jak po Kongresie Wiedeńskim pod berłem Aleksandra.
Nikczemność Anglików wobec Polaków, wielu tłumaczy względami praktycznymi, ale ci, którzy usprawiedliwiają ją w ten sposób, nie dostrzegają, że praktycyzm wyparł moralność stanowiącą wszakże filar cywilizacji. Podczas tamtych wydarzeń, nikt nie ośmieliłby się tak jasno postawić kwestii, iż cel uświęca środki. „ Chcieliśmy, aby z tej wojny wyszły zwycięsko Anglia i Francja, oraz Rosja i Niemcy”. Dlatego jakaś tam uczciwość wobec Polski nie miała żadnego znaczenia. Należało tego wariata Hitlera po-zbawić władzy, a dobrotliwego wujka Joe przekształcić w sprzymierzeńca. Był to pierw-szy krok na drodze ku upadkowi cywilizacji. Nieuchronnie pociągnął za sobą następne, które omówię w rozdziale zatytułowanym „Upadek”.

Rozdział drugi PRELUDIUM

I.   Preludium XX wieku stanowiła Wielka Wojna, niekiedy nazywana Wojną Światową, a ćwierć wieku później I Wojną Światową. Była spełnieniem marzeń Polaków – Mickiewicz napisał w „Księgach Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego” – „O wojnę powszechną ludów błagamy Cię Panie”. Wielka wojna pochłonęła niebywałą jak dotąd liczbę ofiar, zaś zakończył ją szereg krwawych rewolucji komunistycznych i traktat pokojowy.który nie usatysfakcjonował nikogo. Polacy czynem zbrojnym w szeregu powstań narodowych wyrąbali przyszłe państwo. Gdyby nie stworzyli faktu dokonanego, zwycięzcy nie uznaliby ich roszczeń, pomimo deklaracji Wilsona, nie urzędującego już prezydenta Stanów Zjednoczonych, Stanowisko polityków obradujących w Wersali, oraz znajdujących się za kulisami żydowskich bankierów było manifestacyjnie wrogie. Norman Davies cytuje: J.M.Keynes powiedział, że jest ona „gospodarczym nieporozumieniem, a jedyny jej przemysł to bicie Żydów”, David Lloyd George miał podobno stwierdzić, że „nie dałby jej Górnego Śląska, tak jak nie dałby małpie zegarka”. Dla równowagi warto przytoczyć wypowiedź przyjaciela Polaków Gilberta Chestertona, że spotkał się z wieloma wypowiedziami wrogimi wobec Polski, a zawsze wygłaszali je ludzie nikczemni. Polski nie ogarnęła fala europejskich rewolucji i choć nie polska ludność na Kresach uległa w znacznej mierze zbolszewizowaniu, a była też próba wywołania komunistycznych rozruchów w Zagłębiu, lecz spełzła na niczym. Społeczeństwo polskie było niepodatne na wpływ komunizmu, a wynikało to z kilku powodów wzajemnie się dopełniających. Po pierwsze, osiągnęło wysoki poziom cywilizacyjnego rozwoju. Wśród inteligencji istniało silne poczucie konieczności służby narodowi, jako długu zaciągniętego wobec społeczeństwa, dzięki któremu uzyskało wykształcenie. Dlatego tak wielu podjęło pracę u podstaw, zarówno na niwie oświatowej, jak i gospodarczej, przez zakładanie kooperatyw opartych na zasadzie pracy i rzetelnego, zorganizowanego handlu. Ruch spółdzielczy we wszystkich trzech zaborach rozwinął się niebywale, mimo trudności stwarzanych przez administrację państwową i konkurencyjnego obcego handlu, głównie żydowskiego,

Po drugie, nawiązano do tradycji, a była niezmiernie bogata, poczynając od średniowiecznego etosu rycerskiego, który stworzył moralne zasady postępowania. Szlachta była bezpośrednim spadkobiercą rycerstwa, zaś pozostałe warstwy społeczne starały się im dorównać, gdyż jak wielokrotnie podnoszono – nie  szlachectwo herbowe, ale szlachetność duszy jest dobrem najwyższym. Polska jest jedynym krajem, który już na progu Renesansu sformułował i przyjął zasadę wojen sprawiedliwych, a więc jedynie tych, które toczone są w obronie własnego terytorium, czyli w obronie Ojczyzny. Było to stanowisko wobec toczonych wówczas wojen religijnych, które nie miały nigdy miejsca w Polsce, ale też wobec wojen krzyżowych. Stanowiła sprzeciw wobec doktryny o nawracaniu mieczem pogan, Prusów, Jadźwingów i Litwinów na chrześcijaństwo. Choć od tej zasady czyniono odstępstwa, bo”Nulla regula sine exceptione”, a poza terytorium Polski pod Kircholmem, Kruszynem i Wiedniem, odnieśliśmy wspaniałe zwycięstwa, to wszakże stanowiła myśl przewodnią polskiej doktryny wojennej. W Polsce od niepamiętnych czasów istniała demokracja, na długo nim dowiedziano się o demokracji ateńskiej. Decyzje zapadały na wiecach, którym przewodniczył książę, zaś wymagana była jednomyślność, co stanowiło zalążek późniejszego liberum Veto. Joachim Lelewel nazwał ten ustrój państwa „gminowładztwem”, co wydaje się nazwą trafną. Centralizacja nastąpiła później, wraz z przyjęciem przez księcia Mieszka chrześcijaństwa, jako religii państwowej. Nie likwidowało to wszakże wieców opolskich, obradujących w sprawach lokalnych, które przekształciły się z czasem w sejmiki powiatowe. Brednie jakie słyszę tak często o „naszej młodej demokracji”, z ust osób chcących uchodzić za autorytety, świadczą o ich nieuctwie u braku powiązania z polską tradycją. To samo dotyczy tolerancji. Wprawdzie religię katolicką wprowadzono pod przymusem, a wszelkie naruszenia jej zasad karano surowo, ale zakorzeniła się względnie szybko i ewangeliczne zasady moralne zostały powszechnie przyjęte.

II. Polacy zawsze byli przychylni cudzoziemcom, jeśli ci pojawiali się w celach pokojowych. I tak, chociaż od X wieku toczyła się niemal nieustanna wojna z Niemcami pragnącymi rozszerzyć na wschód swoje terytorium, to w tym samym czasie Niemcy niezmiernie licznie osiedlali się w Polsce, tak dalece, że zdominowali element miejski. Nie od razu się polonizowali, nikt zresztą tego od nich nie wymagał. Obrady rajców w niektórych miastach toczyły się po niemiecku, o czym dowodnie świadczą księgi miejskie, w tym języku pisane. Języka nie traktowano w Średniowieczu jako kryterium przynależności narodowej. W szkołach i na uniwersytecie posługiwano się łaciną, w łacinie kształtowała się proza i poezja, zaś ludzie wykształceni posługiwali się nią chętnie w rozmowie.

III. Żydzi, wygnani nie bez powodu z kilku państw europejskich, osiedlili się w Polsce w sposób zorganizowany, na mocy przywileju Kazimierza Wielkiego, który zapewniał im pełną autonomię i swobodę wyznania. Żydzi płacili łączny podatek od gminy, nie obowiązywała ich też służba wojskowa. Był to błąd niewątpliwy, tego wielkiego władcy, podającego pomocna dłoń narodowi prześladowanemu, wyzutemu z majątku, ale zarazem obcemu nam cywilizacyjnie i wyznającemu religię wrogą chrześcijaństwu. Całkowicie odmienny aspekt miało osiedlenie Tatarów przez króla Władysława. Zamieszkali w kilku odrębnych osadach, zachowali język, obyczaj i wiarę, pobudowali meczety. Oprócz pracy na roli we własnych gospodarstwach, ich obowiązkiem była służba wojskowa. Wprawdzie z muzułmanami wiedliśmy liczne wojny, jeszcze przez parę wieków i Polska uważana była za przedmurze chrześcijaństwa, ale polscy Tatarzy nie odstąpili nigdy od wierności Rzeczypospolitej, z w Polsce Odrodzonej reaktywowany został pułk jazdy tatarskiej, który brał udział w zmaganiach kampanii 1939 roku. Należy także podkreślić, że mimo prowadzonych przez kilkaset lat wojen Polski z Islamem, obie walczące strony darzyły się wzajemnym szacunkiem a nawet sympatią. Doznali tego żołnierze II Korpusu podczas ewakuacji z ZSRR do Persji, a po dziś dzień istnieje polska osada w Turcji, której  mieszkańcy cieszą się pełnią praw obywatelskich, oraz swobodą języka i wyznania katolickiego. Dopiero bezmyślna polityka wspierania agresji amerykańskiej w Zatoce Perskiej, prowadzona przez niedouczonych głupców, którym obca jest polska tradycja, skonfliktowała nas z tą częścią świata, z którą zawsze mieliśmy dobre stosunki. Koszty wojskowej ekspedycji, jakie ponosimy nie mając w tym własnego interesu, pomnożone są przez koszta moralne, zaprzeczenie polskiej doktrynie militarnej wojen sprawiedliwych.

IV. Porządek prawny w Polsce stanowiły konstytucje uchwalane na sejmie, zapisywane po polsku, oraz statuty z nadania władców, redagowane po łacinie. Błędnym jest rozpowszechnione mniemanie, że pierwszą była Konstytucja 3 Maja, „pierwszą w Europie, a drugą na  świecie”, gdyż była pierwszą uchwaloną według masońskich zasad Oświecenia, a więc pierwszą „postępową”. Zrozumiały więc staje się opór części posłów przeciwnych jej uchwaleniu. Stosując pewien skrót myślowy możemy paradoksalnie stwierdzić, że zwolennikami Konstytucji byli targowiczanie, z królem Stanisławem Augustem i Hugonem Kołłątajem na czele, zaś przeciwnikami konfederaci barscy. Pomimo to i mimo pewnych niedoskonałości w jej treści, Konstytucja 3 Maja była pierwszą, w dodatku w skali świata jedyną w której warstwa rządząca uchwaliła zrzeczenie się części przywilejów na rzecz współobywateli, Dlatego wpisała się w naszą świadomość narodową jako pomnik prawa, w którym interes Ojczyzny jest dobrem najwyższym. Konstytucja 3 Maja stanowi ukoronowanie szeregu wcześniejszych konstytucji sejmowych. Zwieńczeniem statutów, był wydany przez Kazimierza Wielkiego w Wiślicy, statut zwany wiślickim. Gloger, cytując Szajnochę napisał, „że kto chce poznać dawną prostotę myśli naszego narodu, niech porówna wstępy dwóch współczesnych sobie statutów, to jest niemieckiego, zwanego „Złotą bullą” i polskiego z Wiślicy. Gdy wstęp niemiecki prawi jednym tchem o Adamie, piekle, Troi, Helenie, Pompejuszu, Cezarze, siedmiu świecznikach apokalipsy, siedmiu grzechach śmiertelnych itd. – to skromny prawodawca wiślicki zagaja ustawę polską słowami niezrównanie pięknej prostoty, prawdy i mądrości. Mówi on, że „nie ma to ani naganną, ani dziwną rzeczą zdawać się ludziom, że podług zmiany czasów, także i obyczaje a dzieje ludzkie zmieniają się. A gdy każdemu z mężów nie dość jest zabezpieczyć się mocą ciała, albo harnasza (pancerza) świecić cudnością, nie będąc nauka i obyczajami okraszonym, przeto My Kazimierz z Bożej łaski miłości…” Statut spisany po łacinie, wchłonął i zmodyfikował trzy wcześniejsze statuty, a zarazem skodyfikował prawo zwyczajowe, łagodząc niektóre jego normy, likwidując odpowiedzialność zbiorową rodu, znosząc prawo do zemsty, a zastępując je „winą”, czyli zadośćuczynieniem pieniężnym, nie dopuszczał tortur, oraz stosowania kar niemiłosiernych Przygotowanie Statutu trwało kilka lat, a pracowała nad nim komisja złożona z wybitnych prawników, wykształconych na zagranicznych uniwersytetach, gdyż krakowskiego jeszcze nie było. Przewodniczył jej król, decydując o kształcie ostatecznym. W Polsce nie było już niewolnictwa, a kmiecie byli ludźmi wolnymi. Król często przewodniczył sądom jeżdżąc po kraju, a że z reguły brał stronę słabszą, zyskał przydomek „króla chłopków”. Imponująca jest wszechstronna działalność króla Kazimierza, słusznie nazywanego Wielkim, na który to tytuł żaden z polskich władców nie zasłużył sobie w opinii potomnych. Rozpoczął swe rządy od orężnego odzyskania Grodów Czerwieńskich, następnie poświęcił się konsolidacji państwa, tworzenia urzędów, a ponadto budowie systemu obronnego z wznoszonych przez siebie zamków, a także zakładaniu miast, z których dwa, oba leżące nad Wisłą, noszą do dziś jego imię. Przysłowie powiada, że król Kazimierz zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną.

V. Osobista swoboda oraz warunki życia były w Polsce zdecydowanie lepsze, niż w innych państwach. Tym się tłumaczy fakt, że migracja była tylko w jednym kierunku, a mianowicie do Polski. Polacy jeździli wprawdzie za granicę, dla nauki, bądź chęci poznania świata, lecz tam się nie osiedlali. Natomiast do Polski napływali nieustannie cudzoziemcy, nie tylko rzemieślnicy i kupcy, oraz żądne przygód niespokojne duchy, starając się o karierę przy polskich dworach, ale również masowo chłopi, niektórzy zorganizowanymi grupami, jak na przykład Bambrzy czy Olendrzy. W Polsce nie było jak już wspomniałem niewolnictwa, ale za Piastów nie było również pańszczyzny, gdyż nie było gospodarki folwarcznej wymagającej wielu rąk do pracy w polu. Chłopi osiedlający się rodzinami na ziemi szlachcica, zobowiązywali się do świadczeń na rzecz dworu, wysokość których ustalano na drodze obopólnego porozumienia. Świadczenia nie były jednostronne, gdyż szlachcic obowiązany był nie tylko do wydzielenia ziemi której własność zachowywał, do darowania drewna na budowę chaty, na płot, na opał i desek na trumnę. Opieka dotyczyła różnych wydarzeń losowych, jak na przykład zastąpienia padłego zwierzęcia niezbędnego w gospodarstwie, bądź pożyczki zboża na siew. Chłopi nie stanowili jednej i jednolitej warstwy społecznej. Pełnią swobód cieszyli się kmiecie osiedli na własnej ziemi, choć pozbawieni byli prawa uczestniczenia w życiu politycznym, uczestniczenia w sejmikach, sejmach, oraz zjazdach szlachty organizowanych z różnych powodów. Chłopi osiedli na ziemi nie będącej ich własnością ponosili świadczenia, o których już była mowa.

Niezmiernie ważnym aspektem w tym układzie społecznym, było, że wszelkie świadczenia pokrywane były od „dymu”, czyli od zagrody, co nie stwarzało osobistej zależności, Dlatego każdy członek rodziny chłopskiej mógł ja opuścić za zgodą pozostałych, na przykład w razie ślubu, albo by szukać lepszego losu w mieście lub w służbie dworskiej, bądź wojskowej. Ten system przetrwał również w okresie gospodarki pańszczyźnianej, w którym świadczenie pracy na rzecz dziedzica (dwa do czterech dni w tygodniu) liczono od dymu. W niczym to nie przypominało stosunków w Niemczech lub Austrii, a zwłaszcza w późniejszej Rosji, w której chłop stanowił własność dziedzica i mógł być oderwany od swej rodziny i zostać sprzedany. Istniała też pewna ilość tak zwanych ludzi luźnych, wynajmujących się do pracy w polu i gospodarstwie, w charakterze parobków i dziewek. Oni sami nazywali się bandosami. Ich liczba rosła w miarę rozwoju gospodarki folwarcznej, zaczęto dla nich budować mieszkania tak zwane czworaki, składające się na ogół z czterech izb i przeznaczone dla czterech rodzin, W zamian za dach nad głową i utrzymanie stawali się służbą folwarczną, której obowiązki i zapłatę zwaną „zasługami” określano w każdym przypadku indywidualnie. Stanowili warstwę najniższą chłopstwa, bo pozbawioną własnych gospodarstw. Dopiero w wyniku Rozbiorów, kiedy wszystkich chłopów podporządkowano prawom obowiązującym w państwach zaborczych, bezwzględnym a często okrutnym, sytuacja służby folwarcznej, znajdującej się pod bezpośrednią opieką dziedzica, stała się uprzywilejowana, gdyż nadal obowiązywały indywidualne umowy. Podkreślić wszakże należy, że mimo wprowadzenia nowych praw, dwór nigdy nie czuł się zwolniony z moralnego obowiązku opieki nad swoimi poddanymi, zarówno podczas trwania systemu pańszczyźnianego, jak i po jego urzędowym zniesieniu. Zaniedbanie tej kwestii kompromitowałoby dziedzica, wobec sąsiadów, a także proboszcza. Taka jest geneza „pracy u podstaw”, ale ten wątek podejmę dalej.

VI. Mój opis stosunków wiejskich może się wydać wielu czytelnikom, karmionym w szkołach od siedemdziesięciu lat propagandą, zamiast rzetelnej nauki historii, zbyt idylliczny. Co więcej ulegają tej propagandzie również historycy, wychowani w domach nie mających tradycji, bądź tradycję zakłamaną. Jerzy Łojek, w monografii poświęconej rodowi Potockich pisanej tendencyjnie, z wyraźną niechęcią do bohaterów swej książki, przytacza fragment notatek administratora majątku dotyczących wymiaru pańszczyzny i stwierdza apodyktycznie – „to oczywiście nieprawda”. Na jakiej podstawie tak twierdzi nie przytaczając żadnych danych, a wyrażając jedynie własne przekonanie? Otóż na podstawie czarnej legendy wokół tego zagadnienia. ja miałem szczęście urodzić się w rodzinie inteligenckiej z tradycją ziemiańską, bo moi rodzice jak również wszyscy krewni i kuzyni wywodzili się z tej sfery. Z ich rozmów, wspomnień z dzieciństwa i młodości, wyłaniał się obraz wsi całkowicie odmienny od antyszlacheckiej propagandy nauczanej przez szkołę. Niewola chłopów, nędza, okrutne kary wobec nich stosowane, a w dodatku „ius primae noctis”, czyli prawo dziedzica do stosunku płciowego z panną młodą przystępującą do ślubu z jego poddanym wywoływały odrazę nie tylko u mnie, lecz także u moich kolegów wywodzących się z innych środowisk. Podobnie traktowaliśmy brednie na temat sanacyjnego rządu, kolaboracji AK z Niemcami w mordowaniu komunistów, szlachetności krasnoarmiejców opiekuńczych wobec polskiej ludności, dobrobytu panującego w ZSRR, demokracji i powszechnego dostępu do dóbr materialnych i niematerialnych, oraz panującej na świecie radzieckiej nauki i techniki – przyjmowaliśmy to wszystko jako jednolity stek bzdur.

VII. Muszę tu wspomnieć o trzech wydarzeniach w moim życiu. Pierwsze miało miejsce w Częstochowie w roku 1959, a więc w czternaście lat po oficjalnym zakończeniu wojny. Leżałem w szpitalu po usunięciu wyrostka, w niewielkiej salce dla trzech osób, której okna wychodziły na taras. Był upał, więc wszystkie okna były otwarte, akurat na przeciw naszego okna zebrało się kilku wiejskich chłopaków, opowiadających sobie historyjki z cyklu „jak to chłop pana wyonacył”. Kolejną opowiastkę powitano chóralnym śmiechem, a jeden ze słuchaczy zawołał – „to głupi był ten chłop, powinien był jeszcze panu kamieniem łeb rozbić”. Słuchałem tego z przykrością, lecz jak się okazało, nie tylko ja. W naszej salce, pod oknem leżał gospodarz z podczęstochowskich Rędzin. Nie odezwał się słowem. Kiedy rozmawiający odeszli, spytałem go: panie Sikorski, a co pan o tym myśli? – głupie chłopy – powiedział z nieukrywaną złością – gdyby nie państwo Raczyńscy, nie byłbym gospodarzem. Zacząłem pracę u pana hrabiego jako chłopak do koni, potem zostałem fornalem. Z zasług kupiłem gospodarstwo, a państwo dołożyli mi pieniędzy na zakup, dali w prezencie ślubnym parę koni i dwie jałówki. Niech im Bóg błogosławi, modlę się a nich codziennie. Parę miesięcy później spotkałem się w Warszawie z Ryszardem Wójcikiem, który niezmiernie podekscytowany powiedział mi, że ma rewelacyjny materiał, z którego zrobił film dla telewizji, a mianowicie, że znalazł taką wieś, w której do końca II Wojny panowały stosunki pańszczyźniane. Zabrał mnie do studia przy placu Wareckim i tam na przeglądarce wyświetlił swój reportaż. Niewiele z niego pamiętam – rynek, kilka domków, pole, no i rozmówca, nie młody, chętnie odpowiadający na pytania, Praca od świtu do zmierzchu, w południe posiłek i przerwa na odpoczynek, zapłata nie pieniędzmi, ale kwitkami z podpisem dziedzica, które wręczał ekonom po zakończonej dniówce – trochę mnie to nudziło. Aż nagle słyszę pytanie: – a często was wyganiali na pańskie? Odpowiedział – jak się udało to trzy, cztery razy w tygodniu”.- No i gdzie ta twoja pańszczyzna? zapytałem Ryszarda po obejrzeniu filmu – przecież to byli zwykli najemnicy. – No na pańskim pracowali, nadzorował ich ekonom i płacił kwitkami zamiast pieniędzy.  – Robotę w polu ktoś musiał nadzorować, możemy go nazwać ekonomem. A czy stał im cały czas nad karkiem, tego nie wiemy, ale przypuszczam, że miał w tym czasie co innego do roboty. Rozliczał pracę po zakończeniu dniówki, a że płacił kwitkami, to po prostu dlatego, że idąc w pole nie chciał obciążyć sobie kieszeni bilonem. Takie kwitki z podpisem dziedzica, przyjmował chętnie każdy sklepikarz w okolicy, wymieniał je na towar i pieniądze, bo widział własną korzyść w utrzymywaniu finansowych relacji z dworem. A jak wynika z wypowiedzi twojego rozmówcy, to on się garnął do tej pracy: „a jak się udało to trzy, cztery razy w tygodniu” – nic takiego nie powiedział. To puśćmy ten fragment jeszcze raz. Puściliśmy, a do Ryszarda dotarło to dopiero za trzecim razem. – No tak, coś takiego powiedział. No to masz dylemat, bo albo wytniesz ten fragment, a tym samym sfałszujesz własny reportaż, albo go pozostawisz, lecz wówczas twój przekaz o pańszczyźnie w przedwojennej Polsce, nie będzie miał sensu. Ponad ćwierć wieku później miałem okazję się przekonać, jak rozsiewa się czarna legenda wbrew faktom i logice. Rozmawialiśmy z pewną naszą znajomą, doktorem prawa międzynarodowego, a przy ty piramidalnie głupią. O stosunkach na wsi przed wojną. W rozmowie zajmowaliśmy skrajnie odmienne stanowiska, aż wreszcie, jak często się to zdarza w tego typu dyskusjach, pada argument koronny, a mianowicie wzięty z własnego doświadczenia życiowego . – Moja mama – powiada nasza rozmówczyni – pasła przez cały dzień dworskie gęsi, a za to dostała od dziedziczki jabłko. Argument powołujący się na autorytet matki, jest trudny do zakwestionowania. Aliści wiedzieliśmy, że matka urodziła się podczas wojny, nie mogła więc przed wojną paść dworskich gęsi. Kiedy zaś dorosła na tyle, że mogła podjąć tę funkcję, tak pięknie opisaną przez Marię Konopnicką, było już po reformie rolnej. Latyfundia się nie uchowały, ale mniejsze folwarki ocalały, zwłaszcza jeśli już wcześniej je rozparcelowano, choćby fikcyjnie, aby zaspokoić pretensje członków rodziny, a przy dworze została tak zwana „resztówka”. Nie były to przypadki odosobnione, więc mama naszej znajomej mogła naprawdę paść dworskie gęsi u prawdziwej dziedziczki, atoli, nie przed wojną. Prawdziwym elementem może być owo jabłko, które dostała od dobrej pani, natomiast zapłatę otrzymali jej rodzice, o czym nie musiała wiedzieć.

VIII. Unia z Litwą była dla Polski ogromnym wyzwaniem, łączyła bowiem dwa państwa o całkowicie odmiennej cywilizacji, kulturze, języku i religii. System polityczny opierała się na absolutnej władzy wielkiego księcia, który był panem życia wszystkich swoich poddanych, nie tylko bojarów, lecz i pomniejszych książąt. Religia była prawosławna, a język ruski, używany we wszystkich dokumentach, kronikach i w życiu codziennym. Pewna liczba mieszkańców północnych połaci państwa posługiwała się pruskimi narzeczami, nie usystematyzowanymi, nie objętymi gramatyką, nie zapisanymi, które można zaliczyć jedynie do gwar miejscowych. Przedsięwzięcie było niesłychane, a przeprowadzano je konsekwentnie. Najpierw sprowadzono królewnę Jadwigę d’Anjou z Węgier, dziewczątko zakochane w austriackim księciu, nieopierzonego podlotka i powołano ją na króla Polski. Przeznaczono jej na męża, ponad dwadzieścia lat od niej starszego, wielkiego księcia Litwy, prawosławnego Jogajłę, który musiał się ochrzcić w obrządku łacińskim, aby móc ją pojąc za żonę. Został więc królem Polski, ale współrządzić miał z Jadwigą, która zachowała tytuł i władzę królewską, a wszelkie akty państwowe musiały być podpisane przez oboje. Natomiast na Litwie był nadal księciem udzielnym. Była to więc unia dwóch oddzielnych państw, zachowujących odrębny skarb, wojsko, a przede wszystkim prawo – na Litwie regulował je spisany po rusku Statut Litewski, który obowiązywał aż do Rozbiorów. Ten układ polityczny jest unikalny w dziejach świata. Polska nie uległa pokusie inkorporacji Litwy i narzucenia jej swoich praw, a jednocześnie zabezpieczała się przed ewentualną samowolą króla Władysława, który musiał się liczyć ze zdaniem królowej Jadwigi, radą królewską i sejmem. Według wprowadzonej na użytek szkolny historii, powodem była chęć wspólnego przeciwstawienia się potędze Zakonu Krzyżackiego. Był to jeden z powodów, ale nie jedyny, gdyż do tego wystarczyłby sojusz militarny. Ostateczne starcie x Zakonem nastąpiło ćwierć wieku po zawarciu unii, a poprzedziło je piętnaście lat wspólnych rządów Jadwigi Andegaweńskiej i Władysława Jagiełły.

Na temat Unii więcej powiedzieć możemy o jej owocach, niż o jej intencjach. Nie wszystko i nie od razu szło gładko. Część litewskich książąt zbuntowała się przeciwko Jagielle, a przewodził im stryjeczny brat króla, Witold, który posunął się tak daleko, że zawarł sojusz z Krzyżakami. Nowa unia zawarta po śmierci królowej Jadwigi uregulowała stosunki między braćmi. Książę Witold został dożywotnia wielkorządcą Litwy, lennikiem króla Władysława. Natomiast o podłożu owych wydarzeń wiemy niewiele, a mając do dyspozycji głównie akty prawne i dzieje spisane przez Długosza. Autor nie był kronikarzem jak jego poprzednicy, lecz dziejopisem, a to rzutowało na jego narrację, która była stronniczą. Stanisław Cat Mackiewicz trafnie określił go jako pierwszego polskiego dziennikarza. Długosz był klientem Zbigniewa Oleśnickiego, przeciwnika króla i niechęć swojego patrona przelał na karty swojej opowieści, malując karykaturalny portret Jagiełły. Przedstawił go jako nieokrzesanego prostaka. Uwierzyli mu XIX wieczni historycy, więc ten wizerunek utrwalił w naszej świadomości narodowej  a Sienkiewicz w „Krzyżakach” tak właśnie maluje króla. Nowsze badania wykazały fałszywość tych ocen. Jak wyglądał, to wiemy z jego sarkofagu w Katedrze Wawelskiej. Twarz bez zarostu, człowieka inteligentnego i energicznego. Wiemy, że dbał nadzwyczajnie o higienę osobistą, kąpał się codziennie, ku zdziwieniu panów małopolskich, codziennie golił brzytwą, co również w owych czasach było ewenementem. Brzytwę, nożyczki, grzebienie i szczotki zabierał w każdą podróż. Nie pił alkoholu, zachowywał więc trzeźwość umysłu i powściągliwość w każdej sytuacji.

Takie są ustalone fakty, czyli mówiąc językiem prawniczym „twarde dowody”, ale jest również pewna ciekawostka. Henryk Walezy, który pozostawił po sobie „artykuły henrykowskie” znacznie osłabiające władzę królewską, uciekając potajemnie z Polski, zabrał ze sobą klejnoty i co mu tam wpadło w rękę. Jako król Francji, Henri Valois, zadziwił swój dwór używaniem przy stole widelca i jako jego wynalazca wszedł do historii obyczajów. Czy na pewno sam go wymyślił, czy znalazł go w znajdujących się na Wawelu przedmiotach należących niegdyś do Jagiełły? Jest to zagadnienie, które interesować może jedynie szperaczy w kwestiach mało ważnych i kolekcjonerów anegdot historycznych. Natomiast istotne jest, skąd wziął się taki władca przerastający o głowę swoje otoczenie na tronie wielkoksiążęcym, a później na polskim. Otóż badania zapoczątkowane przez Puzynę udowodniły jego pochodzenie od angielskiego króla Haralda, który padł w bitwie pod Hastings, a jego dzieci dwaj synowie Godwin i Harald oraz córka Gida musiały uciekać przed Wilhelmem Zdobywcą. Córka została żoną Włodzimierza Monomacha, księcia kijowskiego, a Godwin protoplastą rodu Giedymina. Wspólne rządy obojga królów Władysława i Jadwigi zapisały się dobrze w dziejach i obrosły legendą, podźwignęły Polskę z gospodarczego i cywilizacyjnego upadku, zaś ich zwieńczeniem była reaktywacja uniwersytetu, na którą królowa Jadwiga przeznaczyła swoje wiano. Uniwersytet erygował w Krakowie Kazimierz Wielki, pod jego panowaniem Polska osiągnęła wysoki poziom gospodarczy i cywilizacyjny. Aliści, gdy po jego śmierci rządy objął Ludwik d’Anjou, wielki król Węgier, zaniedbujący kompletnie sprawy polskie, a następnie podczas bezkrólewia, nastąpił jej upadek.Władysław Jagiełło jest ojcem nie tylko potężnej dynastii, lecz również idei jagiellońskiej, co co do której istnieją bałamutne pojęcia. Nie była bowiem jedynie otwarciem na Wschód, co było elementem ważnym, choć nie zasadniczym., bo chodziło o utworzenie Jagiellońskiej Europy, co zapoczątkował król Władysław, a kontynuowali jego następcy, tworząc monarchie połączone w luźny związek. W chwili największego rozkwitu, państwa Jagiellonów rozpościerały się od Bałtyku, po Morze Czarne i Adriatyk. W tym aspekcie należy oceniać bitwę pod Grunwaldem, która została stoczona gdy idea jagiellońska dopiero się kształtowała.

Największa bitwa Średniowiecznej Europy była orężnym starciem nie tylko z Zakonem Krzyżackim, lecz z całą Europą Zachodnią. Krzyżacy potrafili nadać tej wojnie aspekt wojny krzyżowej z pogańską Litwą wspieraną przez Polaków, mimo że byli chrześcijanami od blisko dwudziestu pokoleń. Na tę wojnę ściągnął do Prus kwiat rycerstwa zachodnioeuropejskiego, co nadało jej międzynarodowy charakter. Po II Wojnie historycy na usługach reżimu, starali się uszczknąć z lauru zwycięstwa Jagielle, na rzecz słowiańszczyzny. W szkolnych podręcznikach i wielu broszurach propagandowych, pojawił się schemat Litwy na którym centralną pozycję zajmowało jakieś wyimaginowane dziesięć pułków smoleńskich. Berlingowcy otrzymali odznakę pamiątkową, bronzową tarczę z orzełkiem, z dwoma mieczami i napisem „Grunwald 1410, Berlin 1945″, którą nosili nad prawą kieszenią munduru, a po zwolnieniu z wojska również na ubraniach cywilnych. Slogan o zwycięstwie Słowiańszczyzny nad Niemcami wypacza sens tej wojny, o utrzymanie idei jagiellońskiej. Większość sił litewskich stanowili istotnie Rusini, bo to oni zasiedlali terytorium Litwy w ogromnej przewadze liczebnej. Atrakcyjność polskiej kultury, przyjęcie wielu rodów bojarskich do herbów, nadanie im szlachectwa, spowodowały polonizację i powiedzenie „Gente Ruthenus, Polonus sum” (urodzony Rusinem, jestem Polakiem) stało się popularnym. Dotychczasowe stosunki z Rusią przebiegały w atmosferze rywalizacji o ziemie pograniczne. Bolesław Chrobry odniósł wspaniałe zwycięstwo nad Jarosławem Mudrym zmuszając go do hołdu w zdobytym przez siebie Kijowie, ale Grody Czerwieńskie w ciągu następnych ponad trzystu lat przechodziły z rąk do rąk. Unia otwarła nowy etap w relacjach polsko-ruskich. Ruś, ze względów politycznych łączona w jedno państwo , nie była jednolita. W czasach, które opisuję, była Ruś Czarna rozciągająca się na terytorium dzisiejszej Białorusi, Litwy Wileńskiej i Smoleńszczyzny, Ruś Kijowska i znajdujące się od niej na zachód Ruś Czerwona oraz Dzikie Pola. Księstwo Moskiewskie dopiero się tworzyło od pierwszej połowy XIV wieku, pod władzą cara Iwana I zwanego Kalitą. Ambicją cara Iwana było scalenie ziem ruskich, które zbierał jak do torby (Kality) stąd jego przydomek. Starszym i znacznie potężniejszym był Nowogród Wielki utworzony przez Waregów, rozpościerający się na istotnie wielkim terytorium. Nowogród mógł śmiało rywalizować z Kijowem, zarówno pod względem zajmowanego obszaru, jak również jako ośrodek cywilizacji. Ludność wyznawała religię grecką, a cerkwie wznoszono w odmienionym stylu bizantyjskim. Rozwinęło się ikonopisanie, a szkoła nowogrodzka utworzyła własny styl malarstwa. Nie wiemy, a nie sposób ustalić to dzisiaj, gdyż nikt nie prowadził statystyki, jaka część ludności mówiła po rusku, po grecku, po  szwedzku, a jaka w narzeczach miejscowych. Ustrój państwa był demokratyczny, książę wybierany przez radę, w swoich rządach tej radzie podlegał. Gdy narastało zagrożenie ze strony rozrastającego się państwa moskiewskiego, Nowogrodzianie szukali pomocy w Polsce, aliści Kazimierz Jagiellończyk, odrzucił ich zabiegi o unię. Nowogrodzianie postawili bowiem warunki, zachowania własnej religii i ustroju. Zapewne słusznie król Polski obawiał się zbytniego wpływu elementu ruskiego na swoje państwo. Unia polsko-litewska spowodowała oddziaływanie wzajemne dwu kultur – Polskiej i  Ruskiej. W skład szlachty weszli nie tylko bojarzy, lecz i arystokracje rodowe, pragnące zachować swoje książęce tytuły. W Polsce tytuł książęcy przysługiwał jedynie członkom rodu panującego. Piastom, a następnie Jagiellonom, natomiast wszelkie inne godności były dożywotnymi. Równość całej szlachty była skrupulatnie przestrzegana, stanowiła źrenicę wolności szlacheckiej. Nie niwelował to rzecz jasna różnic majątkowych, drobna szlachta niejednokrotnie służyła na pańskich dworach i stwarzało to stosunek służebnej zależności, ale pod względem prawnym była równa magnatom. Nikt nie mógł się wywyższać ponad pozostałą szlachtę i z tego też powodu było przyjmowanie orderów od zagranicznych dworów, zaś polskich nie było. Dopiero zepsucie czasów saskich wprowadziło polski order Orła Białego, zaś epoka rozbiorów również tytuły, po które chętnie sięgali ziemianie w zaborze austriackim – stąd uszczypliwa nazwa „galicyjski hrabia”.

IX. Przy tej okazji warto wyjaśnić pewne zawiłości ustrojowe, co do których powszechnie panują błędne pojęcia. Miałem tego przykład, kiedy rozsyłałem w konspiracji moje „Wykłady dla inteligentów”, a część egzemplarzy wracała do mnie po przedyskutowaniu ich w grupach. Otóż na jednym z nich, omawiającym zagadnienia odnośnie do XVI-XVII wieku, znalazłem adnotację pewnego historyka, uczestnika dyskusji, który wykreślił z mojego tekstu „Królestwo Polskie”, twierdząc iż jest to anachronizm, gdyż wówczas była to I Rzeczpospolita, zaś Królestwo Polskie jest nazwą państwa pod berłem cara Aleksandra i Mikołaja. Kompletna bzdura, ale jakąż ignorancją wykazał się tu dyplomowany historyk! Nazwa Rzeczpospolita pojawiła się wprawdzie w okresie Unii, ale nie jako nazwa urzędowa, lecz jedynie używana w literaturze pięknej i w publicystyce politycznej, zaś owa wspólna nazwa dwóch odrębnych państw: Królestwa Polskiego zwanego w skrócie Koroną, od łacińskiej nazwy Corona Poloniae, oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego, zwanego Litwą. Urzędowa nazwa „Rzeczpospolita Polska” pojawia się po raz pierwszy w okresie Polski Odrodzonej. Nie była żadną drugą, a błędną tę nazwę wprowadzili propagandyści po II Wojnie, zaś historycy poszli ich śladem. W roku 1944 przywrócono nazwę przedwojenną i obowiązywała do roku 1952, do powołania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Ponieważ przedwojenna Rzeczpospolita Polska była zaciekle zwalczana, a więc dla odróżnienia nazwano ją owym numerem II RP, a dodatkowo, „burżuazyjną”, bądź „kapitalistyczną”. Taka jest geneza tej nazwy, którą utworzono po to aby osłabić wymowę tej nazwy, napawającej Polaków miłością i dumą _Rzeczpospolita Polska. Była to Polska Odrodzona, wyśniona i jedyna. Powie ktoś, że Francuzi stosują numerację kolejnych republik i w niczym to im nie uwłacza. Aliści, Francuzi mają racjonalny powód takiego postępowania, bowiem po pierwszej republice powstało cesarstwo, po nim królestwo, potem znów republika, następnie drugie cesarstwa i znów republika. Niesławny, kolaborancki rząd Vichy zaprzestał używania tej nazwy, zaś de Gaulle po objęciu władzy triumfalnie ogłosił powołanie piątej republiki. Tyle, od strony czysto technicznej, lecz są również kwestie emocjonalne. Słowo republika powstało ze zbitki dwóch wyrazów łacińskich, res publica, oznacza w całym cywilizowanym świecie określoną formę rządów. W tym znaczeniu znane i stosowane jest również w Polsce. Natomiast pochodzące od nazwy łacińskiej polskie słowo Rzeczpospolita, pisane zawsze z dużej litery, odnosi się nie formy rządów, ale do treści, a mianowicie ujmuje państwo jako rzecz pospolitą, czyli powszechną, wspólne dobro wszystkich. Ta wykładnia była od połowy XIX wieku, od czasu gdy rodziła się i rozwijała świadomość narodowa – oczywista. Wyrosła z polskiej tradycji i stała się ważnym elementem naszej świadomości narodowej. Tę tradycję chcieli zniszczyć komuniści, a stwierdzam z przykrością, że w znacznej mierze im się to udało. Kiedy słyszę z ust ludzi uczciwych określenie „III Rzeczpospolita” w której jakoby żyjemy, odczuwam głęboki smutek, bo Rzeczpospolita jako imponderabilium jest jedna, zarówno gdy odnosi się do Rzeczypospolitej Obojga Narodów, jak i do Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej.

X. Wbrew znanej sentencji „Ex oriente lux” w Rzeczypospolitej światło przyszło z odwrotnego kierunku i wschodnia jej granica wyznaczała granice cywilizacji. Na początku było słowo. Literatura polska, w Średniowieczu łacińska, dziś szerszemu ogółowi nie znana, a w Renesansie konkurująca z nią polska, zarówno poezja lak i proza. Odkrycie, że „Polacy nie gęsi” i można pisać po polsku, spowodowało wysyp książek pisanych przez drobną szlachtę. Gospodarz po żniwach, zebrawszy nieco grosza, niósł swój rękopis do wydawcy, któremu płacił za cały nakład, a później odbierał go w całości, lub jego część, aby rozesłać swoją książkę sąsiadom. Zrodziła się również literatura wysokiego lotu. Niezaprzeczalnie mistrzem słowa jest Jan Kochanowski, który sięgnął wyżyny literackiej polszczyzny, lecz nie był osamotniony. Występował w całej plejadzie znakomitych poetów, piszących zarówno przed nim jak i po jego śmierci. Możemy obserwować rozwój polskiej poezji, od łacińskiej przez łacińsko-polską, renesansową przechodzącą w sposób naturalny w Barok i Oświecenia, ze znakomitym Ignacym Krasickim, którego satyrę podejmuje Adam Mickiewicz, w krótkich utworach stanowiących perełki gatunku.Wysoki poziom naszej literatury świadczy o społeczeństwie, które wydało spośród siebie takich artystów i w którym literaci znajdowali odbiorców. Literatura była głównym elementem kształtującym polską kulturę, której piękne pomniki zachowały się w architekturze. Z literatury wyrastała myśl patriotyczna. Polski nie ominęła fala reformacji, ale jej przebieg był całkowicie odmienny niż w innych państwach. W Niemczech, we Francji, w Anglii i w Niderlandach, znamionowały ją wojny religijne. Inkwizycja zbierała srogie żniwo w tych krajach, a dodatkowo we Włoszech, Hiszpanii, a nawet w Szwajcarii. Mordowały się nawzajem nawet liczne odmiany protestantyzmu, walczące z katolikami i przez nich zwalczane. W Rzeczypospolitej żadnych wojen religijnych, ani inkwizycji nie było. Walka toczyła się w dysputach teologicznych, kazaniach wygłaszanych z ambon kościołów i zborów, oraz w obfitej literaturze reformackiej i kontrreformackiej. Nie mogło być inaczej, skoro Polacy od pokoleń współżyli zgodnie z żydami, mahometanami, prawosławnymi i wyznawcami wszelkich innych religii. Zakorzeniły się w Rzeczypospolitej różne odmiany protestantyzmu, korzystające nie tylko z polskiej tolerancji, ale z pełnej swobody sumienia, posuwające się niekiedy do naruszania praw katolików, co uchodziło im bezkarnie. Ten stan rzeczy trwał aż do najazdu szwedzkiego, podczas którego polscy protestanci jawnie wspierali najeźdźców, wraz z którymi dopuszczali się profanacji i rabunku kościołów katolickich, a również niektórych domostw. Wówczas przebrała się miara i po wygranej wojnie, protestanci zostali zmuszeni do deklaracji powrotu na wiarę katolicką, bądź do emigracji na wyjątkowo łagodnych warunkach, bo pozostawiono im czas na uregulowanie spraw majątkowych, co niekiedy ciągnęło się latami. Te restrykcje nie objęły Prus Książęcych, w których większość mieszkańców była protestancka, oraz niektórych ziem na Litwie, głównie w dobrach radziwiłłowskich.Litwa zachowała pewną autonomię, aż do Konstytucji 3 Maja, która połączyła ostatecznie oba państwa. Polonizacja, a w parze z nią latynizacja Litwy następowała żywiołowo. Poza wpływem polskiej cywilizacji pozostawała Żmudź, zdominowana przez protestantyzm, a korzeniami tkwiąca w pogaństwie. Szczególna sytuacja była na ziemiach zwanych dziś Ukrainą, co nie było wówczas nazwą państwa, bo to nazywało się Rusią, z metropolią w Kijowie, ale terytoriów kresowych. Z czasem nazwa Kresy utrwaliła się do ukrainy północnej, zaś Ukraina  do południowej. Nazwa Ukraina była literacką, a nie urzędową. W skład Ukrainy, odstąpionej przez Litwę Koronie wchodziły oprócz Ziemi Kijowskiej, Grody Czerwieńskie od dawna należące do Polski, Zaporoże i Dzikie Pola. Na Dzikie Pola ściągały awanturnicze elementy z Polski, Rusi i innych sąsiednich krajów. Miejscowa ludność była ruska, ruskiej wiary i mowy. Przybysze poddali się tym warunkom, lecz utworzyli kozactwo, jako odrębną warstwę społeczną, gardzącą ludnością miejscową jako czernią, bądź chachłactwem. Polonizacja Dzikich Pól i Zaporoża była więc powierzchowną. Kozacy naśladowali polską szlachtę w ubiorach, ale pozostawali przy własnej wierze, mowie i obyczajach. Rzeczpospolita doceniła potencjał tkwiący w Kozactwie i utworzyła rejestr stu tysięcy Kozaków, tak zwanych regestrowych, pobierających żołd i obowiązanych do służby wojskowej, na równi ze szlachta. Kozacy kilkakrotnie zabiegali o to, aby regestr przyjąć do szlachty. Sejm polski się temu przeciwstawiał, obawiając się zbytniego wpływu Rusi na sytuację prawną Polki. Niebezpieczeństwo było oczywiste, bo mimo zewnętrznego poloru, w gruncie rzeczy była to dzicz, co znalazło swój wyraz w powstaniach, gdy mordowano okrutnie polską ludność, żydów, mieszczan a nawet prawosławnych duchownych. Cywilizacja i kultura traktowane są często jako synonimy, ale tak nie jest. W różnych językach nadawany jest im odmienny zakres znaczeniowy. W moim pojęciu kultura to jest to, co związane jest z duchowością, zaś cywilizacja ze sferą materialną. Obie te sfery często się zazębiają, a nawet nakładają wzajemnie na siebie, lecz to już inna kwestia. Można dyskutować czy pewne zjawiska należą do sfery cywilizacji, czy kultury, jak zakwalifikować na przykład ogładę i dobre maniery, ale po co? Mój ulubiony do 1945 roku poeta, którego kupiono pieniędzmi oraz daną w prezencie zrabowaną willą w Aninie, później w tej samej willi zamordowano byłego premiera Jaroszewicza, był również autorem wielu błyskotliwych powiedzonek. Otóż stwierdził, że dobre maniery, są to dźwięki których unikamy przy jedzeniu. Można to wykpić żartem, lecz sprawa jest poważniejsza, tym bardziej, że są to imponderabilia, a więc rzeczy nie materialne, nie dające się zważyć ani zmierzyć, wszelako niebywale istotne. I to zarówno w kwestiach wielkich: jak wiara, honor i miłość ojczyzny, a również innych nie wypisywanych na sztandarach: uczciwość, sprawiedliwość, lojalność, odpowiedzialność, no i owe dobre maniery.  Wpajano mi w dzieciństwie, że rolą dobrych manier nie jest ograniczanie swobody, lecz przeciwnie ujęcie jej w takie ramy, aby życie ułatwić. W miarę dorastania, a dziś już jestem w podeszłym wieku, przekonywałem się o słuszności tej zasady. W kontaktach z ludźmi wywodzącymi się z tych samych co ja kręgów, mogę być pewnym ich zachowań w różnych sytuacjach. Na tym polegała niegdyś niechęć do mezaliansów. Trwałość rodziny była jedną z wartości nadrzędnych, zaś małżeństwo  osoby subtelnej z prostacką, nie wróżyło wzajemnego zrozumienia, a dodać należy, że każde z małżonków miało też własną rodzinę, z którą utrzymywanie stosunków było naturalne.

Kultura stanowi o wiele mocniejsze spoiwo, niż państwo. Grecja stworzyła podwaliny filozofii, wspaniałą architekturę, rzeźbę, literaturę, a Rzymianie prawo i literaturę, zaś ich osiągnięcia architektoniczne i budowlane nie ustępują greckim. Oba te państwa przestały już od dawna istnieć, lecz ich osiągnięcia kulturalne wpisały się trwale w dorobek ludzkości. Jest dla mnie rzeczą niepojęta, że oba te narody uwiędły na progu Średniowiecza, Znam oczywiście tak zwane obiektywne przyczyny historyczne – roztopienie się Greków w Bizancjum, z Rzymian podbitych przez Germanów, ale że dziedzictwo duchowe przejęły inne narody europejskie, zaś dla twórców owej kultury nic nie zostało – jest w tym paradoks dziejów. Jedynym kluczem pozostaje uznanie faktu, iż Spiritus flat ubi vult. Dynastia Sasów podjęła schedę – Otto I erygował Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, jego syn Otto II pojął za żonę bizantyjską księżniczkę Teofanę, zaś Otto III wzrastał w kulturze greckiej dworu swojej matki i rzymskiej. Żywił ideę zjednoczenia pod swoim berłem całej chrześcijańskiej Europy, którą uosabiały Germania, Italia, Francja i Sklawinia, za władcę tej czwartej uznawał Bolesława Piasta, którego ogłosił królem Polski na Zjeździe Gnieźnieńskim w roku tysięcznym. Cesarza Ottona łączyły z Bolesławem poglądy na istotę chrześcijaństwa, choć radykalnie różniły charaktery. Bolesław miał duszę wojownika i bujny charakter z powodu którego niekiedy popadał w grzech, wszelako za każdym razem przeżywał ogromną skruchę i odbywał surową pokutę. Aliści nie był prostakiem, o czym świadczy to, że o jego przyjaźń zabiegał cesarz, papież, święty Wojciech, Bruno z Erfurtu, oraz inni wybitni mężowie. Niemiecki kronikarz Dietmar, który go nienawidził przypisywał mu najgorsze cechy charakteru, popędliwość, nieumiarkowanie w piciu, przezwał go nawet Trienkbierem, co wszakże możemy włożyć miedzy bajki, oceniając jego postępowanie. Niezwykle, z wbrew ówczesnym obyczajom, postąpił po śmierci świętego Wojciecha, wykupując od Prusów jego ciało na wagę srebra, zaś rezygnując z karnej wyprawy, aby nie zbrukać pamięci swojego przyjaciela krwawym odwetem. Ten postępek, o którym stało się głośno w całej chrześcijańskiej Europie, wywarł ogromny wpływ na świadomość Polaków, na ich ocenę dobra i zła, a stał się podwaliną wspomnianej już przeze mnie doktryny wojen sprawiedliwych, sformułowanej ponad trzysta lat później.

XI.Pd czasu moich urodzin w latach trzydziestych ubiegłego wieku, u schyłku Polski Odrodzonej, w Polsce urodziły się po wojnie trzy pokolenia, z których najstarsze, dochowało się własnych, dziś już dorosłych wnuków. Moje dzieciństwo przypadło na okupację niemiecką, chodziłem do przedszkola, później szkoły podstawowej, zwanej wówczas powszechną w Warszawie. Nie zdążyłem przed wojną nie tylko posmakować młodości, ale nawet pełni dzieciństwa. Moja starsza siostra, która obejrzała film „Królewna Śnieżka” Walta Disneya, na który mnie nie zabrano, opowiadała mi przez kilka lat swoje wrażenia z kina. Ja pierwszy film obejrzałem dopiero w Częstochowie, po zdobyciu jej przez Sowietów. Gdyż podczas okupacji niemieckiej „tylko świnie siedziały w kinie”. Był to film „Paraszutisty” w wersji oryginalnej, a do dziś pamiętam każdy szczegół owego filmu. Parę lat temu wysłuchałem w telewizji interesującą rozmowę z okazji kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego. Rozmówcą był pan Suchecki, wówczas szesnastoletni powstaniec, zaś obecnie zasłużony kombatant. Wypowiedział kilka niezmiernie ważnych kwestii, ale nie o to w tej chwili mi chodzi. Zapytany przez dziennikarkę relacjonującą obchody, jak was uczono patriotyzmu?, odpowiedział – „nikt nas tego nie uczył, bo myśmy patriotyzmem oddychali”, To prawda, aliści, ja urodzony później, w przedszkolu robiłem biało czerwone girlandy przed imieninami marszałka Piłsudskiego, przed świętem 3 Maja i przed 11 Listopada. aby udekorować nimi swój pokój dziecinny. Była to nasza mała przedszkolna konspiracja, w warunkach okupacji niemieckiej wymagała zachowania tajemnicy, był to sekret o którym nie wolno było mówić nikomu z wyjątkiem mamusi. Można to zakwalifikować jako „uczenie patriotyzmu”, lecz wynikało z potrzeby serca i tej atmosfery którą oddychaliśmy. Pierwszymi wierszykami, których uczyło się każde polskie dziecko, była „Modlitwa do Anioła Stróża” i utwór Bełzy, zaczynający się od słów: – „Kto ty jesteś? -  Polak mały”, a kończący się: – „Kochasz Polskę? – Kocham szczerze – A w co wierzysz? – W Boga wierzę”. Ten wierszyk, który zniknął na kilka dziesięcioleci, gdyż polskie dzieci już się go nie uczyły, powrócił w latach dziewięćdziesiątych, ale   radykalnie zmieniony, a mianowicie w ostatnim wersie na pytanie: -”A w co wierzysz”?,  odpowiedź brzmi: – „W Polskę wierzę”. W ten sposób Bóg, ma być wyeliminowany z dziecięcej podświadomości, a oczywiście  również ze świadomości dorosłych. Komuniści zabiegali o to od początku swoich rządów, ze skutkiem znikomym. Słowo Bóg, zniknęło z polskich sztandarów wojskowych, z budynków na których widniało hasło: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, podczas ich odbudowy, przywrócono jedynie „Honor i Ojczyzna”. Mówiona nam przewrotnie, że polskie salutowanie do daszka czapki dwoma palcami jest symbolem owych dwóch wyrazów, ale ja należę do tego pokolenia, które pamięta, że symbolizowały Boga i Ojczyznę, gdyż honor rozumiany był sam przez się, tak jak imponderabilia – męstwo, poświęcenie, lojalność, uczciwość, prawdomówność … W pięknej pieśni Jana Pietrzaka, „wyszywały na sztandarach słowa Honor i Ojczyzna i ruszała w pole wiara”, już Boga na tych sztandarach brak i jest to znamię nowych czasów.

W pierwszym etapie rządów komunistycznych, kiedy jeszcze pan prezydent Rzeczypospolitej, Bolesław Bierut, w święta kościelne uczestniczył w uroczystej Mszy świętej, gdyż tego wymagał prestiż jego urzędu, nie próbowano ingerować w przebieg owych uroczystości. Również nikt nie próbował wprowadzić do przedszkoli i szkół Dziadka Mroza, w miejsce Świętego Mikołaja. Dopiero po roku ’89 pod wpływem dekadenckich nowinek z Zachodu, Świętego Mikołaja wyparł tłum jakichś przedziwnych stworów, odzianych w czerwone płaszcze i takież czapeczki z białym pomponem. Misterium Świętego Mikołaja, stanowiące uroczystość rodzinną zanikło doszczętnie. W latach czterdziestych, najpierw uczyłem się na kompletach, następnie w szkole „Nauka i Praca”, prowadzonej przez siostry zakonne, a później trafiłem do Szkoły Ćwiczeń przy Państwowym Liceum Pedagogicznym w Częstochowie, którego dyrektorem był pan Dobrowolski. Codziennie o ósmej odbywał się w szkole apel w sali gimnastyczno-widowiskowej, na który obowiązkowo stawiali się uczniowie liceum, zasiadający na balkonie, zaś parter zajmowała szkoła podstawowa. Apel rozpoczynał się śpiewem pieśni „Bogurodzica Dziewica, Bogiem sławiena Maryja”. Przypominam, że były to czasy terroru.

Podstawą naszej świadomości narodowej jest wiara katolicka. „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.

 

Rozdział pierwszy A ŚWIAT WOKÓŁ MNIE

Jestem Człowiekiem, Katolikiem, Polakiem – i jestem z tego dumny. Jako człowiek jestem istotą o nieśmiertelnej duszy, jako katolik – czcicielem Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego, jako Polak – dziedzicem kultury odrębnej i szczególnej.

Wszystkie te trzy przymioty otrzymałem w darze od bez najmniejszego własnego w tym udziału – nadają mi one określone prawa i nakładają obowiązki. Moim najwyższym prawem, które podzielam z wszystkimi ludźmi, również z tymi którzy w to nie wierzą, jest zmartwychwstanie po śmierci. Pierwszym więc i oczywistym moim obowiązkiem, jest wdzięczność Panu Bogu Wszechmogącemu, który mnie stworzył i wyposażył szczodrze. Wdzięczność nie może być pustą. Nakłada dalszy szereg wobec Niego obowiązków, ale nie tylko wobec Niego – również wobec Rodziny w której przyszedłem na świat i wobec Ojczyzny, której wiele zawdzięczam. Więc wszelkie rozważania rozpocząć muszę od samego siebie, od określenia swojej pozycji i związanych z nią okoliczności.

Z mojego punktu widzenia, to jestem centrum świata, i nie ma żadnego znaczenia, że są ludzie sprawniejsi ode mnie umysłowo, szlachetniejsi w swej duszy, efektowniejsi w działaniu. Moje stosunki z Panem Bogiem są bezpośrednie w modlitwie i w rachunku sumienia, zaś pośrednicy udzielający mi rozgrzeszenia i dokonujący cudu Eucharystii, abym mógł przyjąć Komunię Świętą, nie znajdą się pomiędzy Nim a mną na Sądzie Szczegółowym po mojej śmierci, ani na Sądzie Ostatecznym. Moją wielkość stanowi to, iż jestem Jego dzieckiem, a z drugiej strony, uświadamiam sobie dokładnie własną małość. Z politowaniem czytam tych, którzy „wadzą się z Bogiem”, chcąc osądzić Jego Plany według własnego ziemskiego wymiaru – bo jakże się możesz wadzić robaczku, albo osądzać coś, co jest dla ludzkiego umysłu niepojęte?! Różnica między umysłem Pana Boga, który stworzył świat i uporządkował go w logiczne zależności, od planet i atmosfery poczynając, a na najmniejszej drobinie przyrody kończąc, jest znacznie większa, niż między ludzkim umysłem a bakterią. Cóż może bakteria siedząca w moich trzewiach wiedzieć, dlaczego raz kupuję w sklepie piwo, a innym razem mleko, chociażby jedno i drugie była zdolna rozpoznać w moim przewodzie trawiennym?! Arogancja ludzi, którym udało się poznać pewne prawidłowości przyrody, określić skład chemiczny, poznać strukturę żywych organizmów zresztą w sposób daleki od doskonałości, a którzy z tego powodu roszczą sobie prawa do wiedzy na temat powstania świata i eliminują Pana Boga z procesu stworzenia jest zawstydzająca

Wszelkie „teorie Naukowe” nieistnienia Pana Boga, nie wytrzymują racjonalnej (tak racjonalnej!) krytyki – są wewnętrznie sprzeczne w swym założeniu i sypią się w badaniach naukowych. Tak jest z teorią ewolucji, zwaną teorią Darwina, która została podjęta przez wpływowe kręgi antykościelne i która wywarła największy wpływ na nauki przyrodnicze, oraz na politykę i ekonomię, gdyż stała się teoretyczną podbudową dla filozofii walki o byt, szerzonej przez liberałów i marksistów.

Oparcie w polityce stanowi jej rzeczywistą siłę i z tego powodu została tak dalece spopularyzowana, że większość ludzi przyjmuje ją bez zastrzeżeń, zwłaszcza że została im podana jako „naukowy pogląd na świat”, sprzeczny z poglądem religii. Oba te stwierdzenia są fałszywe! Kolejność powstawania gatunków opisana w Starym Testamencie i podawana w teorii ewolucji jest zbieżna – najpierw stworzenia wodne i latające, później zwierzęta naziemne, na końcu mężczyzna i niewiasta – wszystko to nastąpiło w piątym i szóstym dniu, co jest odcinkiem czasu całkowicie umownym. Podczas czterech pierwszych dni stworzył Bóg ziemię i to co nazywamy kosmosem, od greckiego słowa porządek – wprowadzenie porządku wszechświata trwało dłużej niż życia na ziemi, zaś opis jest najzupełniej zgodny z odkryciami naukowymi. Język opisu nie jest alegoryczny, jest konkretny, w dodatku zrozumiały dla ludzi na każdym etapie rozwoju, poczynając od Sumerów od których ten tekst przejęło plemię semickie nazwane dwa tysiące lat później Hebrajczykami, po nam współczesnych – teoria wielkiego wybuchu, który według nauki był początkiem kosmosu, przekłada się na: „Wtedy Bóg rzekł: „Niech stanie się światłość!”

Wszelkie odkrycia naukowe nie zaprzeczają biblijnemu opisowi, a jedynie go potwierdzają. Nauka nie odpowiada na pytanie co spowodowało „wielki wybuch”, religia mówi Kto go wywołał. Nie odpowiada nauka na pytanie jak powstało życie na ziemi, chociaż ukazało się na ten temat wiele tysięcy publikacji, bo z materii nieożywionej, wbrew teoretycznym spekulacjom, nie da się uzyskać żywego organizmu.

Teoria Darwina, odrzucona przez Towarzystwo Królewskie w Londynie, w wersji w której Bóg był wymieniony jako przyczyna sprawcza życia na ziemi, została entuzjastycznie przyjęta i rozpowszechniona dopiero po usunięciu tego stwierdzenia.

Nauka na ówczesnym poziomie uznawała teorię samorództwa: „wiemy, że muchy rodzą się z zepsutego mięsa, zaś ryby z dennego mułu – podobnie powstało życie na ziemi, od form najprostszych, do bardziej złożonych”. Wystarczyło wszelako, aby Pasteur przykrył mięso gazą żeby nie pojawiły się larwy much, zaś obserwacja cyklu rozwojowego ryb wykazała, że ikra jest przez nie składana. Później na bardzo krótko pojawiła się Olga Lepieszyńska, radziecka uczona, której zdawało się, że uzyskała laboratoryjnie komórkę białka, a zatem że zdobyła klucz do tworzenia życia z materii nie komórkowej. Kek „osiągnięcie” przyjęte z niebywałym entuzjazmem zostało szeroko rozreklamowane, a jej nazwisko znalazło się w szkolnych podręcznikach biologii stanowiąc dla materialistów decydujący argument. Okazało się wszakże, że otrzymane przez nią krwinki z zawartości woreczka żółciowego, mimo podobnej budowy, komórkami nie były. Lepieszyńska zniknęła z podręczników, a w encyklopediach zastąpiła ją tancerka Olga Lepieszyńska, która w innych okolicznościach nie dostąpiłaby tego zaszczytu. Teraz, od paru dziesiątków lat, istnieje jeszcze głupsza od samorództwa teoria, a mianowicie, że życie pojawiło się na ziemi w postaci bakterii przyniesionych przez meteoryty. Co pewien czas prasa obwieszcza, że właśnie taki meteoryt został gdzieś znaleziony, ale po przeprowadzeniu badań, okazuje się, że to bakterie. Teoria ta, niebywale naiwna, nie wyjaśnia skąd wzięły się bakterie w kosmosie, jak przetrwały podróż w istniejącej tam próżni, a następnie dlaczego nie spłonęły przelatując przez naszą atmosferę, a w końcu jak przemieniły się w miliony istniejących na ziemi gatunków roślin i zwierząt, w takiej ilości że pokryły ją całkowicie.

Teoria ewolucji zrodziła się w dyletanckim mózgu Darwina, gdy na wyspie Galapagos ujrzał bogactwo przyrody, nie mieszczącej się jego zdaniem w klasyfikacji sporządzonej przez Linneusza – uznał, że różnorodność roślin i zwierząt powstała drogą naturalnego rozwoju. Błąd Darwina wynikał z jego ignorancji – nie wiedział, że krzyżowanie się gatunków jest niemożliwe, a zatem – to co naprowadziło go na myśl o ewolucji, stanowi jeden z podstawowych argumentów przeciwko niej. Jest ich wiele. Często jest podnoszona sprzeczność z drugą zasadą (zwaną też prawem) termodynamiki, stwierdzającej iż wszelkie procesy naturalne prowadzą do entropii (wynika z tego niemożność zbudowania perpetuum mobile) od porządku do chaosu, że nic nie jest w stanie samo uporządkować się, ani wytworzyć organizmu bardziej od siebie złożonego. Przytoczę inny argument, który mi przyszedł do głowy wiele lat temu, jeszcze w liceum, kiedy wpajano mi dogmat ewolucji. Teoria Darwina oparta jest na zaczerpniętym od Malthusa przekonaniu, iż walka o byt w społeczeństwie ludzkim ma swoje odbicie w świecie przyrody, w którym drogą doboru naturalnego mutują się istniejące gatunki zwierząt, aby uzyskać dogodniejsze warunki przetrwania i mnożenia się. Szanse przetrwania mają zdaniem Darwina, te gatunki istot żywych, które są lepiej przystosowane, bardziej odporne na klimat i jego zmiany, łatwiej uzyskujące pożywienie itp. Teoria Darwina zakłada, że w ten sposób życie na ziemi rozwijało się od form niższych, gorzej przystosowanych, do wyższych. Otóż najlepiej przystosowane są bakterie! To one, zgodnie z darwinowską hipotezą walki o byt zapełniłyby świat, odżywiając się sobą wzajemnie, nie mając żadnego interesu w przekształceniu się w kozy czy zające.

Faktem, na który powołują się zwolennicy teorii ewolucji, jest że wyginęły zwierzęta, zwane niegdyś „przedpotopowymi”, a obecnie z „epoki lodowcowej”, aliści z tego faktu bynajmniej nie wynika, że zaginione gatunki przekształciły się w inne. Gdyby tak było, i stanowiłoby to proces wielu milionów lat, jak twierdzą ewolucjoniści, w większości wykopalisk znajdowałyby się owe formy przejściowe, tymczasem odnajdujemy albo zwierzęta wymarłe ale nie mające żadnych wcześniejszych form z których rzekomo ewoluowały, jak dinozaury, mamuty – albo żyjące obecnie małże, pająki, muszki, jaszczurki.Zwolennicy teorii ewolucji nie są w stanie przedstawić żadnego naukowego dowodu na poparcie swoich opowieści, rzecz inna, że bardzo się starają. Na przykład, przodkiem konia miał być kopalny echippus, wielkości lisa, mający cztery palce osłonięte kopytkowymi pazurami na przednich nogach i trzy na tylnych. Nie ma żadnego dowodu, aby to on przekształcił się w konia, chociaż sporządzono dla wsparcia tej tezy liczne wykresy ilustrujące ową ewolucję, zwłaszcza że żyje obecnie osiem gatunków tych zwierząt nazywanych góralkami (hyracoidea) zasiedlających gromadnie środkową i południową Afrykę, Półwysep Arabski i Syrię. Te i podobne wykresy, są siebie warte – wszystkie wywodzą się z bujnej fantazji ich autorów, w dodatku niczym nieskrępowanej – na przykład żyjące góralki mają być najbliższymi krewnymi słoni, chociaż wyglądem i wewnętrznymi organami, rodzajem paszy i sposobem bycia najbardziej przypominają królika, mając podobne wymagające ścierania uzębienie, natomiast pozbawione są kłów i oczywiście trąby, mają krótkie uszy zaś pyszczek przypomina chomika.

Najbardziej prestiżową kwestią było wszakże dla darwinistów umieszczenie na szczycie drabiny ewolucji człowieka i usytuowanie go wśród innych ssaków uznanych za naczelne, chyba z tej racji, że wyglądem przypominały człowieka, na tyle iż Rzymianie nazwali je simiae, co Plautus w swojej komedii „Żołnierz samochwał” uzasadnił: „simia quam similis turpissima bestia nobis” (małpa jako bardzo podobna nam najbrzydsza bestia – po łacinie brzmi to mocniej, gdyż turpissima, znaczy najbrzydsza, ale też najhaniebniejsza, najobrzydliwsza,najnieprzyzwoitsza i najbardziej niemoralna). W gruncie rzeczy bowiem teoria ewolucji nosi znamiona sporu ideologicznego, w którym nauka zepchnięta została na plan odległy. Chodzi o  sposób widzenia świat, o to aby odrzucić pogląd, że kosmos został stworzony przez Pana Boga, zaś człowiek na Jego obraz i podobieństwo, że osobowość ludzka – różni się w sposób istotny od zwierzęcej – a wszakże się różni! Można oczywiście przytoczyć wiele podobieństw wzajemnych ludzi i zwierząt: zwierzęta się odżywiają, trawią i wydalają, rozmnażają przez kopulację, przejawiają instynkt rodzicielski, odczuwają ból, głód i uczucie sytości, udomowione przejawiają przywiązanie i wdzięczność a nawet smutek po stracie opiekunów – to prawda. Bardziej istotne są wszakże różnice, które stanowią o człowieczeństwie.

Nad kardynalną różnicą wynikającą z posiadania duszy, nie będę się zatrzymywał, bowiem argumentacja wynika z wiary, a prawdziwością wiary zajmę się w następnej kolejności. Skupię się więc jedynie na różnicy pomiędzy ludzkim umysłem, a instynktem.

Instynkt zwierzęcy jest niebywałym fenomenem, którego żadną miarą racjonalnie wytłumaczyć nie można. Przywykliśmy obok wielu wielu zjawisk przechodzić obojętnie, traktując je jako normalne. Obserwując żyjące w stanie dzikości ssaki znajdujące się pod opieka rodziców lub stada, widzimy jak wprawiają się do przyszłego samodzielnego życia, choć zwierzę które na skutek jakiegoś przypadku zostaje pozbawione opieki, ma szansę własnym instynktem zapewnić sobie możliwość przetrwania i dorośnięcia. Ale taki chrabąszcz, z jajka przemieniony w pędraka, z pędraka w poczwarkę, kiedy wydostanie się w maju na powierzchnię ziemi po czterech niespełna latach przeobrażania się w dorosłego osobnika, jest zdany wyłącznie na siebie, a mimo to, wie czym i jak się odżywiać, znaleźć schronienie wśród liści, odbyć akt kopulacji – w końcu samica wie w jaki sposób złożyć jaja w ziemi, nie byle gdzie, lecz tam gdzie pędraki znajdą od razu pożywienie z roślin. Owady nie mogą przenieść żadnych doświadczeń z poprzedniego etapu własnego rozwoju, bo larwa nie tylko różni się od dorosłego „doskonałego” owada, ale czym innym się odżywia. A owady błonkoskrzydłe, żyjące w społeczeństwach zorganizowanych zachowujących podział obowiązków i przywilejów, konstruujących barcie lub mrowiska z zachowaniem wszelkich zasad inżynierii?! Wszystkie sztuczne konstrukcje tworzone przez zwierzęta – gniazda, nory z systemem korytarzy i otworami wentylacyjnymi, tamy i żeremia są konstruowane z najwyższą precyzją i w zgodzie z praktycznymi wymogami. Jeśli spróbujemy doświadczeniem pokoleń wyjaśnić, że w końcu lata bociany z całej okolicy zbierają się na jednej łące na „sejm bociani” odbywają kilkakrotne próby krótkich lotów, nim gromadnie odlecą do Afryki w ciepły klimat i dla znajdującego się tam pokarmu, a z nastaniem wiosny powracają i trafiają do własnych gniazd, co samo  w sobie jest aeronautycznym wyczynem nie lada, to jak wyjaśnić wędrówki węgorzy z Europy na Morze Sargassowe w celu złożenia tam jaj, żółwi w tym samym celu udających si z Hiszpanii na Florydę, łososi wędrownych przemierzających dla tarła oceany?! Wszystko to wskazuje na istnienie jednego wielkiego systemu przyrody, w którym zwierzęta biorą udział, zmuszone do tego przez swój instynkt, podobnie jak w owym planie ogólnym leży, iż pszczoły, motyle i inne owady zapylają kwiaty łąk i drzew owocowych, a przy okazji służą za pożywienie ptakom.

Człowiek posiada intelekt i wolną wolę. Nieważne, czy uznamy że również instynkt (zdania czy tak należy to kwalifikować są podzielone) do których należy przede wszystkim samozachowawczy i rozrodczy, faktem jest, że człowiek przy pomocy swej woli, nad własnymi popędami panuje. Oba te atrybuty – rozum i wolną wolę – religia katolicka traktuje jako jeden z dowodów posiadania przez człowieka niematerialnej duszy. Rozum pozwala człowiekowi na tworzenie pojęć ogólnych, na przykład człowieka bądź rośliny, a nie ogranicza się do konkretnego rozpoznania zmysłami Jana bądź konkretnej sosny – również pojęć abstrakcyjnych, nie mających odbicia w zmysłach prawa, sprawiedliwości, prawdy, dobra, Boga.

Osobowość człowieka, na którą składa się wiara, wiedza i wyobraźnia, kształtuje się za pośrednictwem mowy, w której przekazywane są wszelkie informacje i idee – nie ma żadnego porównania z sygnałami przekazywanymi sobie przez zwierzęta odnośnie konkretnych sytuacji – mowa ludzka służy do wyprowadzania wniosków z przesłanek tworzenia sądów i uogólnień. Z rozumu i woli człowieka biorą się jego zdolności twórcze. Zwierzę żyje w zastanej przez siebie przyrodzie, człowiek przekształca ją według własnych pomysłów. Budowle zwierzęce będą zawsze takie same – żeremia bobrów są identyczne w Kanadzie i na Mazurach, mrowiska mrówek danego gatunku są jednakowe pod każdą szerokością geograficzną – zwierzęta nie udoskonalają swoich mieszkań, ani nie zmienią sposobu zdobywania żywności. To, co stanowi postęp techniczny, jest dla zwierzęcia nieosiągalne, zaś o postępie duchowym nie ma co mówić, ponieważ wiemy, że pojęcia abstrakcyjne leżą poza ich sferą, bo są wytworem myśli a nie instynktownych zachowań. Zwierzęta myślą jedynie w bajkach, zresztą niejednokrotnie pięknych bajkach w opowieściach Kiplinga, baśniach Andersena, powieści Selmy Lagerlof i wielu innych, ale prawdziwym zwierzętom jest do tego tak daleko jak Pyzie co wędrowała po polskich drogach.

Zwierzętom są obce cele pozamaterialne – dążenie do wiedzy, cnoty, do Boga. Dla osiągnięcia tych celów potrzebne są wyrzeczenia – tylko człowiek, z racji swej wolnej woli, może się na nie zdobyć. Dla celów wyższych człowiek zdolny jest ponieść śmierć i znieść najsroższe tortury.

Mój patron Andrzej Bobola, prowadził misję duszpasterską na Ukrainie w straszliwych czasach drugiej połowy XVII wieku. Wykształcony, znakomity kaznodzieja, miał ową charyzmę, która u jego wrogów zyskała mu przydomek „duszochwata” (czyli łowcy dusz). Schwytany przez Kozaków w Predyle, nie chcąc się wyrzec wiary katolickiej, został straszliwie umęczony. Najpierw odartego z odzieży, przywiązano go nagiego do płotu i okrutnie zbito nahajkami. Po odwiązaniu bito go równie okrutnie po twarzy, wybijając zęby. Następnie uwiązanego między dwoma końmi pognano do Janowa, bijąc po drodze nahajkami i kłując spisami po których powstały dwie głębokie rany na lewym ramieniu od łopatki i tamże rana po cięciu szablą. W Janowie postawiono go przed kozacka starszyzną. Nie domagano się od niego zaparcia Chrystusa Pana, a jedynie apostazji z wiary katolickiej na prawosławną. Odmówił. Zabrano go do miejscowej rzeźni i rzucono na stół do ćwiartowania. Najpierw ściskano mu głowę pętlą z gałęzi dębowych, polewając ciało ukropem, następnie przypalając ogniem. Wśród nieustannych obelg, wbijano mu drzazgi pod paznokcie, zerwano płatami skórę z obu dłoni, z piersi, pleców, głowy od karku do czoła – te rany zasypywali sieczką i plewami orkiszu. Wyrwali mu genitalia, obcięli nos, uszy i wargi – na koniec, nie mogąc wymóc odstępstwa od wiary katolickiej, wyrwali mu język, od tyłu, czyli u nasady, przez otwór uczyniony w szyi. Grubym szydłem rzeźniczym przebito mu bok, ale nie sięgnięto serca. Przed nimi leżał krwawy kadłub ludzki, miotany konwulsyjnym drganiem. Okręcono go sznurem i powieszono za nogi u powały. Ciało drgało jeszcze dwie godziny, nim zmęczeni oprawcy cięli go w szyję powodując śmierć.

jaki sens z racjonalnego punktu widzenia ma śmierć Andrzeja Boboli? A jaki z mistycznego?

Andrzej Bobola został pochowany w krypcie kościoła jezuitów w Pińsku, jako czterdziesta dziewiąta męczeńska ofiara spośród księży – a nie ostatnia. Czterdzieści pięć lat później rektorem kolegium pińskiego został o. Marcin Godebski. Czasy były nadal niespokojne, ojciec Godebski modlił się o pomoc w uchronieniu klasztoru i całej okolicy przed zagładą. Kiedy ułożył się do snu, przyszedł do niego nieznany mu jezuita, powiedział iż jest Andrzejem Bobolą, zamordowanym przez Kozaków, że otoczy opieką kolegium i ludność okoliczną, jeśli zostanie odnalezione jego ciało we wspólnej krypcie i umieszczone oddzielnie. Krypta była wypełniona wieloma zmurszałymi trumnami, teren był podmokły,często na wiosnę zalewała ją występująca z brzegów Pina, wszystkie ciała znajdowały się w daleko posuniętym rozkładzie – poszukiwania trwały dwa dni, nim znaleziono trumnę z napisem na wieku: „O. Andrzej Bobola TJ umęczony i zabity przez Kozaków”. W trumnie znajdowało się ciało Męczennika, bez najmniejszych oznak rozkładu, bez trupiego odoru, tak jakby zostało pochowane poprzedniego dnia, a nie czterdzieści pięć lat wcześniej, nawet krew, choć zakrzepła wyglądała na świeżą. Zwłoki obmyte i owinięte w czyste prześcieradło. przełożono do nowej trumny i okryto czarnym ornatem, zaś trumnę umieszczono w centrum krypty. Miejscowa ludność, polska i ruska, katolicka i prawosławna, tłumnie się schodziła, aby modlić się  i polecić opiece Męczennika. W zadziwiający sposób Wielka Wojna Północna, która spustoszyła pół Europy, oszczędziła Pińszczyznę, nawet rekwizycje ze strony przeciągających wojsk ominęły te tereny, zaś zaraza 1709-10 roku, w wyniku której w litewskiej prowincji jezuickiej zmarło 118 księży i zakonników, nie dotknęła Pińska i okolicy, gdzie nikt nie zachorował.

Wszystko to powodowało, że kult Andrzeja Boboli uznawanego już za Świętego Męczennika, choć do procesu kanonizacyjnego dojść miało po bardzo wielu latach, stale wzrastał. Jedną z jego wyznawczyń była księżna Katarzyna z Dolskich Wiśniowiecka, która modliła się żarliwie o uwolnienie z niewoli rosyjskiej jej męża Michała Serwacego Wiśniowieckiego, hetmana polnego, stronnika Stanisława Leszczyńskiego. Jej staraniem trumna Andrzeja Boboli została umieszczona w oddzielnej kaplicy 10 grudnia 1710 roku, zaś 13 grudnia ciało ubrane w ornat własnoręcznie wykonany przez księżnę. W tym samym dniu, książę hetman podjął próbę ucieczki z twierdzy w Głuchowie nad Dnieprem, w której był więziony od ponad piętnastu miesięcy, strzeżony tak pilnie, iż ucieczka zdawała się niemożliwą. Po linie spuścił się z okna, a po lodzie przeszedł Dniepr. Pościg wyruszył natychmiast, lecz utknął na brzegu Dniepru, bo rozpoczęła się burza, spadł ciepły deszcz, który roztopił lodową pokrywę – rzeką płynęła kra uniemożliwiając przez najbliższe dwa dni wszelką przeprawę. Od tego wydarzenia zaczęto skrzętnie spisywać łaski wymodlone za pośrednictwem Andrzeja Boboli, tworzono tez dokumenty stanowiące zaprzysiężone zeznania świadków jego męczeńskiej śmierci, zakonnego życia, protokóły medycznych oględzin zwłok dokonywanych w różnym czasie. Proces beatyfikacyjny, a później kanonizacyjny ciągnął się bardzo długo i prowadzony był bardzo skrupulatnie – dopiero w roku 1938 Andrzej Bobola wyniesiony został na ołtarze. Różne przyczyny, polityczne i losowe, opóźniały ten proces – nie będę wdawał się w jego omawianie, ważnym jest bowiem, że przyszły święty trwał w swoim życiu pośmiertnym w niezależnym od zewnętrznych wydarzeń kulcie dobroczyńcy okolicznej ludności. Po kasacie zakonu jezuitów, opiekę nad ciałem Męczennika sprawują unici, po Drugim Rozbiorze w 1793 roku i zniesieniu przez Katarzynę II diecezji unickiej w Pińsku, kościół wraz z trumną Andrzeja Boboli przejęli zakonnicy prawosławni, którzy zamknęli dostęp do krypty, nie zdołali wszakże powstrzymać szerzącej się, również wśród ludności prawosławnej, czci do Patrona Pińszczyzny. Jezuici z Połocka (Katarzyna II na przekór Watykanowi utrzymała w Rosji zakon jezuitów, który uzyskał aprobatę następcy papieża Klemensa XIV, Piusa VI) dość łatwo otrzymali zgodę Aleksandra I na sprowadzenie z Pińska zwłok Andrzeja Boboli, było to bowiem na rękę carowi i prawosławnym hierarchom, którzy w kulcie Zmarłego widzieli przeszkodę rusyfikacji Pińszczyzny. Była to pierwsza translokacja zwłok Andrzeja Boboli z obrębu kościoła w którym spoczywał, ale nie ostatnia. W Połocku po wydaleniu z Rosji jezuitów w 1820 roku, trumna dostała się pod opiekę pijarów, zaś po wypędzeniu w 1830 pijarów, została przeniesiona do kościoła dominikanów. Andrzej Bobola zasłynął cudami w Połocku, jak wcześniej w Pińsku, otoczony był kultem przez ludność okoliczną, katolicką i prawosławną. To zwłaszcza, że „prawosławne błagocześciwe prostonarodie chodit do Bobolowo”, szczególnie doskwierało władzom, ale gdy przybyła z Petersburga komisja pojawiła się przed sarkofagiem i grubiańsko zaczęła wydziwiać nad polskimi metodami „wychłopatywanija” świętych, ze stropu oderwała się  cegła i ugodziła w głowę głównego komisarza raniąc dotkliwie – dano więc spokój. Bolszewicy, od razu po dojściu do władzy chcieli usunąć trumnę, sprzeciwiał się temu ostro biskup Jan Cieplak, administrujący arcybiskupstwem mohylewskim po aresztowanym biskupie Edwardzie Roppie, oraz powołany komitet katolicki. Terror antyreligijny nasilał się – arcybiskup Cieplak został aresztowany w Wielki Czwartek 1920 roku – w lipcu 1922 kościół otoczono wojskiem, zwłoki Andrzeja Boboli sprofanowano (rzucone o ziemię nie rozpadły się) w nocy wywieziono je do Moskwy i jako „fenomen natury” umieszczono na „Higienicznej Wystawie Komisariatu Zdrowia”, ale poza zasięgiem zwiedzających. Przeczytałem niedawno we wspomnieniach jednej z pracownic Wystawy, że wśród nich, wśród personelu, wytworzył się wówczas skrycie wyznawany kult Świętego.

Dzięki zabiegom wielu osób, Watykan wykupił zwłoki korzystając z panującej w ZSRR klęski głodu, a na podstawie umowy z Cziczerinem, sprowadził do Rzymu okrężną drogą (przez Odessę na statku „Cziczerin” do Konstantynopola, a stamtąd na „Carraro”) tak, by ominąć Polskę. Ciało złożone w kościele Il Gesu, było stamtąd zabierane dla dokonania licznych oględzin lekarskich. Twarz, stanowiąca po torturach ziejącą ranę, uzupełniono plastyczną wstawką odtwarzającą wygląd znany z portretów, w tym samym czasie toczył się proces kanonizacyjny, gorąco popierany w Polsce (wielu chłopców chrzczono imieniem Andrzeja Boboli i stąd On właśnie jest moim patronem). Wreszcie 17 kwietnia 1938 roku, odbyła się w Rzymie uroczysta kanonizacja na którą przybyły tłumy pielgrzymów z Polski. 8 czerwca, rozpoczął się triumfalny powrót Świętego męczennika do Polski, od uroczystego wyprowadzenia zwłok z Rzymu przez Lublianę, Budapeszt, Kraków, Katowice, Poznań Kalisz, Łódź do Warszawy, gdzie złożono je w ołtarzu kaplicy księży jezuitów, przy ulicy Rakowieckiej.

Życie  i śmierć Andrzeja Boboli jest przykładem najbardziej wysublimowanego człowieczeństwa. Święty Andrzej pochodził ze starego, możnego rodu Bobolów herbu Leliwa, zapewne przybyłego około 1200 roku z Czech (herb Leliwa miał być wedle tradycji nadany w 1229 roku przez Bolesława Wstydliwego Jakubowi Boboli za odparcie  najazdu Turków i Węgrów, wcześniej Bobolowie pieczętowali się innym herbem). Bobolowie pełnili funkcje na dworach kilku kolejnych królów, byli fundatorami wielu kościołów i kilku konwiktów przyklasztornych. Według Niesieckiego, Andrzej Bobola był synem Krzysztofa a wnukiem Andrzeja podkomorzego wielkiego koronnego. Wybrał życie duchowne nie dla kariery – przeciwnie, porzucił świecką karierę dla życia zakonnego. Nim wstąpił do zakonu odbył studia humanistyczne i retorykę, a po odbyciu nowicjatu i uzyskaniu niższych święceń kapłańskich, podjął dalsze trzyletnie studia filozoficzne na Akademii Wileńskiej. Praktykę pedagogiczną odbył w Collegium Hosianum w Braniewie gdzie uczył gramatyki, następnie został mianowany nauczycielem w kolegium w Pułtusku i prowadził przez rok trzecią klasę (syntaksę). Wrócił wszakże do Wilna, podjął nowe studia na Akademii, tym razem czteroletnie teologiczne, po których ukończeniu otrzymał z rąk biskupa wileńskiego Eustachego Wołłowicza święcenia kapłańskie. W ten sposób Andrzej Bobola, przez pierwszych ponad trzydzieści lat życia kształtował swoją wiedzę i osobowość, a warto wspomnieć, że był z natury usposobienia sangwinistyczno-cholerycznego, więc w okiełznanie swojego zapalczywego charakteru musiał włożyć wiele wysiłku. Pozostało mu jeszcze trzydzieści pięć lat, które przepracował z ogromnym oddaniem i poświęceniem. Zaczął od Nieświeża, w którym litewska prowincja jezuitów posiadała kolegium ufundowane przez Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, gdzie odbywała się tak zwana trzecia probacja dla księży, przed ostatecznym związaniem się z zakonem – poddanie licznym próbom i ćwiczeniom duchowym, podobnym do tych jakie przechodzili w nowicjacie – aby można było stwierdzić, czy kilkuletnie studia nie oderwały ich od pobożności i gorliwości w przestrzeganiu reguły. Tę próbę przeszedł ksiądz Andrzej Bobola nie bez trudu – rektor kolegium Jan Alandus i instruktor nadzorujący jego postępy Filip Frisius, oceniają ujemnie jego „nadmierne jeszcze przywiązanie do własnego zdania, łatwe wybuchy niecierpliwości, ledwie przeciętne opanowanie strony uczuciowej”. Do tego minister domu probacji Rudziński dokłada ze swej strony zarzut przekroczenia przepisanego w kolegium zakrystii milczenia. Cechy, tak bardzo przydatne w świeckim towarzystwie, dyskredytowały go w Towarzystwie Jezusowym – ksiądz Andrzej musiał usilnie pracować nad swoim charakterem, aby go opanować i nauczyć się niezbędnej zakonnikowi pokory. . Po odbyciu probacji objął, na polecenie przełożonych, rektorat kościoła przy kolegium w Nieświeżu. Wykazał się zdolnościami administracyjnymi – odnowiono ściany kościoła i położono nowy dach, we wnętrzu zawieszono jedwabne draperie, przybyło kilka ornatów – zapewne w kazaniach, które wygłaszał, skutecznie odwoływał się do szczodrobliwości słuchaczy. Opinia świetnego kaznodziei musiała się rozprzestrzenić, bo zaczęły o niego zabiegać domy jezuitów w Wilnie i w Warszawie. Aliści ojciec Andrzej Bobola odnalazł swoje powołanie nie w krasomówstwie, a w posłudze ubogim i pracy misyjnej, w najbliższej nieświeskiej okolicy, która okazała się kompletnie duchowo zaniedbana. Nawracał na katolicyzm prawosławnych, protestantów i „niedowiarków”, chrzcił, łączył ślubem pary żyjące bez sakramentu, uczył od podstaw zasad wiary i materialnie wspomagał potrzebujących. Przeniesiono go wszakże do Wilna, do erygowanego w 1616 roku kościoła św. Kazimierza. Znalazł i tu szerokie pole do działalności misjonarskiej. Głosił kazania, miał popołudniowe wykłady z Pisma Świętego i dogmatów, był spowiednikiem, założył Sodalicję Mariańską i prężnie nią kierował -kościół podczas nabożeństw i lekcji wypełniony był po brzegi

W kościele św. Kazimierza w Wilnie objął ksiądz Andrzej swoje funkcje w 1624 roku – niechętnie odrywam się od opowieści o dalszych etapach jego życia – wytężonej pracy dla umocnienia wiary katolickiej, oddaniu ludziom powierzonym jego opiece, sprawnemu administrowaniu podległymi mu placówkami – nie chcę się wszakże zbytnio oddalić od tematu, który chciałem wesprzeć przykładem świętego Andrzeja Boboli, a mianowicie od kwestii człowieczeństwa. Dlatego opuszczam w mojej narracji opis trzydziestu trzech lat jego życia, bogatego pod względem duchowym i obfitującego w wydarzenia. Na marginesie wspomnę jedynie, że jego wpływowi krewni – brat rodzony, Wojciech Bobola, podkomorzy ziemi przemyskiej i brat stryjeczny, Kasper Bobola, kanonik krakowski – uzyskali od generała zakonu Matiusa Vittelleschiego pisemną zgodę na przeniesienie Andrzeja do Korony, gdzie chcieli mu ułatwić osiągnięcie kariery, on zaś wolał pozostać na Litwie i pełnić swoją posługę wśród ludzi, którym poświęcił się całkowicie. W roku 1657, jego pojmanie i dalszy przebieg wydarzeń nie były przypadkowe. Dla nas Andrzej Bobola jest świętym męczennikiem – jego śmierć pokryła jego życie – patrzymy na niego w tym aspekcie, w dodatku przez pryzmat cudów, które zostały wymodlone i uzyskane za jego pośrednictwem. Wszelako dla jego współczesnych, był to bojownik wiary, podbijający serca swoja dobrocią, uczonością i gorliwością w praktykach religijnych – lud, wśród którego pracował, nazywał go „człowiekiem Bożym” i ‚świętym”. Jego wpływ na umysły i uczucia tych, którzy się z nim stykali, musiał być ogromny, zwłaszcza że czasy były straszliwe, czasy w jakich strwożeni ludzie szczególnie garną się do Boga. W roku 1648 rozpoczęła się wielka rebelia na Ukrainie pod wodzą Chmielnickiego, w której wojska kozackie i tatarskie z niesłychaną dzikością pustoszyły kraj mordując okrutnie szlachtę, mieszczan i żydów, a również tę ludność ruską która rebelii nie poparła, Tysiące ludzi w tatarskich łykach wędrowało w jasyr, wśród nich znajdowała się też ludność wsi opuszczonych przez rebeliantów, pozostawionych bez żadnej ochrony. Gwałty, pożoga, mordy, rabunek, jasyr – oto był obraz tamtych czasów, gdy z miejsce dawnych osiedli ludzkich pozostawała wyjałowiona ziemia.Po pierwszych kozacko-tatarskich zwycięstwach nad wojskami koronnymi pod Korsuniem i Piławcami karta się odwróciła dzięki obronie Zbaraża i bitwie pod Zaborowem – nastąpiła ugoda, nie satysfakcjonująca żadnej ze stron, zapoczątkowała jedynie dalsze podjazdy i karne ekspedycje, przerywana wielkimi kampaniami wojennymi. W roku 1654 ofensywa sprzymierzonej z Chmielnickim Moskwy poprzedziła najazd Szwedów 1655 roku.Tatarzy sprzymierzyli się tym razem z Polakami, a od południa najechali Siedmiogrodzianie prześcigający się z Kozakami w okrucieństwach wobec Polaków. W tej atmosferze kompletnego chaosu, opętania zbrodnią, mordem, apostolstwo ojca Andrzeja ukazujące drogę zbawienia duszy i sens znoszonych cierpień, miało szczególne znaczenie – było nie z tego świata. Chociaż rebelia Chmielnickiego, która lawinowo wywołała tak zgubne skutki, rozpoczęła się z zupełnie innych przyczyn, których nie będę tu omawiał, pod wpływem Rosji przekształciła się w wojnę religijną, prawosławia z katolicyzmem – przynajmniej pod względem formalnym, gdyż dla większości Kozaków, a zwłaszcza chłopów ukrainnych kwestie religijne nie miały znaczenia, a cerkiew i monastery padały również pastwą grabieży i płomieni, zaś popi, mnisi i mniszki byli mordowani.Kiedy więc w maju 1657 roku kozackie wojska Iwana Lichyja zbliżały się do Pińska, miejscowa ludność polska i unicka schroniła się w okolicznych  lasach, wraz z nimi zbiegli dwaj ojcowie jezuici Andrzej Bobola i Szymon Maffon. Schwytanie ich powierzono pułkownikowi Antonowi Zdanowiczowi, ten rozesłał podjazdy po okolicy. Jeden z nich pod wodzą Antona Zielenieckiego i Popenki, 15 maja znalazł o. Maffona na plebanii w Horodcu, Zamordowano go okrutnie, przybijając nagiego gwoździami do ławy, zdzierając skórę pasami, z w końcu odrąbując głowę. Następnego dnia dopadnięto o. Bobolę. Tu sprawa była inna – nie chciano go zamordować. Chciano go zmusić do apostazji – dlatego nie zabito go od razu. Zbitego okrutnie popędzono go między końmi żywego do Janowa przed oblicze starszyzny. Tam nastąpiło zderzenie jakże różnych światów i różnych osobowości. Z jednej strony rozpasani pułkownicy kozaccy, mało – jeśli w ogóle gramotni, a z drugiej spętany i zmasakrowany jeniec – ksiądz katolicki, absolwent kilku fakultetów, człowiek który z możnymi rozmawiał jak z równymi sobie bo sam się z pośród nich wywodził, z hierarchami prawosławnymi toczył dyskusje przewyższając ich znajomością pisma ojców Kościoła greckiego i niejednokrotnie zjednując ich dla Unii, a również rozumiejący lud prosty i przezeń wzajemnie rozumiany. Jakże zależało tym Kozakom, aby móc rozgłosić, że ten apostoł Litwy przyjął prawosławie – ale pokonanie duszy Andrzeja Boboli nie było dla nich osiągalne, o czym mierząc to własną miarą, nie wiedzieli. Pobicie w Predyle wynikało z rutyny przy tego typu wydarzeniach, chodziło o zmiękczenie pojmanego ojca Andrzeja, o pokazanie mu, że to nie przelewki, że liczyć się musi z najgorszym. Kiedy stawiano go przed starszyzną kozacką w Janowie, ta najwyraźniej uznała, że jeszcze nie został dostatecznie sterroryzowany – nie ulegał namowom, prośbom i groźbom – więc zastosowano środki ostrzejsze, sprawiające ból, ale kaleczące jedynie powierzchownie (ściskanie głowy, polewanie ukropem, przypalanie, drzazgi pod paznokciami) Dopiero gdy przekonali się, że to wszystko nie doprowadzi do celu, opanował ich szał morderczy, chcieli go zabić, i to tak, „żeby czuł że umiera”, według ówczesnego kozackiego określenia, które odżyło wśród Ukraińców na Wołyniu i Podolu podczas II Wojny Światowej.

Nieprzekraczalną dla zwierząt granicą, oprócz już wymienionej zdolności do abstrakcyjnego  myślenia stanowiącego podstawę inteligencji, jest zdolność do wzniosłości i do tego co nazywamy uleganiem niższym instynktom, nie wiem czy słusznie, bo instynkt, jak to wykazałem wyżej, jest zaprogramowaniem czynności racjonalnych, zaś okrucieństwo racjonalnym nie jest. W powszechnej opinii, kot bawi się myszą w sposób okrutny, zamiast ją zjeść od razu. Badania wykazały wszelako, że mięso myszy, jeśli nie zostanie odpowiednio przyrządzone, to znaczy nasączone adrenaliną, jest dla kota szkodliwe. Rzekome okrucieństwo kota zostało tym samym wyjaśnione. Kiplingi inni opisujący zwierzęta pisarze, przekonują nas że zwierzę nie zabija bez potrzeby, że atakuje w celu zdobycia pożywienia a wówczas nie zabija ponad potrzebę, albo w obronie własnej. Przeczyłoby temu zachowanie lisa w kurniku, albo wilków zagryzających więcej owiec niż są w stanie pożreć – ale co, tak naprawdę wiemy o ich instynktach?! A może zostały tak zaprogramowane w interesie padlinożerców?! Straty właścicieli kurnika lub owiec, nie zostały wkalkulowane w instynkt wilka żyjącego w naturalnych warunkach.

Biblia nazywa człowieka królem wszelkiego stworzenia i wyjaśnia, że to Bóg stwórca świata wyznaczył mu stanowisko w przyrodę – materialiści, odrzucając Boga  nie mogą wszakże zaprzeczyć, że swymi naturalnymi przymiotami człowiek przewyższa cała otaczającą przyrodę – nazwali go „naczelnym”, zaś do tych naczelnych dorzucili mu małpy i małpiatki. W początkach rozwoju „nauki” o ewolucji zadowalano się stwierdzeniem, że człowiek pochodzi od małpy, co wywoływało pożądane skandale. O co tutaj chodziło – najłatwiej wyjaśnić na przykładzie Haeckla. Ernst Haeckel studiował medycynę w Berlinie, czyniąc tak małe postępy, szczególnie w anatomii, że profesor Virchow, najlepszy ówczesny anatom, patolog i antropolog, którego ustalenia w zakresie histopatologii obowiązują do dziś, chciał go wylać ze studiów jako kompletnego głąba. Aliści Haeckel zwąchał się z profesorem Fritzem Mullerem, specjalistą od skorupiaków, entuzjastą teorii Darwina. Muller wybłagał u Virchowa dostateczną ocenę z ćwiczeń sekcyjnych i z anatomii, ręcząc słowem honoru, że dyplomowany jako lekarz Haeckel zajmie się pracą badawczą nad pierwotniakami, a nie medycyną – krótko mówiąc, że nie będzie praktykował jako lekarz, zaś jego badania nie mogą nikomu zaszkodzić. Haeckel, obronił dyplom pracą o promienicach, zaś promowany przez Mullera, został mianowany profesorem w Jenie. Zaproszono go w 1863 roku na zjazd Towarzystwa Przyrodniczego do Szczecina, gdzie miał przedstawić wyniki swoich badań nad promienicami, a miast tego w apodyktycznej formie wygłosił odczyt o teorii Darwina, znanej oczywiście wszystkim którzy mieli ochotę się z nim zapoznać. O promienicach nawet nie wspomniał, jeśli nie liczyć ostatniego zdania, w którym wspomina o pierwotniakach w następującym kontekście: „Jest rzeczą niewątpliwą, że przodków człowieka musimy szukać wśród dawnych małp, a wcześniej jeszcze wśród kangurowatych workowców, a jeszcze dalej wstecz wśród płazów i zwierząt ziemnowodnych, wśród nisko zorganizowanych ryb i w końcu w jednokomórkowych pierwotniakach, które powstały z nieożywionej materii”. Skandal był oczywiście niebywały, bo oto zamiast naukowego wykładu  przedstawiono zebranym stek idiotyzmów, co w żadnym razie nie licowało z powagą zjazdu naukowego, Skandalista stał się tematem żartów prasy całego świata, stał się gwiazdą sezonu – i oto właśnie chodziło – z dnia na dzień dwudziestodziewięcioletni, nikomu dotychczas nieznany profesor uniwersytetu w Jenie, staje się sensacją. Temat jest chwytliwy – pojawiają się w prasie popularnej (rzecz jasna, że nie naukowej!) publikacje traktujące rzecz cała na serio – w dodatku ilustrowane przez niejakiego Gabriela Maxa, rysownika nie mającego do tej pory wzięcia, który swoimi rysunkami przedstawiającymi wyimaginowane małpoludy, oddziałuje na powszechną wyobraźnię. Na tych rysunkach wzorowane są wszystkie ilustracje przedstawiające ludzi prymitywnych, a publiczność już wie, jak wyglądali, nie mając zielonego pojęcia, że są to sceny wyłącznie z fantazji.

Lobby popierające teorię ewolucji wspierało poszukiwania archeologiczne, mające odnaleźć to „pośrednie ogniwo” – stworzenie stanowiące pomost pomiędzy małpą a człowiekiem. Dzięki ogromnym nakładom finansowym, prowadzono prace poszukiwawcze na wielką skalę. Znajdowano ułomki kości: żuchwy, czaszki, podudzia – z absolutną dowolnością kwalifikując je jako formy przejściowe – ile w tym było inspiracji, a ile wyrachowania, trudno ocenić. Te znaleziska przyniosły pieniądze i sławę odkrywcom, a co dziwniejsze utrzymały się w „nauce” , mimo że specjaliści ujawniali mistyfikację.

Polemika z darwinistami była trudna, bo trudno znaleźć argumenty wobec kogoś, kto w miejsce faktów przedstawia własną fantazję. Do kawałka kości, rzadziej kilku różnych fragmentów, dorysowywano całą półludzką istotę metodą Gabriela Maxa. Tak było z Phithecantropusem enectus znalezionym na Jawie w 1891 roku. Opisał go Eugen Dubois, który dzięki temu otrzymał profesurę i zyskał światowy rozgłos, a dysponował ludzką kością udową, fragmentami małpiej czaszki i kilkoma zębami. Kości były rozrzucone w promieniu kilkunastu metrów i przemieszane z innymi szczątkami ludzkimi i zwierzęcymi. Nie ma racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego to właśnie ludzkie udo, połączone z tym właśnie fragmentem małpiej czaszki i zębów. Ale Phithecantropus, narysowany przez Maxa, żyje już własnym życiem.

Wobec takiej swobody interpretacji niepotrzebne są nawet fałszerstwa, a wszakże się zdarzają. Najbardziej spektakularna była sprawa człowieka z Piltdown którego wiek określono na pięć i pół miliona lat. Miał dość dobrze zachowany fragment ludzkiej czaszki i niewątpliwie małpiej szczęki, ale z zębami startymi na sposób ludzki. Od 1912 roku, przez czterdzieści lat stanowił chlubę Muzeum Brytyjskiego. Wykopali go wspólnie: adwokat Charles Dawson i dwóch paleontologów – Artur Smith-Woodward i Teihard de Chardin, nazwali go Eoanthropus dawsoni. Fałszerstwo odkrył doktor Kenneth Page Oakley, który zbadał to znalezisko pod względem zawartości fluoru (im starsza kość, tym go więcej) mając na celu potwierdzenie testu fluorowego, a nie wykrycie fałszerstwa. Tymczasem okazało się, że zamiast spodziewanego dwuprocentowego wyniku, w czaszce była jedna dziesiąta procenta. Dalsze próby laboratoryjne wykazały, że wiek czaszki należy datować na 140-500 lat,  zaś szczęka jest całkiem współczesna, że jest to szczęka orangutana, w dodatku jej zęby starto piknikiem, a obie kości sztucznie postarzono przez zanurzenie ich w dwuchromianie potasowym, co im nadało rdzawo-brązową barwę. Było to więc fałszerstwo dokonane niezmiernie fachowo i można mieć jedynie wątpliwości przez kogo, bądź na czyje zlecenie.

Czasami zdarzają się pomyłki wynikające z czystej ignorancji, nawet u znanych i utytułowanych profesorów, jak na przykład Henry Fairfield Osborn, Zakwalifikował ząb znaleziony w Nebrasce jako pół-człowieczy, pół-małpi. Do tego zęba dorysowano całego człowieka z Nebraski, który istniał we wszystkich popularnych publikacjach, do czasu aż któryś z zoologów udowodnił iż jest to po prostu ząb dzika. Ostateczny kres tym fantazjom winna położyć genetyka. Wykazano już wprawdzie brak genetycznej zgodności między wykopaliskami szczątków kwalifikowanych jako małpoludy, a człowiekiem – również z przyczyn genetycznych zrezygnowano z szympansa, typowanego wcześniej jako naszego przodka – ale teoria ewolucji jest lansowana nadal w podręcznikach, encyklopediach, programach popularno-naukowych. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, zbyt wielu ludzi całą swoją karierę temu zawdzięcza, a po wtóre – dla materialistów ma to być dowodem nienaukowości religii. Tym czasem, to „nauka” o ewolucji jest nienaukowa, bo nienaukowe są przedstawiane przez nią dowody.

Pseudonauka ustala „prawa”, które stają się obowiązujące dla wykształconego ogółu.Jednym z podstawowych jest „prawo biogenetyczne” ustanowione przez Haeckla, tego skandalisty z Jeny i Mullera jego pierwszego protektora. Prawo biogenetyczne polega na „przejściowym pojawianiu się u zarodków różnych organizmów cech budowy, które przypominają ich ewolucyjnych przodków”. Innymi słowy – że embrion, w trakcie swojego rozwoju odtwarza cały cykl ewolucji, zaczynając od jednokomórkowego pierwotniaka, tworzy później wielokomórkową kolonię, następnie ma skrzela rybie, później gadzi ogon – wszystko to stanowi bezużyteczne organy szczątkowe, które znikają w miarę rozwoju płodu. Warto zwrócić uwagę na to, że obaj „odkrywcy nowego prawa” zajmowali się pierwotniakami, ale nie byli specjalistami w ginekologii i położnictwie, ani w anatomii, w antropologii, w paleontologii – słowem w żadnej dziedzinie mogącej zająć mniej dyletanckie stanowisko.  Zewnętrzne cechy budowy zarodków, które przypominały zewnętrzne cechy zwierząt, były czystą fantazją mającą podbudować teorię ewolucji, nazwanie zaś fantazji naukowej „prawem Biogenetycznym” -  jest oczywistym nadużyciem. Wielu embriologów poszło tym tropem, w sumie wyróżniono 18 cech, które uznano wówczas za organy szczątkowe – embriologia dawno już odrzuciła tą mylną interpretację, która wciąż jeszcze pokutuje w wydawnictwach popularnych, encyklopediach i podręcznikach szkolnych. Kwestią wyjściową dla całej tej hipotezy, niesłusznie nazywanej prawem, jest że zygota powstała z połączenia dwu gamet stanowi odtworzenie pierwszego ogniwa życia organicznego na ziemi. Już wówczas, gdy Haeckel ogłosił swoje „prawo biogenetyczne”, było wiadomo czym różni się zapłodnione jajo od pierwotniaka – dziś może to opisać uczeń szkoły średniej. W dalszym ciągu rozwojowym zarodka, miał on przybierać tzw. „formy szczątkowe”, wśród których na pierwszym miejscu wymieniano „skrzela rybie”, następnie „ogon gadzi”, i tak dalej, aż do „owłosienia całego ciała”. Od dawna już dokładnie wiadomo, że owe rzekome szczeliny u ludzkiego zarodka pod koniec pierwszego miesiąca które według Mullera i Haeckla miały być rybimi skrzelami, to nie są żadne szczeliny służące do oddychania, lecz fałdy między łukami naczyniowymi dostarczające krew do głowy i palców, że ów rzekomy ogon rozwija się w kość ogonową na której opiera się kręgosłup podczas siedzenia i która wspiera mięśnie odbytu, że włoski pokrywające nasze ciało nie są pozostałością po małpich przodkach, lecz funkcjonalnymi organami prowadzącymi i regulującymi dopływ tłuszczu z gruczołów skórnych, co pozwala na utrzymanie skóry w odpowiedniej gładkości i wilgotności. Paradoksalnie – wiadomo nauce, lecz nie nauce przeznaczonej dla szerokiej publiczności, której wpaja się nadal „prawo biogenetyczne Haeckla” na użytek „teorii ewolucji Darwina” obowiązującej jako dogmat. Ten dogmat utrzymuje się również dlatego, że stanowi argument w sporze, czy człowieczeństwo płodu zaczyna się od poczęcia (ab initio), czyli od zygoty, czy też znacznie później, od urodzenia (ab incunabulis), a może od któregoś tam miesiąca ciąży. Przyjęcie błędnej doktryny Haeckla pozwala zwolennikom zabijania dzieci nienarodzonych na usuwanie ciąży, pod pretekstem że nie jest to dzieciobójstwo, lecz likwidacja owych wczesnych form zarodka, jeszcze na kolejnym etapie ewolucji. Ewolucja, która w umysłach materialistów wyręczyła Pana Boga od trudu stworzenia świata i życia na ziemi, stała się motywem przewodnim we wszystkich niemalże dziedzinach, zastępując wszechobecny niegdyś marksizm.

Doprawdy, trudno trafić na bodaj jeden program przyrodniczy czy geograficzny, w którym nie ględzono by o ewolucji. Pokazując jakiekolwiek zwierzę zamiast mówić, że stanowi część miejscowej fauny, mówi się że ewoluowało, aby się przystosować do warunków klimatycznych. A jaki dowód, że kiedykolwiek wyglądało inaczej? Oczywiście żadnego! Poza bzdurnym przeświadczeniem, że jego praprapraprzodkiem  był pierwotniak – bo tak twierdzą darwiniści. Kosmos jest tak niebywale uporządkowany, że każda drobina materii żywej i nieożywionej jest z nim powiązana. Już starożytni wiedzieli o wpływie księżyca na przypływy i odpływy morza, a wierzyli że układ planet ma wpływ na nasze życie. Obecnie rąbek naszej wiedzy wobec tajemnicy wszechświata poszerzył się nieco, mamy trochę wiadomości o wpływie planet na żywe organizmy na lądzie i w oceanach, o oddziaływaniu zmiennej aktywności słońca na nasz klimat i na jonosferę- rozpoznajemy trochę objawów, lecz nie przyczyn, zaś cały system jest dla nas niezrozumiały, Możemy natomiast badać jego poszczególne elementy, powodowani ciekawością i podziwem dla tak niebywale złożonej, a zarazem logicznej we fragmentach i w całości przyrody, zachwycając się jej naturalnym pięknem, a powstrzymując od kabotyńskich twierdzeń, że wszystko o niej wiemy, gdy w istocie – wiemy tak niewiele.

W drugiej połowie XIX wieku, nastąpił tak znaczny postęp w naukach szczegółowych, w rozwoju techniki, przemysłu, komunikacji, handlu, iż ludziom upojonym cywilizacyjnym postępem zdawało się, że są w przeddzień rozwiązania wszystkich tajemnic przyrody – nadchodzący wiek XX nazwali wiekiem pary i elektryczności. Tą powszechną euforię przerwała katastrofa „Titanica” w roku 1912 – był to wstrząs, dla całej cywilizowanej ludzkości, znacznie większy od obecnego ataku na WTC. „Titanic”, brytyjski parowiec, największy i najbardziej luksusowy statek świata, był szczegółowo opisywany przez światową prasę jeszcze podczas budowy, był głównym tematem wszystkich ilustrowanych periodyków – rozreklamowany jako niezatapialny, stanowił symbol osiągnięć XX wieku. Zatonął piątego dnia swojego pierwszego rejsu wraz z 1503 osobami – z dnia na dzień stał się symbolem ludzkiej niemocy wobec potęgi przyrody. Wielu widziało w tym przestrogę Niebios, wobec ludzkiej arogancji. Wrażenie, jakie wywołała katastrofa „Titanica”, zostało przytłumione niebawem przez Wielką Wojnę i wstrząsy rewolucyjne stanowiące jej zakończenie. Właściwy wiek dwudziesty rozpoczął się nie kalendarzową datą 1 stycznia 1901 roku, w którym nic się nie wydarzyło, ani nie Rewolucją 1905  rozgrywająca się jeszcze w konwencji ubiegłego stulecia, choć była zapowiedzią nowych czasów, ale tą datą katastrofy „Titanica”, 14 kwietnia 1912 roku, stanowiącą preludium XX wieku.

TRIADA -INTRODUKCJA

Pisałem tę książkę przez ponad dwadzieścia lat, jeśli jednak wziąć pod uwagę, iż zamieściłem w niej niektóre materiały pisane wiele lat wcześniej, można powiedzieć, że pisałem ją przez całe moje dorosłe życie.

Introdukcja jest wprowadzeniem w tematykę, którą się zajmuję. Jest przeznaczona dla tych, którzy przed przeczytaniem książki chcieliby dowiedzieć się o czym ona traktuje. Pisana jest stylem rozwlekłym i rozgadanym, z jednego skojarzenia popadam w drugie – i niech tak postanie – c’est mon style, et le style, c’est l’homme”. Zatraca się przez to klarowność narracji ale też moim założeniem nie było przedstawienie przejrzystego usystematyzowanego wykładu historiozoficznego, lecz poprowadzenie czytelnika drogą moich własnych przemyśleń.

Każdy z nas jest odrębnym indywidualnym bytem, wszelako rodzimy się w świecie zorganizowanym. Nasi rodzice spłodzili nas i urodzili, zaś później zaopiekowali się nami,bez której to opieki nie mielibyśmy szansy przeżycia.

W mojej książce, chciałbym określić korelację człowieka, wobec Pana Boga i wobec środowiska w którym się urodził. W świadomości starożytnych Greków istniało pojęcie kosmosu, jako porządku, obejmującego każdą drobinkę i cały wszechświat. Świat cywilizowany, po upadku cywilizacji starożytnych, zaniedbał to greckie odkrycie kształtujące światopogląd, Dopiero w XX wieku wprowadził pojęcie mikrokosmosu. Aliści Grecy, nie mający o (mikro) kosmosie pojęcia, gdyż go nie dostrzegali, nie mając odpowiednich narzędzi poznawczych, pojęciem (mikro( kosmosu obejmowali to, co było widać gołym okiem, a więc każdą jednostkę ludzką, zwierzęcą, bądź roślinną, żyjącą własnym życiem i tworzącą własny świat, związany ze wszechświatem, bo na przykład o wpływie księżyca na zjawiska występujące na ziemi, bądź wpływie słońca na pory roku, już doskonale wiedzieli. Pominę kwestię roślin i zwierząt, dla filozofii ważnym jest, iż dostrzegali ludzi, jako indywidualne kosmosy. Z tego wynika odmienność każdej ludzkiej istoty. Ludzie łączą się w grupy tworząc rodziny, stowarzyszenia połączone jednym celem i zainteresowaniami, narody z których się wywodzą, religie które wyznają. Czynią to zawsze świadomie, w drodze wolnego wyboru, nawet jeśli dotyczy to pochodzenia – rodziny i narodu. Są to trwałe wartości. Można je wprawdzie odrzucić lecz będą to zachowania nienormalne, odbiegające od norm podstawowych, jaki sobie społeczeństwa przez wieki wypracowały. Należy je dostrzegać – że takie zachowania i jeszcze dziwniejsze – istnieją, ale zajmować się nimi szczególnie, nie ma powodu.Jeżeli wszakże degrengolada staje się zjawiskiem masowym, jeśli ogarnia całe grupy społeczne, narody i państwa, a przez to wpływa również na losy tych jednostek, które jej nie uległy, to kwestia staje się poważna i wymaga wyjaśnienia przyczyn upadku, a zarazem środków zaradczych.

Fundamentalną jest kwestia istoty człowieczeństwa, zajmująca od tysiącleci zarówno mędrców (skłaniających się ku przesłankom etycznym) jak i głupców (człowiekiem jest ten co spłodził syna, zbudował dom, a w dodatku zabił byka). Religia, którą wyznaję, mówi o duszy nieśmiertelnej, wyróżniającej człowieka spośród innych istot żyjących. Jest to definicja kompletna, lecz nie daje odpowiedzi w kwestii różnorodności ludzi. Obietnica zbawienia stanowi jej fundament i stawia ku temu niezbędne warunki. Aliści, człowiek jest grzesznym. Skłonność do grzechu wpisana jest w ludzką naturę. Dobrym (całkowicie) jest tylko Bóg Ojciec, powiedział Chrystus Pan. Istota człowieka jest mieszanina dobra i zła. Jednostki dążące do świętości, nie są w stanie całkowitego dobra osiągnąć, a zatem dążące do zła, zapewne nie mogą być ucieleśnieniem zła absolutnego. Gdy dowiedziałem się, że pod szubienicą w Norymberdze niektórzy zbrodniarze niemieccy wyznawali swą ufność w Bożym miłosierdziu, stało się to dla mnie polem do szerokiej refleksji. Czy mimo swych zbrodni  zostali zbawieni?! Decyzja należy do Pana Boga, który dał nam wolną wolę, atoli nie pozbawił jej samego siebie, więc to do Niego należy rozstrzygnięcie, kogo zechce zbawić, a kogo potępić.

Przez wiele lat studiowałem istotę człowieczeństwa, czytając mędrców i głupców. Doszedłem do konkluzji, która jest moim własnym odkryciem filozoficznym. Osobowość człowieka określa wzruszenie. To, co nas wzrusza stanowi wykładnik naszej osobowości. Na wywołanie wzruszenia składa się triada czynników. Punktem wyjścia jest wiara. Wiara w istnienie Boga, bądź w Jego nieistnienie. Wszelako, jest to wiara w autorytety, przedstawiające nam prawdy zasadnicze. Bez niej nie ma drugiego filaru triady, którym jest wiedza. Wyłącznie w oparciu o autorytety, można przyjąć do wiadomości zarówno iż ziemia jest kulą (spłaszczona na biegunach) jak i to, iż kłamstwo jest postępowaniem haniebnym. Z wiary i wiedzy wynika nasza wyobraźnia i jest to trzeci filar triady, zaś wszystkie trzy składają się na wzruszenie. Jeśli zobaczę co się wzrusza, wiem jakim jesteś człowiekiem i nie obchodzi mnie czy spłodziłeś syna, czy zbudowałeś dom, ani czy zabiłeś na arenie byka.

Żyjemy w systemie państw zbudowanych na kłamstwie i kłamstwem umacniających swoją władzę nad obywatelami. Dlatego tak ważnymi były zdania wypowiedziane przez Jana Pawła II, najgłębszego myślicielka naszej epoki: „Prawda was wyzwoli” i „Nie lękajcie się”. Jestem człowiekiem, katolikiem i Polakiem. To jasne, że moje spojrzenie wywodzi się z perspektywy Polski i katolicyzmu. Wszelako nie jest ograniczone do naszych spraw, lecz odnosi się do całego cywilizowanego świata. Kłamstwo, nas wszechogarniające, pleni się na wielu płaszczyznach. Przełomowym było kłamstwo grupki francuskich mędrków, którzy samych siebie nazwali oświeconymi, bo zanegowali istnienie Boga. Nazwali się też racjonalistami, przedkładającymi rozum nad wiarę i filozofami. Co najmniej do tych pierwszych dwóch określeń nie mieli żadnego prawa, gdyż co się tyczy filozofii, to filozofem może być każdy głupek – w polskim języku istniej pogardliwe określenie – „chłopski filozof”. Jest kwestią do zbadania dla historyków, o ile jest to jeszcze możliwe, czy owi oświeceni byli finansowani przez loże masońskie, które w tym czasie pracowały nad destrukcją korony francuskiej. Faktem jest, że głoszone przez nich poglądy uzyskały tak silne wsparcie, iż od nich nazwano koniec XVIII wieku, epoką Oświecenia. Wylansowane przez nich hasła masońskie, które stały się sztandarowymi sloganami Rewolucji Francuskiej – wolność, równość, braterstwo, zburzenie starego porządku i demokracja – zapadły w umysłu ludzi, choć były z gruntu fałszywe.

Na obaleniu starego porządku, można budować różne idee. Pytanie jakie – rzeczywistość dała nam negatywną odpowiedź. Demokracji poświęciłem osobny rozdział: „Demokracja – cyniczna manipulacja” – jego tytuł mówi sam za siebie. Wmówienie obywatelom, że mogą oddać głos na kandydata, na którego wyłonienie nie mają najmniejszego wpływu, jest kłamstwem demokracji. Jest to jedno z szeregu kłamstw, zaś kłamstwo jest wszechogarniające. Ma ono na celu ukrycie rzeczywistych motywów działań rządów państw, powołanych niby to demokratycznie.

Kłamstwem jest przeciwstawianie wiary nauce, wylansowane już przez oświeceniowych filozofów, a pokutujące do dziś. Nie do obrony pod względem naukowym, jest teoria ewolucji, oraz materialistyczna teoria powstania wszechświat, która zresztą i tak nie wyjaśnia praprzyczyny, ani też prapoczątku. Kłamstwom w nauce poświęcam wiele miejsca w poszczególnych rozdziałach, zaś w jednym szczególnie – „Nauka na manowcach”. Paradoksalnie, ludzie którzy mienią się być racjonalistami, posługującymi się rozumem przeciwstawnym „ślepej” wierze, swoje twierdzenia wywodzą z wiary negatywnej, wiary w nieistnienie Pana Boga, zaś głusi są na argumenty strony przeciwnej, wsparte naukowymi niezaprzeczalnymi dowodami, a więc na argumenty racjonalne.

Dla nas, ludzi wierzących, iż jesteśmy cząstką Bożego planu, naczelnym zadaniem powinno być podobanie się Panu Bogu i uzyskanie zbawienia. Aliści tak nie jest, z racji naszej słabości i skłonności do grzechu. Gdybym mógł cofnąć zegar mojego życia, do lat chłopięcych, kiedy wstawałem o świcie, niekiedy przed wschodem słońca, by przed lekcjami uczestniczyć w Mszy świętej, a miał zarazem doświadczenie człowieka u schyłku swoich lat,to rozważając wszelkie za i przeciw, zapewne zostałbym księdzem. Atoli wówczas, wyszedłem z wieku chłopięcego, a wszedłem w wiek dojrzewania,niosący wiele pokus, więc skusiły mnie powaby życia barwnego, zaś co tu dużo mówić – rozpustnego. Spędziłem swoje życie niefrasobliwie, czy zgodnie z planem Bożym? Jakie Pan Bóg wyznaczył mi miejsce w kosmosie? Dowiem się o tym na Sadzie Szczegółowym po śmierci, zaś ostatecznie na Sądzie Ostatecznym.

Urodziłem się kilka lat przed wojną, w Polsce Niepodległej. Niewiele mi z tego pozostało, bo moje dzieciństwo upłynęło pod okupacją niemiecką. Byłem świadkiem okupacji, terroru a zarazem nędzy lat powojennych, zmian ustrojowych prowadzących do PRL,  których pierwszy etap zakończył zryw narodowy w roku 1956, a nie śmierć Stalina, jak się to niektórym wydaje. Pamiętam atmosferę tamtych dni, która powróciła dopiero po blisko ćwierć wieku w roku 1980 i następnym. Rok 1956 wyzwolił ukryte dotąd dążenia narodowe. Byliśmy gotowi stawiać barykady wojskom sowieckim ciągnącym z wielu stron na Warszawę. Większość studentów i uczniów szkół średnich, a także trzydziestoparolatków przywdziewała wówczas paramilitarne mundury. Ja nosiłem andersowską bluzę battle dresu, którą dostałem od Jacka Bobińskiego. Uczestniczyłem w wiecach na UW, na których z reguły zabierałem głos, zaś później na Politechnice. Dla historyków ten zryw warszawski jest epzidem zakończonym przemówienie Gomułki na Placu Defilad. A to nieprawda. My, prosto z Placu, poszliśmy na Politechnikę i natknęliśmy się na kordony milicji w hełmach i na armatki wodne. Wiec na Politechnice się nie odbył, ale byliśmy nadal zorganizowani. Ja w sposób zupełnie naturalny, ze studenckiego komitetu pomocy Węgrom znalazłem się w komitecie przyjmowania repatriantów ze Związku Sowieckiego, byli to ludzie powracający z obozów. Ponieważ zgłosiłem biegłą znajomość języka niemieckiego, powierzono mi zadanie przepytywania zwolnionych jeńców niemieckich, z tego co wiedzą o Polakach, o których należałoby się upomnieć. Nie wiem czy uzyskane przeze mnie dane miały wpływ na los tych osób. Władze PRL nie chciały powszechnej repatriacji Polaków z przepastnych połaci ZSRR. Owa ustawa repatriacyjna objęła głownie Żydów. Przyjeżdżali masowo do Polski, tylko po to, aby otrzymać paszport Państwa Izrael uprawniający do wyjazdu do wszystkich państw świata. Żydzi po przyjeździe do Polski, natychmiast ustawiali się w gigantycznych kolejkach do Ambasady Izraela. Ci Żydzi traktowali PRL jak kraj tranzytowy. Byli też wśród nich inni Żydzi – którzy dotychczas pełnili stanowiska w aparacie bezpieczeństwa, w ministerstwach i różnych centralnych urzędach, w partii – a nie był to ani pierwszy, ani największy exodus Żydów. Najliczniej Żydzi wyjeżdżali z Polski w latach 1945-49. Należy podkreślić, że granice były dla Polaków zamknięte, zaś próby ich sforsowania często kończyły się więzieniem, a nawet śmiercią. Natomiast Żydzi byli skłaniani do wyjazdu.

Wiem z opowieści, że dostawali listy grożące im śmiercią, podpisane przez Narodowe Siły Zbrojne. Była to akcja prowadzona przez syjonistów, niewątpliwie pod patronatem Urzędu Bezpieczeństwa. Nikt, kto ma choćby lekkie pojęcie o NSZ, nie uwierzy, aby to one zajmowały się zastraszaniem Żydów po wojnie, ani podczas niemieckiej okupacji. NSZ nie były antysemickie, choć były rzecz jasna narodowe, lecz nie nacjonalistyczne. Jest to kłamstwo utrwalane przez lewicę, tak dalece, że jeszcze w roku 2010 pochód z flagami narodowymi w dniu święta 11 listopada zaatakowany był przez lewicowe bojówki pod hasłem „faszyści nie przejdą”, co spotkało się z głośną aprobatą rozmaitych polityków i dziennikarzy. Jest to pokłosie stuletniej kłamliwej, żydowskiej propagandy przedstawiającej Polaków jako zaciekłych antysemitów. Żydzi użyli swoich wpływów na przebieg konferencji pokojowej po I Wojnie Światowej, aby osłabić międzynarodową pozycję Polski jako państwa nietolerancyjnego wobec mniejszości narodowych (to na tej konferencji powstał ów termin „mniejszości narodowe”).

W Polsce Odrodzonej Żydzi cieszyli się pełnią praw obywatelskich (mieli własną reprezentację w parlamencie) społecznych i kulturalnych. Wydawali własną prasę w trzech językach (jidisz, hebrajskim i po polsku) mieli własne teatry i filmy w żydowskim żargonie. Szkolnictwo żydowskie było wyodrębnione, co nie zamykało wszakże drogi do szkół polskich, z czego korzystało wiele rodzin żydowskich. Żydzi prowadzili szereg własnych stowarzyszeń gospodarczych, politycznych, kulturalnych i sportowych (najpotężniejszy klub „Makabi”). A zarazem wielu Żydów działało na niwie polskiej kultury. Poeci – Tuwim, Leśmian, Brzechwa, Hemar, Słonimski. Pisarze i publicyści – Schulz, Grydzewski. Artyści wnoszący swoisty humor do kabaretów – Jaroszy, Krukowski. Profesorowie uniwersytetu – Aszkenazy, Handelsman, Feldman. Oczywiście wymieniam jedynie najwybitniejszych, a pomijam artystów malarzy i muzyków, wnoszących wkład w kulturę światową, uniwersalną, ale warto podkreślić iż w Polsce znaleźli mecenasów i klimat niezbędny do rozwoju talentu. Opowieści o powszechnym antysemityzmie Polaków nie maja pokrycia w faktach, choć oczywiście, nie zawsze i nie wszędzie stosunki wzajemne układały się idyllicznie. Zdarzały się w różnych okresach dwudziestolecia międzywojennego burdy uliczne połączone z dewastacją żydowskich sklepów, trzeba wszakże podkreślić, że interweniowała policja, zaś uczestnicy zamieszek byli sądzeni z całą surowością prawa. Sprawcami zamieszek na targowiskach byli najczęściej Żydzi – dość wspomnieć krwawe zamieszki na Kercelaku (Placu Kercelego) wywołane przez żydowskich rzeźników, i równie krwawe w Przysieku, gdzie kupcy żydowscy nie chcieli dopuścić na opanowane przez siebie targowisko okolicznych chłopów. Antysemickie incydenty na uczelniach „getto ławkowe” i żądanie wprowadzenia „numerus clausus” – liczby Żydów przyjmowanych na studia, nie tylko spotkały się z szerokim sprzeciwem społecznym jako bezprawne, ale zostały ostro potępione przez Narodową Demokrację odcinającą się od organizacji szowinistycznych, co doprowadziło do ich delegalizacji. A z drugiej strony nie sposób pominąć Komunistycznej Partii Polski zdominowanej przez Żydów, do której przyłączyły się zdemoralizowane jednostki z polskiego marginesu. KPP w okresie odradzania się Państwa Polskiego dążyła do przyłączenia Ziem Zachodnich do Niemiec, zaś po ustaleniu granicy zachodniej, do przyłączenia Kresów Wschodnich do ZSRR. Prowadziła w tym celu nie tylko agitację, lecz również akcje sabotażowe i dywersyjne, oraz szeroko zakrojoną sieć szpiegowską. Chociaż została zdelegalizowana formalnie jako partia polityczna, to w istocie chodziło o jej działalność agenturalną na rzecz wrogiego państwa.

Nie należy również pomijać faktu, iż przed samą wojną Polska przyjęła i nadała polskie obywatelstwo (!) setkom tysięcy Żydów z III Rzeszy, przywiezionych przez Niemców na polska granicę i przepędzonych przez nich na naszą stronę, bądź tez uciekinierów. Większość tych Żydów nigdy w Polsce wcześniej nie była, nie znała języka, a mimo to, w myśl prawa polskiego „aby nie było obywateli drugiej kategorii”, żydowscy emigranci uzyskali wraz z pojawieniem się w Polsce pełnie praw obywatelskich. Jest to przykład zwycięstwa prawa moralnego, wpisanego w prawo skodyfikowane. Ta kwestia była tak oczywista, iż nie wzbudziła sprzeciwu w polskim społeczeństwie, które widziało w tym tradycję, przyjęcia nędzarzy żydowskich wypędzonych z Europy, za rządów Kazimierza Wielkiego. Żydzi, którzy przybyli do nas z III Rzeszy, byli doszczętnie przez Niemców ograbieni, trzeba było niezwłocznie dać zapomogi i przeprowadzić translokację z nad granicy niemieckiej, w głąb kraju. Była to wielka operacja finansowa i logistyczna zarazem. Rząd polski jej sprostał. Już to jedno mogłoby odeprzeć wszelkie zarzuty o polski antysemityzmie. Aliści Żydzi w swojej antypolskiej demagogii pomijają ten fakt, bądź go bagatelizują, tak jakby Polska była obowiązana do przyjęcia Żydów całej Europy.

Kłamstwa na temat stosunku Polaków do Żydów podczas okupacji niemieckiej są w świetle faktów nikczemne. Kłamstwa, zarzucające Polakom mordowanie Żydów po wojnie, mają odwrócić sytuacje kata i ofiary – to Żydzi, którzy utworzyli UB, mieli za zadanie wymordowanie elit polskiego społeczeństwa, jako potencjalnych wrogów państwa, ubezwłasnowolnionego w systemie sowieckim. Rzetelne badania wykazują, iż społeczeństwo polskie w stanie swoich elit, poniosło większe straty osobowe, niż podczas wojny, zarówno ze strony niemieckiej jak i sowieckiej, Założony przez Żydów i przez nich kierowany Urząd Bezpieczeństwa Publicznego skuteczniej mordował wybitnych Polaków, niż Gestapo.

Aby zrozumieć pewne aspekty współżycia polsko-żydowskiego, trzeba odwołać się do kanonów religijnych. Fundamentem jest Stary Testament ale odmiennie czytany przez Żydów i chrześcijan. Chrystus Pan wypowiedział się w tej kwestii jednoznacznie, mówiąc swoim uczniom, iż mają szanować Prawo i Proroków. Dla chrześcijan, uważających się za uczniów Jezusa, a nawet za Jego naśladowców, kwestia winna być rozstrzygnięta – wszystko, co nie jest Prawem, oraz słowami Proroków, jest opowieścią, legendą, literaturą piękną. W czasach mojej młodości, nam katolikom wzbronione było czytanie Starego Testamentu w całości. Profanom pozostawały poszczególne opracowane literacko epizody, zaś pełny tekst był przeznaczony jedynie dla teologów. Kiedy jako uczeń dziewiątej klasy przeczytałem Biblię w pełnym wydaniu protestanckim (katolickich nie było) musiałem się z tego wyspowiadać, a rozgrzeszenie otrzymałem po wysłuchaniu surowego napomnienia o mojej grzesznej ciekawości ksiąg zakazanych przez Kościół. Dzisiaj, po tak wielu latach, uważam ten zakaz za słuszny. Przede wszystkim biblijne wyobrażenie Boga Ojca jest diametralnie odmienne od katolickiego. W Starym Testamencie Jahwe jest bogiem plemiennym, dbającym o interesy i zabiegającym o względy „swojego narodu”. Wspomaga go w walkach z wrogami, a nawet bierze w nich czynny udział, jak na przykład w zagładzie wojsk faraona w Morzu Czerwonym, aprobuje wszelkie z ich strony zdrady i przeniewierstwa, byleby wyszły na korzyść Izraela. Wymaga w zamian, aby uznano go za najwyższego boga – „nie będziesz miał innych bogów przede mną”, lecz brak tu napomknięcia, że „jedynego”. Dlatego Mojżesz, rozmawiając z Bogiem ukrytym w krzaku gorejącym, pyta całkiem zasadnie o Jego imię. Pada odpowiedź Jahwe, co stanowi zbitkę określenia – „jestem Tym, który jest”. Jest to odpowiedź Boga uniwersalnego. Aliści, Żydzi zinterpretowali to po swojemu – imię Boga zakryte jest tajemnicą i posługują się określeniem „Adonai”, czyli „Pan”, który przyjęli od nich protestanci. Wszelako z przyczyn dla mnie nie zrozumiałych, również katolicy przyjęli żydowskie pojęcie Pana Boga, jako tego, który wywiódł swój naród z niewoli egipskiej, które to sformułowanie znajduje się w inwokacji do Dziesięciorga Przykazań. Kiedy Mojżesz wysłuchiwał nauk Pana na górze Synaju, Żydzi odleli ze złota (być może z naczyń które ukradli Egipcjanom) posąg złotego cielca, czyli boga Apisa, któremu oddawali hołd. Widząc to Mojżesz wpadł w szał, rozbił kamienne tablice i popędził z powrotem do Jahwe, aby go przebłagać. Adonai był już zmęczony zabieganiem o względy tego „niewdzięcznego narodu:”. Powiedział Mojżeszowi – zgładzę ich, a wybiorę sobie inny naród. Przepraszam Czytelnika, ale nasuwa mi się dość trywialna anegdota. Otóż do domu powraca umorusany synek, zaś jego tatuś mówi do żony – myjemy go, czy zrobimy sobie następnego. Mojżesz ubłagał Pana, aby nie tracił cierpliwości i swoje bóstwo oparł na Żydach.

Moim zdaniem Biblia jest księgą antysemicką, bowiem ujawniającą motywy postępowania Żydów, całkowicie sprzeczne z normami etyki społeczeństw cywilizowanych.Rzecz w tym, że Stary Testament nie jest utworem monolitycznym. Powstał w ciągu kilku tysiącleci. Nietrwałość materiału na którym go pisano spowodowała konieczność ustawicznego przepisywania tekstu, czym zajmowali się żydowscy kapłani. Przepisując wprowadzili pewne zmiany, na rzecz aktualnych interesów Izraela. Badacze Biblii (nie należy ich mylić z ignorancka sektą badaczy Pisma Świętego) wyłonili cztery główne etapy powstawania Starego Testamentu, na podstawie zmian języka. Dzięki temu ustalili, że podczas przepisywania pewne teksty nakładały się na siebie, przykrywając inne, bo wpisywano je na starych zapisanych, niedokładnie wyskrobanych z papirusów. Następny kopista przepisywał tekst, mieszając różne okresy, co świadczy o ty, iż kopiści nie znali na tyle języka hebrajskiego, aby rozumieli co piszą, zaś w tekście uważanym za święty, nie ważyli się niczego pominąć. Prowadziło to często do zatarcia sensu zdania i kompletnego wypaczenia. To tak jak gdyby ktoś połączył różne powiedzenia i przysłowia: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”, „leje jak z cebra”, pasuje jak wół do karety”, zaś w rezultacie powstało zdanie: „kto rano wstaje, ten leje jak z cebra, jak wół do karety”. Dodatkowa trudność polegała na tym, że język hebrajski obfituje w znaczną ilość synonimów. Ponadto, ówcześnie nie było w nim jeszcze oznaczenia samogłosek, poza jotą (tą, która cytuje Jezus) zaś były używane w języku mówionym. Dopiero w VI-X wieku, w ramach Masory, wprowadzono oznaczenie samogłosek nad literami, co spowodowało bardziej jednoznaczne rozumienie wyrazów.

Należy wszakże mieć na względzie, że Biblia inaczej jest rozumiana przez żydów i przez chrześcijan. Ci pierwsi uzupełnili tekst Starego Testamentu przez Talmud, którego podstawową część składową stanowi Tora, czyli Pięcioksiąg – drudzy napisali Nowy Testament, w skład którego wchodzą Ewangelie, Dzieje Apostolskie, Listy Ojców Kościoła i Apokalipsa. Na Talmud zaś składa się  Tora, czyli Pięcioksiąg, stanowiąca fundament Biblii (po hebrajsku Tanach) opatrzone komentarzami, zakazami i nakazami. Prawo Mojżeszowe oraz liczne opowieści (agady), demonologia, kabała, itd. Otóż zgodnie z wykładnia Talmudu, ludźmi są żydzi, czyli jedn, zaś wszyscy nie-żydzi – goim, nie posiadają ludzkiej duszy,  należą więc do świata zwierzęcego. A zatem wszelkie wskazania dotyczące postępowania względem bliźnich odnoszą się tylko do jedn, a nie do goim, zaś znany slogan: „kto ratuje jedno ludzkie życie, ten ratuje cały świat”, wywodzi się z agadycznej opowieści, o tym, że Adonai obiecał żydom, iż świat będzie istniał dopóty, dopóki  choć jeden człowiek (czyli żyd) pozostanie przy życiu. W tym aspekcie staje się jasnym dlaczego Żydzi pytanie czy gdyby sytuacja podczas II Wojny była odwrotna, pomagaliby Polakom z narażeniem własnego życia, uważają za absurdalne, a również dlaczego schwytani przez Niemców, nagminnie bez przymusu wydawali nazwiska i adresy osób które im pomagały, bo wszakże nie wolno narażać ludzkiego życia, a choćby zdrowia dla goim. Dekalog nie obejmuje więc nie-żydów i dopuszcza składanie przeciwko nim fałszywego świadectwa, zaś Talmud dodatkowo nakazuje, iż nie wolno mówić dobrze, a zwłaszcza chwalić goim.

Trudno sobie wyobrazić egzystencję na jednym terytorium państwowym dwóch narodów o przeciwstawnych sobie cywilizacjach, w których ideologia jednego, wyrażana w religii, zionie nienawiścią do tego drugiego. Aliści, życie ma swoje prawa. Kazimierz Wielki, sprowadzając do Polski Żydów, prześladowanych w całej Europie, co niewątpliwie było błędem króla polskiego, porównywalnym do zaproszenia Krzyżaków przez Konrada Mazowieckiego. Król Kazimierz zagwarantował Żydom autonomię. Wypędzeni z Europy znaleźli tu azyl i przytułek dla rzeszy imigrujących nędzarzy (polecam ilustrację Matejki „Wejście żydów do Polski”). Żydzi w Polsce osiedlali się grupami, tworzącymi getta w miastach i miasteczkach, autonomiczne wobec władzy państwowej, zaś podległe jedynie tworzonym w nich gminom żydowskim.Aliści, od początku stanowili mniejszość (nie było wówczas jeszcze takiego prawnego terminu) co uchroniło nas przed wojną żydowsko-polską. Gdyby byli w większości, a już co najmniej w równowadze, chcieliby nas wymordować, zgodnie z tradycją opisywaną w Starym Testamencie, aby uzyskać nowe ziemie pod ekspansję Izraela. Nie mam co do tego wątpliwości, znając historię Żydów. Wszelako, układ sił był taki, iż Żydzi musieli ułożyć sobie poprawne stosunki w Rzeczypospolitej.

Życie wymuszało wszakże dalsze ustępstwa Żydów, wobec Państwa, w którym przyszło im żyć. Zamknięcie się w gminie żydowskiej, wrogiej wobec otoczenia, zamykało jednostkom drogę do indywidualnego rozwoju. W XVIII wieku wśród żydów powstała liczna sekta frankistów, założona i kierowana przez Franka, podającego się za mesjasza, a szukającego sposobu połączenia z katolicyzmem. Wielu frankistów przeszło istotnie na katolicyzm. Zbiegło się to w czasie z tendencją katolików, głoszoną głownie przez klasztory, zwłaszcza na Litwie, nawracania żydów na katolicyzm. Ta akcja objęła wiele rodzin żydowskich, z których część nobilitowano tworząc nowe nazwiska, a również propagowano małżeństwa mieszane. Były to czasy bałagany sejmowego (to sejm musiał nobilitować) pod rządami króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Od początku XIX wieku wyłonił się w polskiej synagodze nurt reformatorski, odchodzący od antychrześcijańskich nakazów Talmudu, zaś ponadto nastąpiła wśród żydów tendencja przechodzenia na religię protestancką, bądź katolicką. Na przełomie wieku XIX w XX polonizuje się coraz większa liczba rodzin żydowskich.Aliści pozostają te masy żydostwa zamieszkujące w gettach wielkich miast i miasteczek, nauczane w chederach i synagogach nienawiści do goim. Wszelako, również tu, życie wniosło korektę.  Ciocia mojej żony, Stefania Paterson, wdowa po amerykańskim konsulu w Szanghaju płynęła w roku 1948 wraz ze swymi dziećmi z Chin do Argentyny. Z dziećmi rozmawiała po polsku. Zainteresowały się tym dwie pasażerki, Żydówki. Nawiązały rozmowę – skąd pami jest? – z Szanghaju – mu nie o to się pytamy, ale skąd z Polski? – z takiej miejscowości, o której panie z pewnością nie słyszały. Z Gromadzyna. – Uj, co miałyśmy nie słyszeć. To pani musi być córka od pana dziedzica Filipkowskiego. A czy pani wie o tym, że po śmierci pani ojca w okolicznych synagogach odprawiano kadisz? – Nie nic o tym nie wiem. A co to jest kadisz spytała pani Paterson.  Odmawianie modlitwy za spokój duszy, to znacznie więcej niż „mówienie dobrze”, zaś zakłada ponadto, iż ów goj ma duszę, co stoi w sprzeczności ze wskazaniami Talmudu. Musiało się to odbyć nie tylko za przyzwoleniem lecz i z inspiracji miejscowych rabinów, ustalających porządek nabożeństw w synagogach, którzy uznali za stosowne odprawić modły za spokój duszy goja, który wielokrotnie wspomagał miejscowe żydostwo w ciężkich okresach głodu na przednówku. Tak jak dziedzic Filipkowski nie czynił różnicy pomiędzy biedotą chrześcijańska a żydowską, tak również żydzi czuli się obowiązani do zamanifestowania swej wdzięczności, Dodać należy, że owe ziemie kolneńsko-łomżyńskie, gdzie znajdował się Gromadzyn (była to nazwa własna majątku) zamieszkiwali żydzi ortodoksyjni.

To nie kwestia żydowska, a ściśle rzecz ujmując, nie zakłamane wzajemne relacje Polaków i Żydów, ani nie problem znacznie ważniejszy, stosunku człowieka do Pana Boga, które zostawiam teologom, choć wyrażam własne zdanie w rozdziale „Dominus meus, et Deus meus”, lecz głównym problemem którym się zajmuję jest zaczadzenie umysłów i upadek cywilizacji.

 

Polska jest rządzona przez szatana

Twierdzenie, że w Polsce jest ustrój kleptokracji nie oddaje istoty rzeczy, choć obserwacja, że władza w naszym państwie spoczywa w rękach złodziei, którzy stanowią prawa zapewniające im bezkarność, oraz przestępcom wszelkiego kalibru, działającym w ramach tych praw, a nawet poza wszelkim prawem – jest oczywista, lecz obejmuje jedynie część zagadnienia.

Władztwo szatana opiera się na kłamstwie, przybierającym różne formy. Istnieje kłamstwo w czystej postaci, lecz też kłamstwo polegające na zmanipulowaniu prawdy. Innym sposobem jest mówienie ludziom, że coś ma służyć ich dobru, podczas gdy utworzone zostało na ich zgubę. Do takich kłamliwych pojęć należy demokracja.

Demokracja już w samym założeniu jest absurdalną utopią. Władza nie może być sprawowana przez cały lud. W Atenach ów „cały lud” mieścił się na agorze, stanowił zaledwie cząstkę pozostałych mieszkańców, którzy jeśli ich pogłowie nadmiernie wzrosło, byli w planowy sposób mordowani, co zapobiegać miało ewentualnym buntom. W całych dziejach ludzkości, najbardziej zbliżoną do ideału była demokracja w Rzeczypospolitej, obejmująca całą szlachtę, wszelako po kilkuset latach pomyślnego rozwoju, doszła do punktu od którego nastąpił stopniowy upadek państwa, zakończony klęską rozbiorów.

Dzisiejsze demokracje są ohydną manipulacją mającą z jednej strony na celu ukrycie tego, kto sprawuje władzę rzeczywistą, a z drugiej utrzymanie tej władzy, której nie da się obalić środkami demokratycznymi. Kilka fałszywych sloganów wzmacnia pozycję demokratów. Po pierwsze rzucone przez masonów w końcu XVIII wieku hasło równości wszystkich ludzi. Ludzie są równi jedynie w oczach Pana Boga, każdy z nich, obdarzony wolną wolą może wybrać dobro lub zło, zostać  zbawionym bądź potępionym. Na tym równość się kończy. Każdy człowiek ma własne, indywidualne życie, ma marzenia i predyspozycje większe lub mniejsze, aby je spełnić. Możliwości każdego człowieka fizyczne i umysłowe są ograniczone. Dalsze ograniczenia wynikają z nierówności społecznej i majątkowej, przynależności do określonej rasy, religii, narodu, cywilizacji i kultury, a również płci i grupy wiekowej. Współistnienie bogaczy i nędzarzy zaprzecza doktrynie równości.

Ideologie totalitarne posługiwały się sloganem niwelowania różnic społecznych, dążąc do uniformizacji społeczeństwa. Równość polegać miała na posłuszeństwie wobec dyktatury. Dyktatura jest integralnie związana z demokracją. Jawną jak w państwach głoszących dyktaturę proletariatu, bądź zakamuflowaną. W demokracji władzę sprawują partie polityczne. W modelu socjalistycznym jedna, z jednym przywódcą, będącym zarazem szefem państwa, zaś w liberalnym dwie lub więcej, a kierownicy administracji państwowej zmieniają się w trybie kadencyjnym, Nie ma to wszakże żadnego znaczenia dla trwałości systemu, zaś sytuacja szarych obywateli jest podobna.Jedynym ich prawem jest udział w głosowaniu na wystawionych przez partie kandydatów do parlamentu i władz lokalnych, oraz na niektóre urzędy, w tym także na funkcję głowy państwa, w zamian odbiera się im niemal wszystkie swobody obywatelskie, choć propaganda głosi co innego. Najdotkliwszy jest zakaz swobody myśli wprowadzony przez wszystkie demokracje.Wszelkie odstępstwo od demokratycznych zasad jest surowo karane, różnie, w zależności od różnych systemów.

Nie będę się rozwodził w kwestiach minionych, lecz skupię się na zagadnieniach dotyczących obecnej sytuacji w państwach modelu liberalno-demokratycznego. Wprowadzono reguły poprawności politycznej, których naruszenie zagrożone jest sankcjami, od utraty pracy po więzienie. Głównym nakazem poprawności politycznej jest tolerancja wobec mniejszości i wszelkiej odmienności, mające im zapewnić swobodę w naruszaniu tradycyjnej moralności, gdyż dalsza część tego hasła brzmi: „zero tolerancji, dla przeciwników tolerancji”. I tak na przykład nie wolno potępiać homoseksualistów, a nawet ich tak nazywać, ani używać wobec nich innej nazwy naukowej – pederaści, ale stosować określenie „geje”, czyli weseli, aby nie ranić ich subtelnych uczuć. Natomiast owi geje, organizują w różnych państwach i miastach swoje parady chwały , na które ubierają się w stroje wyuzdane, bądź przebierają się za księży i zakonnice, mając sobie za nic uczucia ludzi normalnych. Domagają się dla siebie szczególnych praw i uzyskują je stopniowo. Jest to bowiem zgodne z tendencją powszechnej deprawacji. Aby się dłużej nie rozwodzić, wspomnę jedynie że różne grupy nie chcą aby nazywać je zgodnie z terminologią ustaloną w nauce, dotyczy to na przykład Cyganów, którzy chcą aby nazywać ich Romami, co nie ma żadnego uzasadnienia, ale najśmieszniej jest z Murzynami, którzy przybrali nazwę Afroamerykanów i ta nazwa obowiązuje jako poprawna, również wobec urodzonych w Afryce i z Ameryką nie mających nic wspólnego. Nie należy wszakże sprowadzać tego do kpiny, gdyż jest to przemyślany zabieg mający na celu przy pomocy słowa wpływać na podświadomość, a stanowi część szatańskiego planu.

W XX wieku szatan rozpoczął realizację swojego planu od ataku na Polskę. Wybór celu jest oczywisty. Po ponad pół wieku starannych przygotowań, pracy u podstaw na niwie oświatowej i gospodarczej, co wytworzyło w Narodzie solidaryzm społeczny, Polacy wywalczyli wysiłkiem zbrojnym „krwią i blizną” Polskę Odrodzoną. W dodatku w decydującym momencie Bitwy Warszawskiej, Polacy żarliwą modlitwą do Matki Boskiej w kościołach wybłagali Jej pomoc. Polska Odrodzona była państwem na wskroś katolickim, co zachęcało szatana do jej pognębienia.

Rzeczpospolita Polska nie była państwem idealnym, gdyż idealny jest tylko Pan Bóg, lecz do ideału zbliżonym. Kontynuowana była praca u podstaw, co odbywało się wszakże w warunkach pełnej niepodległości, w dodatku obie te dziedziny – oświatową i gospodarczą w znacznej mierze przejęło państwo. Polska powstawała z ruin i zgliszcz, nędzy i epidemii, wysadzonych mostów, dróg kolejowych i dworców, zrabowanych podczas wojny przez Niemców maszyn przemysłowych i rolniczych oraz surowców, a przez Bolszewików zdewastowanych. Rzeczpospolita Polska nie zaczynała swojego bytu od zera, ale od katastrofy. Wszelako mieliśmy ogromny kapitał w Narodzie, w jego oddaniu sprawie. Plan odbudowy gospodarki Polski był opracowany szczegółowo w wielu dziedzinach. To, czego Polacy dokonali po roku 1920 w dziedzinie stabilizacji życia i własnej gospodarki przewyższa wielokrotnie „cud gospodarczy Niemiec” po II Wojnie, w dodatku futrowanych przez demokracje zachodnie. Polska nie korzystała z zagranicznej pomocy, przeciwnie, spłacała długi zaciągnięte na prowadzenie wojny z Bolszewikami.

Cud gospodarczy Polski był oczywistością. Reforma ministra Grabskiego wprowadziła stabilną złotówkę na parytecie złota, w miejsce dewaluującej się marki polskiej,Zbudowano miasto z nowoczesnym portem morskim, Gdynię, i drugie miasto w utworzonym Centralnym Okręgu Przemysłowym, Stalową Wolę, uprzemysłowiono Radom, który do tej pory był w anegdotach synonimem zapyziałego miasteczka. Wybudowano wiele nowoczesnych fabryk, których produkcja mogła śmiało konkurować ze światową.Niezaprzeczalne były też sukcesy w dziedzinie kultury – literatura i sztuka, muzealnictwo, uniwersytety i biblioteki. W latach trzydziestych Polska znajdowała się na drodze pomyślnego rozwoju kulturalnego i gospodarczego.

Polska znajdowała się pomiędzy dwoma państwami, w których szatan odnosił sukcesy, była dla niego wyzwaniem. A gdzie wówczas była Boża Opatrzność? Była i czuwała nad nami, ale nie w sensie starotestamentowym. Wielu żydów, który oczekiwali przybycia Niebieskich Zastępów mających ocalić ich Naród, utraciło swą wiarę w Adonai. Polacy, którzy wiedzieli, że Bóg Ojciec wydał swojego Syna na śmierć, aby Go potem wywyższyć, nie utracili swej wiary, ale przeciwnie umocnili ja w sobie. Aby Słowo mogło się wypełnić, ofiara musi być niewinną.

Mniej oczywistą jest kwestia, dlaczego nasi fałszywi sojusznicy dali się użyć za narzędzie, bo plan był zaiste szatański. Hitler przygotowywał się do ataku na Anglię, która zawarła z Francją pakt wspólnej obrony. Oba te państwa zabiegały, aby do sojuszu przystąpił Związek Sowiecki, najbardziej wówczas zajadły wróg III Rzeszy. Aliści Sowieci stawiali twardo warunek swobodnego tranzytu Armii Czerwonej przez Polskę. Na to Polska nie mogła się zgodzić, bo wpuszczenie na własne terytorium Sowietów byłoby samobójstwem, a poza tym nie było żadnej gwarancji, iż ci podejmą w ogóle walkę z Niemcami, że Stalin nie zadowoli się zajęciem Polski. Absurdalność tego pomysłu starał się wykazać dyplomatom brytyjskim i francuskim Józef Beck, nie ulegając żadnym z ich strony naciskom i obietnicom gwarancji bezpieczeństwa. Wówczas Brytyjczycy i Francuzi wystąpili z propozycją zawarcia paktu o współdziałaniu w razie niemieckiej agresji. Wbrew wielu rozsiewanym opiniom, Beck się do tego nie palił. Przeciwnie,  kwestię rozpatrywano wszechstronnie i szczegółowo, a kiedy już Polska przystąpiła do aliantów, to bez ograniczeń. Pierwszym sojuszniczym wkładem było przekazanie niemieckiej maszyny szyfrującej „enigma” wraz z kodami sposobu szyfrowania, którą Niemcy uważali za niezawodną, a której nie potrafiły rozpracować wszystkie wywiady świata. Tymczasem polscy matematycy, po kilku latach żmudnej pracy, nie tylko rozpoznali system, ale skonstruowali kilka egzemplarzy urządzenia. W ramach sojuszniczej współpracy wywiadów przekazali te dane aliantom, którzy byli niesłychanie zdumieni, gdyż była to tajemnica tajemnic, a otrzymali ją za darmo. Trzeba tu podkreślić, że traktat mówił wyraźnie o współdziałaniu w razie niemieckiej agresji na którekolwiek z trzech państw, a nie o jakiejś pomocy państw sojuszniczych po inwazji na Polskę, co stanowiło jeden z przewidywanych wariantów. W chwili podpisywania traktatu, celem bezpośredniego ataku miała być Francja, zaś po jej pokonaniu Wielka Brytania, o czym wywiady wszystkich trzech państw zawierających traktat wiedziały doskonale. Po przystąpieniu Polski zmieniła się konfiguracja. Hitler słusznie obawiał się wojny na dwa fronty. Słusznie wykalkulował, że jeśli zaatakuje Polskę, gnuśna i arogancka Francja za swoją linią Maginota, nie podejmie działań wojennych, zaś Anglia, która wykazała swoją słabość w Monachium, również nie podejmie działań zaczepnych. Szatan mu to podszepnął, ale miał rację.

W szczegółowo opracowanym na wiele wariantów planie, założeniem było, że zaatakowana Polska broni się co najmniej dwa tygodnie, gdyż tyle zażądali alianci na przeprowadzenie pełnej mobilizacji. Od razu Marynarka Wojenna miała się przedrzeć do Anglii i dołączyć do sił sojuszniczych, gdyż była za słaba aby się skutecznie przeciwstawić Krigsmarine. Ofensywa z Zachodu powinna więc była nastąpić do 14 września. Co więcej 15 września Polacy powstrzymali napór wojsk niemieckich. Niemcy ponieśli ciężkie straty, nie mieli zaopatrzenia dla swoich frontowych oddziałów i utknęli w miejscu. Mógł to być punkt przełomowy dla polskiej kampanii, lecz stało się inaczej.

12 września w małej kuracyjnej miejscowości Abbeville, odbyła się spiskowa narada obu sztabów, francuskiego i brytyjskiego. Podjęto wówczas decyzję o nieinterwencji zbrojnej, gdyż jej uczestnicy znali z przecieków dyplomatycznych, treść tajnych ustaleń traktatu Mołotow-Ribbentrop. Tej informacji Polakom nie przekazano. Jeśli przyjmiemy za pewnik, że Anglii i Francji w równej mierze co Stalinowi i Hitlerowi chodziło o unicestwienie Polski, to wszelkie dalsze haniebne działania naszych łże-sojuszników, stają się zrozumiałe. Należy wszakże rozważyć następująca kwestię – czy naszym fałszywym aliantom zależało na pokonaniu III Rzeszy, czy na unicestwieniu Polski, bo jeśli tak, to cel swój osiągnęli. Rozpatrzmy chłodno tę kwestię.

Już w roku 1918 i w latach następnych, tworzy się wroga atmosfera wokół odradzającego się Państwa Polskiego. Sypią się na nas obelgi. Garść owych nieprzyzwoitych wypowiedzi z ust osób prominentnych, w Wielkiej Brytanii, zebrał Norman Davies w książce „Boże Igrzysko”. Inne ewidentne kłamstwa na temat Polaków przytacza Henry Ford, demaskując je jako żydowskie pomówienia. W Stanach Zjednoczonych powstał szereg ordynarnych dowcipów, pod nazwą „polish joke”. W 1920 roku, kiedy powstrzymywaliśmy agresję rewolucji światowej trockiego („po trupie Polski, Europa i cały świat”) londyńscy dokerzy odmówili załadunku zapłaconego już sprzętu i amunicji do Polski, zaś francuscy kolejarze zablokowali transporty. W tym samym czasie toczyliśmy walkę z Niemcami o Górny Śląsk, z Czechosłowacją o Śląsk Cieszyński, którego lwią część utraciliśmy, a również z Litwą, która korzystając z okazji zajęła otrzymane z rąk Sowietów Wilno, odbite wskutek „buntu oddziałów Żeligowskiego. Takie były początki, a finał żałosny.

Nie można nie brać pod uwagę, że wielu członków brytyjskiej arystokracji i innych wpływowych osób, żywiło sympatię do Hitlera, a również dla Związku Sowieckiego. To tłumaczy, dlaczego na tajnej konferencji połączonych sztabów 12 września w Abbeville, kiedy już wiedziano o tajnym układzie  Ribbentrop-Mołotow (o czym wszakże nie poinformowano Polaków!) podjęto decyzję o zaniechaniu ofensywy na Zachodzie. Dzisiaj większość analityków jest zdania, że wówczas można było pokonać Niemcy w kilka tygodni, a wówczas II Wojna by nie nastąpiła, gdyż Stalin zachowałby neutralność. Zachodzą w głowę, dlaczego tak się nie stało, wbrew wszelkiej logice. Otóż, trzeba powrócić do zasadniczego pytania, co było rzeczywistym celem Anglików – pokonanie III Rzeszy,  czy unicestwienie Polski. Na to drugie wskazują haniebne układy w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Wielkim zwycięzcą był Stalin – wujek Joe, jak pieszczotliwie nazywał go Roosevelt, nie ukrywając, że jemu właśnie życzy pełnego zwycięstwa w Europie. Ale prawdziwym zwycięzcą był szatan. Losy świata potoczyły się zgodnie z jego życzeniem. Po straszliwych zbrodniach dokonanych przez jego sługi, Niemców i Sowietów, Ukraińcy i Litwini mają również w tym swój udział, a reszta cywilizowanego świata patrzyła obojętnie. Polska została wdeptana w ziemię. Jeszcze lat kilka Polacy walczyli kryjąc się po lasach, lecz była to już tylko walka o honor. Piszę o szatanie tak jakby chodziło o jedną stworę, a jest ich legion. Używam nazwy hebrajskiej „szatan”, choć równie dobrze mógłbym stosować nazwę grecką „diabeł”, lub polską „zły duch”. Jest to wszakże to samo. Bardziej precyzyjne byłoby określenie, że zwyciężyło piekło. Aliści, będę się trzymał tradycyjnie używanej formy jednostkowej.

Punkt krytyczny stanowiło lato 1939 roku, gdyż wówczas załamała się cywilizacja europejska i rozpoczęła zupełnie inna epoka. Dziwi mnie, że powszechnie ta data jest niedoceniana. Niektórzy twierdzą, że masowe mordy rozpoczęła Rewolucja Francuska, a świat cywilizowany przeszedł nad nimi do porządku. W pełni się z tym zgadzam, a dodam, że opinię publiczną przygotowały okrutne rzezie podczas walk religijnych. Aliści, jeśli już miałbym się cofać w dziejach, to aż do pierwszego zwycięstwa szatana, nad Adamem i Ewą w Raju. Rewolucja Francuska była zwycięstwem szatana i to nie ze względu na mordy roku 1793 (ta data czytana po francusku brzmi złowieszczo) ale ze względów ideologicznych. Przygotowanie do rewolucji było utworzenie przez szatana gromadki filozofów, którzy nazwali sami siebie oświeconymi, a od nich cały ten okres dziejów Oświeceniem. Filozofowie wylansowali nowe określenie materialistycznego pojmowania świata, jako pogląd naukowy. Według tej nomenklatury poglądy religijne, jako nienaukowe, zakwalifikowane zostały jako obskuranckie, niegodne ludzi wykształconych. A skoro Bóg nie istnieje, to nie istnieje również szatan. Wmówienie ludziom przez szatana, że go nie ma, było jego wielkim zwycięstwem. Drugim zwycięstwem było wpojenie ludziom przekonania, że idealnym ustrojem państwa jest demokracja, oraz wylansowanie różnych pięknie brzmiących sloganów z gruntu fałszywych. Rewolucja Francuska i Amerykańska, zostały przeprowadzone przez masonów, którzy do haseł oświeceniowych dodali nieco własnych. Nie udała się w Polsce, mimo że grunt był starannie przygotowany i w rezultacie u nas powieszono publicznie na szubienicach portrety zdrajców, zamiast nich samych, co korzystnie świadczy o naszym narodzie.

Szatan wykorzystuje zawsze ludzi, jest inspiratorem, ale nie wykonawcą. Kiedy latem 1939 roku zainspirował politycznych graczy, aby sprzeniewierzyli się głoszonym przez siebie wartościom, to właśnie wówczas odniósł zwycięstwo, wobec którego przebieg i wynik wojny stał się nieistotny, bo przeniewierstwo pociągnęło za sobą szereg nieprawości, kłamstw i innych grzechów pospolitych a obrzydliwych, zwieńczonych zniewoleniem Polski, jako głównego wroga szatana. „O północy przy zielonych stolikach modliły się diabły do cyfr. Były szarfy i ordery, i muzyka i stukał tajny szyfr. Diabły w sercu swoim głupim, bo niedobrym rozwiązywały biało-czerwony problem”. Polska zniewolona, lecz nieujarzmiona, jeszcze długo po oficjalnym zakończeniu wojny prowadziła rozpaczliwą walkę, zakończoną Powstaniem Poznańskim w czerwcu 1956. W październiku tegoż roku w Warszawie nastąpiły pozorne zmiany, a po nich „mała stabilizacja”. Nie można nas za to winić, bo nie mieliśmy skąd czerpać sił, a trzeba się było przystosować do otaczającego świata. Różne były drogi indywidualnego wyboru. Jedni zachowali swą godność, choć pracowali w urzędach, przedsiębiorstwach i instytucjach państwowych, gdyż innych nie było, drudzy poszli na pełną kolaborację z „demokratyczną” władzą „ludową”. Pierwsi kolaboranci pojawili się już w czasach terroru, zaś teraz dołączyli do nich ludzie ukształtowani w ciągu minionych jedenastu lat umysłowego niewolenia. Obywateli Państwa Polskiego można podzielić na dwie zasadnicze grupy Polaków i kosmopolitów. Ten podział, zapoczątkowany bezpośrednio po wojnie, trwa do dziś. A ponieważ względy etniczne odgrywają tu rolę drugorzędną, więc przepływ między tymi obydwiema grupami jest całkowicie realny i daje się zaobserwować. Jeśli wziąć pod uwagę, że permanentna dewastacja umysłów i charakterów trwa w Polsce od siedemdziesięciu lat, a mimo to pozostały korzenie, z których odrodzić się może pokolenie ludzi szlachetnych, oddanych Ojczyźnie, to podziwiać należy siłę witalną w Narodzie.

Norman Davies, historyk średniego lotu, wzniesiony u nas na piedestał autorytetu, zamieścił wszakże w swojej książce „Serce Europy” genialne spostrzeżenie: „Pozycja Polski na arenie europejskich  konfliktów jest jednym z niewielu wskaźników losu, jaki czeka cały kontynent, Każdy naród w Europie skłonny jest  sądzić, że jest panem swego losu i że nawet jeśli Polska zginie, to on ocaleje. Jest to jednak największa iluzja. Agonia Polski grozi podważeniem w s z y s t k i e g o. Dzwon nad Wisłą bije nam wszystkim. Polska jest bowiem miejscem w którym najostrzej zderzają się cywilizacje kultury i filozofie naszego kontynentu, gdzie europejski dramat rozgrywa się na ciele i duszy wielkiego narodu. Polska nie jest ani martwym ciałem, ani wyrostkiem Europy: jest jej s e r c e m”. Szkoda, że porzucił ten trop, którym ja podążę.

Podczas II Wojny Światowej i po jej zakończeniu w Polsce zlikwidowano zupełnie warstwę inteligencji, a obecnie nawet samo pojęcie, gdy nazwę inteligent przypisuje się ludziom formalnie wykształconym i wykonującym „inteligenckie” zawody. Inteligencja, jako warstwa społeczna, powstała w Polsce na fali pozytywizmu i w żadnym innym kraju takiej nie było. Podstawą było rzecz jasna solidne wykształcenie i szerokie zainteresowania. Istota sprowadzała się wszakże do świadomości długu zaciągniętego wobec społeczeństwa. Na moje wykształcenie, uważał każdy inteligent, złożył się dorobek pokoleń i praca wielu ludzi dla zapewnienia mi warunków bytu. Jest to więc dług społeczny jaki zaciągnąłem i który muszę spłacić. Dlatego inteligenci zaangażowani byli w „pracę u podstaw” – oświatę, pobudzenie gospodarności w gminach organizujących się w kooperatywy – bezpłatną opiekę zdrowotną, oraz wiele innych, różnorodnych przedsięwzięć. Gdyby dzisiaj zapytać kogoś z racji formalnego wykształcenia i wykonywanego zawodu, uważającego się za inteligenta – czy spłacasz społeczeństwu swój dług zaciągnięty wobec niego? – w ogóle nie wiedziałby o co chodzi.

Używam tu określenia „formalne wykształcenie”, gdyż to oddaje istotę rzeczy. Mój ulubiony poeta i prześmiewca, Julian Tuwim, który się zhańbił po 1945 roku, ale to jego sprawa nie rzutująca na uprzednią twórczość, ale na jego człowieczeństwo, napisał już po wojnie, iż niegdyś zwracaliśmy się do prostego człowieka, a teraz do prostych dyrektorów i ministrów. Mógłby dopisać profesorów, gdyż prostactwo wielu spośród nich jest porażające. Szatan pławił się w odniesionym zwycięstwie, a krew Polaków była balsamem na jego serce. Nie zaprzestał wszakże aktywności. Uderzył przy pomocy swoich popleczników w filary polskości. Nie zaatakował religii odgórnie, bo wiedział, że tam by przegrał. Trwał pozorny sojusz Kościoła z władzą ludową. Wiarę katolicką demontował w szykanach wykorzystując swój sukces z przed stu pięćdziesięciu lat, „naukowego” w odróżnieniu od religijnego poglądu na świat. W szkołach wtłaczano w mózgi ideologię „naukową”. Moje pokolenie było na to odporne, ale następne? Patrzę na dzisiejsze elity, tak zwane prawicowe, z żalem i bezradnością – wypełniają zadanie postawione  niegdyś przez Kiszczaka, „konstruktywnej opozycji”. Zapewnili sobie dobre warunki bytu, a nawet luksusy. A co zrobiłeś dla współobywateli? No wszakże reprezentuję ich w parlamencie, polskim bądź europejskim. Porażający jest natomiast brak wykształcenia.

Ogólną zapaść intelektualną wykorzystują różni mądrale , publikując swoje fantastyczne pomysły wynikające z ich kompletnej ignorancji. Ulubionym tematem jest pouczanie Józefa Becka jak powinien był postąpić w roku 1939. Otóż, ulubioną koncepcją jest zawarcie sojuszu z Niemcami, przeciwko Związkowi Sowieckiemu, zaś później „odwrócenie sojuszy” jak to ich zdaniem uczynił Piłsudski podczas I Wojny. Wyjaśnijmy, że owo „odwrócenie sojuszy” było skutkiem odmowy złożenia przez Pierwszą Brygadę przysięgi na wierność cesarzowi Austrii. Celem Legionów była Niepodległość, przysięga cesarzowi byłaby odstąpieniem od tej idei. Austriacy internowali  legionistów, a Piłsudskiego umieścili w pruskim więzieniu w Magdeburgu. A więc, to nie Piłsudski sprzeniewierzył się dotychczasowym sojuszom, ale to sojusznicy zerwali z nim umowę. W tym stanie rzeczy, naturalny, stało się szukanie sprzymierzeńców po drugiej stronie konfliktu. Propozycje ignorantów są oderwane kompletnie od realiów roku 1939. Niemcy,chętnie zawarliby taki traktat, dzięki czemu weszliby swoją armią do Polski, bez jednego wystrzału. Jak zachowaliby się dalej możemy sobie tylko wyobrazić, czy chcieliby wojować z Rosją, ale bezspornym jest, że chcieliby zaprowadzić w Polsce swoje porządki. Być może już wówczas, zawarliby traktat znany pod nazwą Ribbentrop-Mołotow. W każdym razie, z takiego obrotu sprawy ucieszyłaby się najbardziej Wielka Brytania, gdyż Polska znalazłaby się w sytuacji agresora, a więc dałaby Brytyjczykom i Francuzom moralne prawo do zaakceptowania jej upadku. Beck wybrał rozwiązanie, jedyne z możliwych. Jeszcze wygłosił w polskim parlamencie przemówienie w kwestii honoru. Nie mógł przewidzieć przeniewierstwa ze strony aliantów, a zwłaszcza złej woli od początku pertraktacji. Polska wypełniła w całości swoje zobowiązania sojusznicze, a nawet  z nawiązką. Polskie siły zbrojne na Zachodzie składały się wyłącznie z ochotników, podobnie jak Armia Krajowa. Był to fenomen nieznany w dziejach świata. Dywagacje, czy rozsądny był plan „Burza”, którego kulminacją było Powstanie Warszawskie, są całkowicie bez sensu. Z jednej strony, nie można było wygasić patriotycznego zapału Polaków, a z drugiej był to wybór pomiędzy śmiercią z bronią w ręku, a śmiercią w katowniach i łagrach. Powstanie Warszawskie zapobiegło wcieleniu nas do Związku Sowieckiego jako jednej z republik, a zarazem dało podstawę do kontynuacji uczuć narodowych. Świadoma ofiara zapisana jest w Niebie.

Z licznych bredni, zatrzymam się nad kwestią ukraińską. Giedrojć, który sprzeniewierzył pieniądze II Korpusu, przeznaczone na gazetę codzienną dla żołnierzy, a przeznaczył je na własne ekskluzywne wydawnictwo, prowadził w nim szczególną propagandę. Warto się zastanowić, czy jego wpływ na umysły Polaków był bardziej, czy mniej zgubny od nachalnej  komunistycznej propagandy. Tamtą łatwo było odrzucić, zaś wpływ „Kultury” pozostał w wielu umysłach jako „głos wolnej Polski”. Giedrojć wypaczył polityczną myśl Piłsudskiego, który chciał wspomóc utworzenie państw buforowych, odgradzających Polskę od Związku Sowieckiego, ale nie kosztem polskich interesów.Giedrojć uważał, że Polacy powinni uznać przede wszystkim racje Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, wyznać wobec nich skruchę za próbę dominacji. Wylansował idiotyczne hasło „nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”, co nie potwierdziło się na żadnym etapie dziejów. Dzisiejsi mądrale, powtarzają je jak mantrę, a nawet zaczęli przypisywać je Piłsudskiemu, co jest absurdalne, gdyż Piłsudski wsparł wprawdzie Petlurę w jego dążeniu do utworzenia państwa, podczas kampanii 20 roku wprowadził go nawet do Kijowa, ale gdy ten nie uzyskał wsparcia własnego narodu machnął na to ręką. Ukraińców, którzy na przestrzeni wieków, wielokrotnie mordowali masowo Polaków w licznych buntach i rebeliach, uważał za element wrogi. Akcje zamachowców ukraińskich, których dziś nazwalibyśmy terrorystami, nie stwarzały atmosfery poparcia ze strony Polski. Rzeź Wołyńska,którą Ukraińcy uważają za w pełni uzasadnioną metodę walki o niepodległość, powinna otrzeźwić niedowarzone umysły „giedrojciowych dzieci”.

Imperium zła oparte jest na kłamstwie. Davies słusznie zauważył, że ogniskową wydarzeń jest Polska. Kłamstwa pod naszym adresem nasiliły się po II Wojnie, a celowali w nich przywódcy państw decydujących wówczas o losach świata i podporządkowany im aparat propagandowy. Trzeba było wyjaśnić własnym obywatelom dlaczego Polska, dotychczasowy sojusznik, została oddana pod władzę Stalina.Wówczas przypięto nam łatkę antysemitów, kolaborujących z Hitlerem w mordowaniu Żydów, Już podczas wojny zaczęto pomniejszać wkład Polaków w zwycięstwo nad III Rzeszą, poczynając od enigmy, której rozszyfrowanie Brytyjczycy przypisali sobie. V-1 nie tylko rozpracowanym przez polskich profesorów w konspiracji, lecz którego egzemplarz wraz z opisem technicznym przekazano do Anglii, po negowanie zwycięstw generała Andersa we Włoszech, Maczka w północnej Francji, Belgii i Holandii, a wcześniej wskutek nieudolności Montgomerego Polskiej Brygady Spadochronowej pod Arnchem,, obciążając za to winą generała Sosabowskiego i odwołanie go z dowództwa. Nie dziwi więc, że Polacy nie byli zaproszeni do wzięcia udziału w defiladzie zwycięstwa w Londynie, ani w Paryżu, ani rzecz jasna w Moskwie. Co więcej, Polakom natychmiast po wojnie dano do zrozumienia, że nie są pożądani w Wielkiej Brytanii, odmówiono należnych im świadczeń kombatanckich, a co więcej cofnięto akredytację rządu polskiego w Londynie, uznając rząd powołany w Moskwie za legalny i nawiązując z nim stosunki dyplomatyczne.

W arsenale środków skutecznie stosowanych przez szatana znajduje fałszowanie słów i stojących za nimi pojęć. O demokracji i „naukowym światopoglądzie” już wspomniałem, lecz warto do nich dopisać jeszcze kilka. Na przykład faszyzm i zbitkę pojęciową „faszystowskie Niemcy”. Ludzie choćby minimalnie wykształceni, powinni zdawać sobie sprawę, że faszyzmu w Niemczech nigdy nie było, zaś nazizm, czyli narodowy socjalizm, to była duma narodowa i chęć uczynienia swojego państwa mocarstwem w nawiązaniu do historycznego dziedzictwa. Hitler przyjął nazwę III Reich, co tłumaczymy jako III Rzesza, rozmiękczając przez to wymowę tej nazwy nawiązującej wprost do II Reichu, czyli II Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Mussolini nawiązał wprost do Cesarstwa Rzymskiego, do którego się chętnie odwoływał. Można wyliczyć jeszcze kilka podobieństw, ale to nie istotne, gdyż zasadnicze są różnice.

Siłą napędową nazizmu była agresja wobec wrogów wewnętrznych, do których zaliczono komunistów, socjaldemokratów i SA konkurencyjne wobec SS – tych zlikwidowano brutalnie już na początku walki o władzę, mordując bądź osadzając w obozach „poprawczych” koncentracyjnych. Do wrogów wewnętrznych zaliczono również żydów, katolików i cudzoziemców, wobec których zastosowano represje administracyjne, coraz ostrzejsze.Wrogami zewnętrznymi była Anglia i Francja, które odniosły zwycięstwo nad Niemcami, oraz Polska, która wskutek wojny zyskała terytorialnie kosztem Niemiec. Mussolini przygotował swoje rządy, organizując bojówki, które w czterech zgrupowaniach pomaszerowały na Rzym, „cztery kolumny idą na Rzym, zaś piata jest już w samym mieście”, aby rozprawić się z komunistami. Po odniesieniu zwycięstwa nie tropił już żadnych wrogów wewnętrznych, przeciwnie dążył do konsolidacji wszystkich obywateli. Wielkim jego  osiągnięciem była udana mediacja pomiędzy Watykanem a monarchia, będącymi w konflikcie od wielu lat, zakończona podpisaniem konkordatu. To rozjuszyło masonów i lewaków, dla których stał się wówczas głównym wrogiem. Objął rządy, gdy państwo znajdowało się w stanie zapaści gospodarczej, powszechnej nędzy i emigracji zarobkowej. Od podstaw utworzył wiele zakładów przemysłowych, a wśród nich wiodące – samochodowy i lotniczy. Wszelako, dla nas jest niezmiernie ważny jego stosunek do Polski. Nasz ambasador Wieniawa, mający bardzo dobre relacje z dworem królewskim, zaprzyjaźniony był z zięciem duce, ministrem spraw zagranicznych hrabią Ciano, który napisał apologetyczną książkę o Piłsudskim. Z tego względu w 1939 roku Włochy odmówiły Hitlerowi przystąpienia do wojny, zaś po jej wybuchu Mussolini wydał polecenie straży granicznej i żandarmerii aby ułatwiały przejazd przez Włochy polskich ochotników do armii polskiej we Francji. W roku 1939 i następnych latach wojny, jedynie dwa państwa zaangażowały się po naszej stronie, odwiecznie przyjazne nam Węgry i Włochy.

Pojęciowe pomieszanie faszyzmu z nazizmem jest udaną manipulacją szatana. Ta kwestia jedynie na pozór jest drugorzędną. Większość pojęć obiegowych jest zmanipulowanych i używanych w znaczeniu odwrotnym do ich istoty. Kiedy słyszę, że w roku ’89 odzyskaliśmy niepodległość i żyjemy obecnie w wolnej demokratycznej Polsce, nie mogę nie pamiętać, że dokładnie te same hasła słyszałem w roku 1945, a odnosiły się wówczas do roku ’44. Odnoszę wrażenie iż szatan którego plan unicestwienia Polski realizowany jest perfekcyjnie, przy okazji bawi się doskonale.

Jak już wspomniałem wyżej, szatan nie działa osobiście. Ale inspiruje ludzi wykonujących całą robotę. Zastanówmy się kim są owe sługi i poplecznicy szatana. Niewątpliwie liczna grupa świadomie służy złu, czyli szatanowi, nawet jeśli część tej grupy w niego nie wierzy. Znacznie większą grupę stanowią ci, którzy podejmują grę ustępstw i kompromisów, gdyż sądzą, że w ten sposób osiągną swoje cele, lecz są na przegranej pozycji, gdyż na paktach z szatanem nigdy się dobrze nie wychodzi. Istnieje również rzesza głupców, doskonale określonych przez Lenina jako „pożyteczni idioci”, mających dobre intencje, lecz działających w fałszywym, podsuniętym przez szatana kierunku. Polskie przysłowie, zawierające mądrość życiową mówi, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Nie możemy podejrzewać wszystkich osób działających w systemie państwa o złą wolę. Niektóre spośród nich starają się, w zakresie jaki został im dany, zapobiegać złu. Ale to nie usprawiedliwia wygłaszanych przez nich głupstw o wolności i niepodległości. Te fałszywe frazesy mają usprawiedliwić kolaborację – bo jeśli nie służymy wolnej i niepodległej Polsce, to jakiemu zbrodniczemu systemowi służymy?!

Od siedemdziesięciu czterech lat, władza sprawowana legalnie w Polsce działała na jej szkodę. Generalna Gubernia pod rządami gubernatora Franka, jak również Rzeczpospolita Polska prezydenta Bieruta, utrzymywała się wskutek masowych mordów, terroru i eksploatacji zasobów materialnych. Rzeczpospolita Polaka lat 1944-1952 trwała dłużej niż II Wojna światowa. Aliści, wymazuje się ją całkowicie ze świadomości powszechnej, gdyż zamęt w umysłach przydatny jest inspirowanej przez szatana władzy. Polskie podziemie walczyło z determinacją o niepodległość i nie zdobyło jej, mimo poniesionych ofiar. Mówienie o niepodległości uzyskanej w wyniku obrad Okrągłego Stołu, jest nadużyciem takim jak użycie tego sloganu przez komunistów po wojnie, a w moim odczuciu jest bluźnierstwem. Jan Paweł II słuchany bez zrozumienia, cytowany w dogodnych okolicznościach, wielokrotnie powtarzał, że nie ma wolności i niepodległości bez ofiary, ale tego się nie cytuje. Dla elit, które skorzystały na transformacji nastąpił jakiś hokus-pokus i ni z tego, ni owego będzie Polska na czwartego. W ciągu czterdziestu pięciu lat lat od pierwszej transformacji ustrojowej do drugiej, wiele się zmieniło, w stosunkach społecznych i międzynarodowych. Nie było już warunków do przeprowadzania mordów masowych, które zastąpiono pojedynczymi skrytobójstwami, do masowych aresztowań przeciwników ustroju, przepełnionych więzień i  zsyłek do sowieckich obozów. Nie było to potrzebne, gdyż społeczeństwo w ciągu trzydziestu lat „małej stabilizacji” przywykło do koegzystencji z władzą. Porównanie pierwszej i drugiej transformacji daje zaskakujące wyniki. W pierwszej odebrano i upaństwowiono z mocy wydawanych dekretów duże i średnie majątki rolne, zakłady przemysłowe w tym również średnie, majątki spółdzielni i kamienice. Rolników obłożono kontyngentami przymusowych dostaw, większymi niż w czasie okupacji niemieckiej. Ogłoszono „bitwę o handel”. Pod pretekstem walki ze spekulacją, w istocie zaś zmierzającą do zagrabienia majątku kupców, którym konfiskowano posiadane na składzie towary, rzemieślników, drobnych wytwórców, sieci usług, w tym również fryzjerów, a także lekarzy, wszyscy byli zaliczani do tak zwanej „prywatnej inicjatywy”, niezgodnej z socjalistycznym modelem państwa. Wszyscy zostali obciążeni drakońskimi podatkami, a jeśli je zapłacili stawiano im zarzut ukrywania rzeczywistych dochodów i naliczano „domiar podatkowy”, zmuszając do zaniechania prywatnej działalności gospodarczej. Druga transformacja nie naprawiła tych  szkód. Upaństwowione fabryki oddano za bezcen, w obce ręce zagranicznych spekulantów, pozbawiając Polaków potencjału przemysłowego. Poziemiańskie majątki rolne, zamienione w PGR-y roztrwoniła państwowa agencja rolna. Przy pomocy podatków i domiarów zlikwidowano wiele gałęzi przemysłu – farmaceutyczny, chemiczny i włókienniczy, maszynowy i elektrotechniczny, stoczniowy, samochodowy i lotniczy, długo można wyliczać, zaś te, które jeszcze zipią znajdują się pod zarządem obcych spekulantów, lub spekulantów krajowych, obsadzonych na zasadzie nomenklatury, otrzymujących absurdalnie wysokie gaże, premie i nagrody, bez żadnej kontroli państwa nad ich finansami,Zlikwidowano polskie koleje, zamieniając je w liczne spółki zawiązane przez spekulantów, a jednocześnie likwidując zakłady taboru kolejowego, remontu i napraw, bo to się spekulantom nie opłaca. Poczta polska istnieje tylko z nazwy, a również łączność, chociaż stanowią niezbędny element bezpieczeństwa narodowego.Wojsko polskie zostało zlikwidowane niemal w całości, rozrosła się natomiast kadra generałów i oficerów wyższych, pozostały oddziały reprezentacyjne i przygotowywane do akcji zagranicznych, brak wojska do wewnętrznej obrony kraju, tak dalece że nie ma kto pełnić służby wartowniczej i wynajmowane są w tym celu prywatne agencje ochrony, zniesiono pobór powszechny i szkolenie wojskowe obywateli. Polska jest bezbronna pod względem militarnym. Samowładnie rządzą urzędy finansowe, których działalność paraliżuje aktywność gospodarczą Polaków, pozostawiając pole dla spekulantów wszelkiej maści. Organy ścigania, policja i prokuratura są skorumpowane i chronią przestępców, zaś sądy działają w tym samym kierunku, całkowicie pewne swej bezkarności gdyż sędziowie są poza wszelką kontrolą i nieodwoływalni. Z rozbawieniem słucham opinii, że są jacyś uczciwi sędziowie i prokuratorzy, może i są jacyś, ale łyżka miodu nie poprawi smaku beczki dziegciu. A w końcu, rzecz najważniejsza, rola banków, kontrolujących zarówno wielkie przedsięwzięcia, jak prywatną inicjatywę, niszcząc je gospodarczo, lichwiarskim kredytem oraz spekulacją na rynku walut i akcji. Nie będę rozwijał tego tematu, podobnie jak roli agentur wewnętrznych i zagranicznych, gdyż chociaż niezmiernie ważne, są to zbyt rozległe tematy, wykraczające poza ramy mojego opracowania. Powiem jedynie, że szatan dobrze pilnuje, aby owoce Okrągłego Stołu się nie zmarnowały.

Porównywaliśmy Polskę powojenną, z tą, która odrodziła się po roku 1918, odbudowała zniszczenia wojenne, podźwignęła z nędzy i zbudowała państwo nowoczesne, prężnie rozwijające się i wkrótce dorównujące zasobnym państwom europejskim. Teraz należałoby porównać dokonania Polski po II Wojnie, z tymi po roku ’89. Komuniści objęli po wojnie kraj zrujnowany, rozgrabiony przez Niemców i Sowietów, z ludnością wyniszczoną głodem i szarpaną epidemiami. Brak było podstawowych artykułów żywnościowych, takich jak chleb, cukier, mięso i wędliny, po które wystawało się w długich kolejkach całymi rodzinami, nie wiedząc czy i jaki towar zostanie dostarczony do sklepu.Słoninę, której nie było w sklepach, jak również owoce i warzywa kupowało się legalnie na rynku, po wygórowanych cenach. Aprowizacja poprawiała się z roku na rok. Załamanie nastąpiło pod koniec rządów Bieruta, już jako I Sekretarza. Epidemie tyfusu i czerwonki zostały dość szybko opanowane, zaś gruźlicę zbierająca podczas wojny i po niej obfite żniwo opanowano w ciągu kilkunastu lat.

Komuniści na wzór Sowietów wprowadzili kilkuletnie plany gospodarcze, ale nie nazwali ich pięcioletnimi, aby uniknąć złych skojarzeń z sowiecką „piatiletką”. Nazwali je trzyletnim planem odbudowy i sześcioletnim planem rozbudowy. Obejmowały nie tylko roboty publiczne, zapobiegające bezrobociu, lecz również pracę w fabrykach, PGR-ach i w innych dziedzinach gospodarki. Służba zdrowia rozwijała się, a oprócz lekarzy ich funkcje wykonywali felczerzy i pielęgniarki, którzy w normalnych warunkach pełniliby funkcje pomocnicze. Utworzono Fundusz Wczasów Pracowniczych dysponujący bardzo dużą liczbą pensjonatów i sanatoriów. Uposażenia szeregowych pracowników były niskie, zaś kierowników średniego szczebla niewiele wyższe, ale było nie do pomyślenia, aby komuś nie wypłacono w terminie pensji i zagwarantowanej w układzie zbiorowym premii. Do końca władzy komunistów było to żelazną, niepodważalną zasadą, taką jak gwarancja bezpłatnej oświaty i opieki zdrowotnej.

Aliści, na tym obrazie kładą się również głębokie cienie, Nie tylko w zbrojnym wsparciu przez Ludowe Wojsko Polskie Armii Czerwonej w walce z żołnierzami Niepodległości, nie tylko w terrorze policyjnym NKWD i UB, nie tylko w „bitwie o handel”, likwidująca polską przedsiębiorczość, nie tylko w indoktrynacji prowadzonej w każdej dziedzinie życia publicznego i w kłamliwej, chamskiej propagandzie, ale w permanentnie prowadzonej walce klasowej. Inteligentom trudno było zatrudnić się w pracy umysłowej (było to określenie wówczas wprowadzone) nawet znacznie poniżej swoich kwalifikacji, na stanowiska urzędnicze i kierownicze przyjmowano ludzi z klucza partyjnego, niekiedy mających „nie w pełni udokumentowane wykształcenie podstawowe”(to również określenie z tamtej epoki). Dzieci z rodzin inteligenckich i rzemieślniczych miały utrudniony wstęp do szkoły średniej, gdyż do wyników egzaminu obliczanego w punktach, doliczano punkty za pochodzenie społeczne, robotnicze i chłopskie. Dzieci z rodzin partyjnych i ubeckich miały bezwzględne pierwszeństwo.W egzaminach na studia liczono te same punkty, a dodatkowo brano pod uwagę opinię szkolnego koła ZMP.Tylko ktoś, kto rezygnował ze studiów mógł w szkole średnie nie zapisać się do ZMP, wielu tak zresztą postępowało, jeśli ich ambicje zaspokajała matura. Były to utrudnienia, ale do pokonania. Zarówno ja sam, jak i moi krewni i kuzyni, oraz moi rówieśnicy z zaprzyjaźnionych rodzin inteligenckich dostali się na wybrany kierunek studiów. Komuniści w obawie o własne bezpieczeństwo, likwidowali wszelkie organizacje i stowarzyszenia niezależne od władzy państwowej. ZHP rozwiązano i zastąpiono OHP i ZMP, rozwiązano też Wici,zastępując ZMW. Interesujący przyczynek stanowi stosunek komunistów do Warszawy i jej mieszkańców. Warszawa była burzona kilkakrotnie. We wrześniu 1939 nalotami bombowców i ostrzałem ciężkiej artylerii, oraz bezpośrednimi walkami w samym mieście. W 1943 roku powstaniem w Getcie, a później systematycznym paleniem i burzeniem kamienic. Nalotami  sowieckich bombowców na dzielnice zamieszkane przez ludność cywilną przed Powstaniem Warszawskim. Walki powstańcze ’44 w mieście, a po kapitulacji i wypędzeniu ludności, systematyczny rabunek pozostawionego mienia, a następnie palenie kamienic. Kolejne działania przeciwko miastu i jego mieszkańcom przeprowadzili komuniści. Nie ukrywali swojej wrogości do „burżuazyjnej Polski”, a Bierut nakazał aby eliminować relikty burżuazyjnej zabudowy podczas „odbudowywania w duchu socjalistycznym stolicy Polski”. Plan przebudowy Józefa Sigalina zakamuflowany pod nazwą Odbudowy zaczęto wkrótce wdrażać. Najpierw zburzono doszczętnie wszystkie kamienice w rejonie ulicy Wielkiej (która zniknęła tym samym z mapy) pod przyszły Pałac Kultury i Nauki i Plac Defilad, mimo że była mało zniszczona, a w wyremontowanych przez mieszkańców kamienicach doprowadzono już wodę i elektryczność.Wszystkich mieszkańców wysiedlono, bez nowego adresu. Później to samo spotkało mieszkańców zachodniej pierzei ulicy Marszałkowskiej, na całej jej długości od ulicy Królewskiej po Plac Unii Lubelskiej, aby uzyskać miejsce pod nową zabudowę. Na Placu Konstytucji mającym stanowić wizytówkę socjalistycznej stolicy postawiono MDM, tak aby zasłonił widok na Kościół Świętego Zbawiciela, zaś w Alejach Ujazdowskich zburzono kilka kamienic, aby odsłonić widok na Sejm, ale też nie były to jedyne straty materialne tej ulicy. Główne wszakże uderzenie wymierzone było w mieszkańców miasta, wyrzucanych z domów z racji „odbudowy”, którym już nie pozwolono powrócić i tak uderzano w środowisko zintegrowane podczas okupacji niemieckiej, a jeszcze bardziej podczas Powstania, które usiłowało po wojnie odbudować swoje życie w ukochanej przez siebie Warszawie. A później znienacka, uczyniono z Warszawy miasto zamknięte, w którym można się było osiedlić na podstawie szczególnego zezwolenia, bądź z nakazu władz. Do stolicy napłynął element w najmniejszym stopniu dotąd z Warszawą nie związany.
Komunistom udało się zdezintegrować i zdeprawować społeczeństwo. Trudno byłoby spodziewać się innego wyniku, skoro od siedemdziesięciu lat promowali i nagradzali łajdaków, oprymując ludzi przyzwoitych. Po roku 1956 niemal całkowicie zniknął terror, a repatriacja objęła liczną grupę uprzednio wywiezionych na Wschód. Po ’58 roku utraciliśmy wszelką nadzieję, na wyzwolenie Polski i zmianę ustroju. Zamiast tego dostaliśmy „socjalizm z ludzką twarzą” i „małą stabilizację”.

Druga transformacja po ’89 roku rozpoczęła się od sfałszowanych wyborów kontraktowych do parlamentu, z jawnym pogwałceniem wszelkich zasad prawa. Ograbiono ludność z pieniędzy przez grę kursem złotego i walut, złoty tak dalece się zdewaluował, że za pełny wkład na mieszkanie lub samochód, klienci banku mogli sobie  jedynie kupić  niezbyt wystawny obiad w knajpie. Ogłoszono, że składki ZUS zostały zdefraudowane, to znaczy „wydatkowane na inne cele”, co drastycznie zmniejszyło wysokość emerytur, a poza tym zmieniono reguły gry, ogłaszając iż emerytura przysługuje jedynie tym, którzy przepracowali ponad dwadzieścia lat płacąc składki (pewnych grup jak SB, milicja i wojsko, oraz niektórych członków aparatu partyjnego to nie dotyczyło). Zlikwidowano FWP, zaś jego bazę pensjonaty i sanatoria przeznaczono do kradzieży, czyli „prywatyzacji”. Ten sam los spotkał PGR-y. Nachalna propaganda, sławiąca kapitalizm, tak jak przedtem socjalizm, wmawiała że Polska była w stanie gospodarczej zapaści, wszelako wytypowano sześćset fabryk, mogących śmiało konkurować na światowych rynkach, które przeznaczono do sprzedaży za bezcen w obce ręce, zagranicznym  „inwestorom: czyli spekulantom. Obłowili się na tych transakcjach pośrednicy uplasowani we władzach, zaś setki tysięcy ludzi pozostawiono bez pracy. Komuniści po wojnie wprowadzili szeroki front robót publicznych, zapobiegając bezrobociu. Liberałom w rządzie na tym nie zależało, gdyż wcielili w życie zasadę sformułowaną przez Marksa, że im większa podaż siły roboczej względem miejsc pracy, tym większe są zyski kapitalistów. To oni byli tymi kapitalistami, którzy kradli miliony i jak głosili jawnie w sloganie, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, zaś bezkarna kradzież pierwszego miliona budzi apetyt na następne.

Dobrobyt łajdaków idzie w parze z nędzą ludzi uczciwych. Nikt nie pytał Polaków, czy chcą kapitalizmu, podobnie jak uprzednio, czy chcą żyć w socjalizmie. Ludzie sprawujący władzę zdecydowali, co jest dla nich najlepsze. Prostacka propaganda głosiła pochwałę najlepszego systemu wobec którego nie ma alternatywy, a także zohydzała poprzedni ustrój. Komuniści przedstawiali burżuazyjna Polskę, jako państwo wyzyskiwaczy, tuczących się na nędzy ludu pracującego miast i wsi, a poza tym bezrobocia i powszechnej nędzy, tak jakby nieprzerwanie w ciągu dwudziestolecia trwał kryzys zapoczątkowany krachem na nowojorskiej giełdzie w roku 1929. Polska przez tamten kryzys przeszła niemal suchą stopą, gdyż było to po reformie Grabskiego i polska złotówka, oparta na parytecie złota, stała mocno. Mój kolega, przed wojną robotnik wykwalifikowany w jednej z warszawskich fabryk, urlopy spędzał nad Morzem Czarnym w Bułgarii, gdyż było tam o wiele taniej niż na Helu, czy Orłowie, a złotówka była wymieniana chętnie po dobrym kursie. Nie traktowaliśmy na serio opowieści o nędzy ludu pracującego, ale najdotkliwiej odczuwaliśmy propagandę skierowaną przeciwko Podziemnemu Państwu Polskiemu, żołnierzom Niepodległości i nasz wysiłek zbrojny na Zachodzie. Tak zwana „literatura piękna”, do której zaliczam również filmy wówczas kręcone, lansowała półprawdy przyjmowane z wdzięcznością przez publiczność. Film „Kanał” w którym pokazano walkę AK, lub „Lotna”, gdzie były konie i ułańskie mundury budziły sentyment, bez względu na antypolski ich charakter. Bratny, który swoim pokoleniem „Kolumbów”, przykrył pokolenie „Kamieni na Szaniec”, jest przykładem dywersji ideologicznej, polegającej na głoszeniu półprawdy.

Półprawda jest kłamstwem bardziej niebezpiecznym od kłamstwa absolutnego, które łatwo obalić. W głoszeniu półprawd uczestniczą niemal wszyscy twórcy minionego czterdziestopięciolecia, ale i dzisiaj półprawdy są nadal aktualne.

Obecna propaganda jest równie kłamliwa i manipulująca umysłami. Kiedy słyszę slogan: „chcesz żyć w demokracji, to patrz na ręce władzy”, który przesądza, że ja chcę żyć w demokracji, a ja nie chce. Zwłaszcza w demokracji, która zaprzecza głoszonym przez siebie zasadom. Miała być transparentna, zaś wszelkie działania rządu, samorządów i urzędów, są utajnione przed obywatelami. Urzędnicy wrogo nastawieni do obywateli, gnębią ich stosując bezprawne metody. Filarem mają być wybory do władz, lecz te są fałszowane, o czym wiadomo, lecz nikt się tym nie przejmuje.

Słyszę, że pod koniec epoki Gierka, w sklepach na półkach był tylko ocet i musztarda. Ja żyłem w tym okresie, którego nie przeżyliśmy na samym occie. Pamiętam nędzę powojenną, gdy w sklepach właśnie octu nie było. Pamiętam załamanie gospodarcze pod koniec rządów Bieruta, Gomułki i Gierka. Staliśmy w długich kolejkach, aby dostać choćby kawałek mięsa, często jakieś ochłapy. Ale pokrycie towaru na kartki, licząc w skali8 miesięcznej, było całkowite. Poza kartkami było pieczywo, makarony, olej, ryby(po które czekało się w długiej kolejce), warzywa i owoce. Ale proszę mi nie opowiadać, że był tylko ocet, bo to nieprawda. Żeby pamiętać te czasy, trzeba się było urodzić najpóźniej około roku siedemdziesiątego, ja urodziłem się w latach trzydziestych, dlatego pamiętam lata powojenne i to, że państwo komunistów do 22 lipca 1952 roku, nazywało się Rzecząpospolitą Polską.

Polska, której dzieje od zarania jest w kręgu cywilizacji łacińskiej, a Jej wschodnia granica wyznaczała zasięg cywilizacji europejskiej. Tak było również w czasie zaborów, kiedy serca Polaków wyznaczały Jej wschodnie granice. Tak było, aż do haniebnej zdrady w Abbeville, podczas której spiskowcy sprzeniewierzyli się zasadom cywilizacji. Datę 12 września 1939 roku trzeba pamiętać, gdyż było to największe zwycięstwo szatana, od Rewolucji Francuskiej i zmieniło bieg dziejów.

Państwa Zachodnie Europy i Stany Zjednoczone zapłaciły już daninę szatanowi, upadkiem wiary, demoralizacją, poprawnością polityczną, faworyzują bluźnierców i zboczeńców. Szatan spożywa te owoce z lubością. Przypisywanie całego zła panoszącego się na świecie, żydom, masonom, komunistom, liberałom, ateuszom, agentom, bankierom, pederasto i innym gorszycielom jest płytkim pojmowaniem zagadnienia. Wszyscy oni działają w interesie szatana. To nie masoni rozsadzają Kościół od wewnątrz, ale szatan którego są narzędziem. To nie ateistyczni deprawatorzy rozsadzają naszą moralność ale szatan którego są sługami. To nie bankierzy… Kto tego nie rozumie, będzie pudrował wysypkę, nie wiedząc, że jest objawem syfilisu,

Aby skutecznie zwalczyć zło, trzeba uderzyć w samo jądro, a nie ścigać się z komunistami, masonami, pedałami i innymi rozsadnikami zła. Trzeba nawrócić się do wiary katolickiej, tej z przed nieszczęsnego II Soboru, zwrócić Chrystusowi Panu należne Mu miejsce w tabernakulum, w głównej nawie kościoła i zrobić rachunek sumienia, by móc stanąć przed Sądem Bożym. Wówczas te wszystkie karzełki dla których polityka to słupki popularności i wygrana partii rozdającej posady, odejdą w niebyt.